niedziela, 27 sierpnia 2017
Od Shawna CD Corrinne
Dziewczyna spojrzała na mnie widocznie zmieszana. Westchnęła cicho, po czym wzięła malutki sprzęcik służący do nabierania jedzenia. Wcisnęła mi je w dłoń i ustawiła pod odpowiednim kątem.
- Teraz spróbuj - oderwała się ode mnie, śledząc każdy, najmniejszy ruch wykonywany przeze mnie wzrokiem.
Powoli zacząłem jeść. Z minuty na minutę coraz bardziej łapałem o co chodzi.
- Smaczne... Powiedz kucharce, że świetnie się spisała - uśmiechnąłem się, ocierając brudną twarz ręką.
- Shawn idioto... Tu nie ma kucharek! - krzyknęła oburzona, odbierając mi tacę.
- Ugh... Kucharzowi? - wyszczerzyłem się szerzej. - Po prostu, było pyszne! - wykonałem kilka gwałtownych gestów rękami.
- Tobie chyba seryjnie odwala po zetknięciu się z ziemią... - westchnęła, odbierając spod mojego nosa tacę - Zaraz wracam... - dodała, wychodząc z pomieszczenia i tym samym zostawiając mnie samego.
Rozejrzałem się po pomieszczeniu... Całkiem tu ciekawie. Podniosłem się powoli z ziemi, przy tym poprawiając swoją niebieskawą czuprynę dłonią. Mimo, iż Corrinne wytłumaczyła mi wszystko, wciąż kilka luk pozostało w mojej głowie. Nadal myślałem o rodzicach, których de facto nie widziałem od kilku dni...? Godzin...? Nie mam zielonego pojęcia. Spałem przez jakiś okres czasu, który dotychczas nie został mi bliżej określony. Ugh... Nienawidzę uczucia nie-wiedzy...
- Już jestem! - dotarł do mnie ten sam, znajomy głos Corr.
- Cieszę się... - burknąłem pod nosem, cały czas wpatrzony w ozdoby ścienne.
W końcu po chwili odwróciłem się przodem do niej. Trzymała bardzo dziwny przedmiot w ręce...
- I mam coś dla ciebie... - uśmiechnęła się złośliwie, unosząc do góry coś na wzór białego kimona. - Przebieraj się - podała mi komplet.
- NIE MA TAKIEJ OPCJI! - warknąłem w momencie odsuwając się do kąta. - W tym, starym i funkcjonalnym ubraniu posiadam bardzo dużo fajnych skrytek!
<Corr? Zmusisz mnie? ( ͡° ͜ʖ ͡°) >
Od Gilberta CD Vane
- Nie mów mi, że zaczniesz zaraz rodzić...? - szop odezwał się, skanując wzrokiem Vane.
- Ty tępy pluszaku! - krzyknęła na Rocket'a, łapiąc się przy tym za brzuch.
Objąłem dziewczynę ramieniem i spojrzałem na futrzaka.
- Leć po klucze! - zwróciłem się do niego i wziąłem szybko białowłosą na ręce.
- Puszczaj! - walnęła mnie w głowę. - Postaw mnie na ziemi! - zaczęła wymachiwać nogami, co zignorowałem.
Wyszedłem przed dom i zbliżyłem się do samochodu, wciąż czekając na Rocket'a. Na szczęście szop szybko się zjawił i przekazał mi klucze, po czym ja szybko wpakowałem Vane do środka. Zająłem miejsce za kierownicą i zerknąłem na dziewczynę, którą pilnował siedzący obok niej pluszak. Wziąłem głęboki wdech i ruszyłem z piskiem opon, z podjazdu.
Lekarze od razu zawieźli Vane do jakiejś sali. Jako iż jestem ojcem dziecka, pozwolili mi pozostać z dziewczyną w pomieszczeniu, co w sumie mnie ucieszyło, gdyż nie dość, że będę przy narodzinach synka, to będę mógł pocieszyć w razie czego białowłosą. Widziałem jak tym wszystkim się denerwuje, a krążący wokół niej lekarze i pielęgniarki, wcale nie pomagali opanować sytuacji. Ująłem delikatnie jej dłoń i uśmiechnąłem się do niej łagodnie.
- Będzie dobrze... - szepnąłem łagodnie, kciukiem gładząc wierzch jej dłoni. - Jestem przy tobie...
Spojrzała mi w oczy i uśmiechnęła się niemrawo, jej ręka lekko zadrżała, kiedy kobieta przyodziana w biały strój, wstrzyknęła jej coś w ramię.
Lada chwila mogła zacząć rodzić, a dalej była spięta, co nie było za bardzo dobre w tej sytuacji.
- Naprawdę nie masz o co się martwić... - pocałowałem ją czule w skroń. - Niedługo będzie już po wszystkim... Rozluźnij się i pomyśl o tym, że zaraz możesz już trzymać naszego synka na rękach.
Ścisnęła mocniej moją dłoń i skinęła delikatnie głową.
- Gilbert...? - oparła się wygodnie na szpitalnym fotelu, obserwując sufit. - Zostaniesz... Prawda...?
- Oczywiście, zostanę do samego końca... - pogładziłem ją po głowie, a zaraz po tym, dostała pierwszych skurczy.
Mijały godziny, które dłużyły się niemiłosiernie. Poród trwał długo, ale nie mogłem opisać swojej radości, kiedy usłyszałem płacz malucha, który rozległ się nagle w sali. Oniemiały wpatrywałem się w lekarza, który podawał noworodka, pielęgniarce, która następnie umyła go i owinęła w jakiś materiał.
Po chwili małe zawiniątko zostało podane Vane, która mimo, że była zmęczona i ledwo kontaktowała z rzeczywistością, ujęła w ramiona maluszka i uśmiechnęła się do niego promiennie. Mały cały czas płakał lecz gdy tylko poczuł bliskość swojej mamy, od razu się uspokoił. Uniosłem się z krzesełka, na którym przez cały czas siedziałem i spojrzałem na tą małą uroczą twarzyczkę.
- Cudowny... - szepnąłem rozczulony tym widokiem i nagle poczułem, jak w kącikach moich oczu zbierają się łzy. - Boże... Jak ja się cieszę...
< Vane? Sorki, że taki krótki :P >
Od Vane CD Gilbert
- Trzeba było uprzedzić, że będziesz chciała wykupić cały sklep... Wziąłbym większy koszyk - zaśmiał się stojący obok mężczyzna, delikatnie obejmując mnie w tali.
- Tak, tak... - odpowiedziałam cicho, przeglądając kolejne ciuszki.
Po kolejnych kilkunastu minutach - i przegrzebaniu całego sklepu - w końcu podeszliśmy do kasy. Zapłaciliśmy za wszystko, a następnie przeszliśmy do zwykłego supermarketu, aby zrobić zakupy do domu. Nie obyło się również bez przejścia obok działu z rzeczami dla dzieci. Wybrałam odpowiednie pieluszki oraz kilka innych drobiazgów. Tym razem Gilbert uzbroił się w duży, metalowy wózek. Zapewne przewidział, że nabiorę jeszcze trochę rzeczy dla maluszka.
- Czy to będzie konieczne? - burknął, wskazując na opakowanie zawierające cztery smoczki. - Jeden nie wystarczy? - skrzywił się.
- Po pierwsze, nie. Po drugie, promocja - uśmiechnęłam się delikatnie, przeglądając o wiele skromniejszy dział z ubrankami, niż w sklepie, w którym byliśmy wcześniej.
Moją uwagę niemalże od razu przykuł kolorowy śliniaczek z napisem "I Love Mom". Podekscytowana w momencie dorwałam go do swoich rąk i postawiłam przed nosem Gilberta.
- Patrz, patrz, patrz!!! - pisnęłam, szczerząc się od ucha do ucha.
Mężczyzna dokładnie przeskanował materiał wzrokiem.
- Pf... Bardziej podoba mi się ten - z wyżej umieszczonej półeczki ściągnął podobny śliniaczek, tylko ozdobiony napisem "I Love Dad".
Zmrużyłam delikatnie oczy, po czym z nieco zazdrosną miną wpakowałam przedmiot do koszyka. To samo w krótkim czasie zrobił Gilbert.
- Pewnie błąd w druku - prychnęłam, ze skrzyżowanymi rękoma przechodząc dalej.
Gdy byliśmy z powrotem w domu, wraz z Gilbertem zajęliśmy się wypakowywaniem zakupów. Torbę z ubrankami zostawiłam na fotelu. Aktualnie wszystkie ciuszki były przeglądane przez Rocketa. Nie miałam pojęcia co od nich chce, ale... No cóż, skoro chce, to niech sobie ogląda. Nie robi mi to większej różnicy.
Po wypakowaniu wszystkiego, nieco zmęczona przysiadłam na kanapie. Dźwiganie dodatkowego ciężaru, zdecydowanie nie należało do najmilszych zajęć. Spojrzałam na szopa, który z delikatnym uśmieszkiem na ustach zeskoczył z kanapy i podreptał w stronę swoich pudełek z różnymi pierdołami. W końcu, po kilku sekundach wyłowił z niego dziecięce body. Wciąż nie rozumiejąc niczego, jedynie wpatrywałam się w niego pytającym wzrokiem.
- Co tam masz? - mruknęłam pod nosem, przechylając delikatnie głowę.
- Spójrz! - wyszczerzył się, zwracając w moją stronę nadruk dziecięcego stroju.
"I Love Rocket Raccoon" - przeczytałam w myślach. Otworzyłam szerzej oczy, jeszcze raz dokładnie skanując przedmiot wzrokiem.
- Chyba cię pojebało, że moje dziecko kiedykolwiek to założy - prychnęłam, praktycznie nie wytrzymując od śmiechu. - Skąd ty coś takiego wytrzasnąłeś? - wydukałam, krztusząc się własnym śmiechem.
- INTERNET! - odwrócił przód w swoją stronę. - Czyż to nie jest cudowne... - westchnął, z uśmiechem na ustach.
W odpowiedzi jedynie pokręciłam przecząco głową. Na szczęście zrobiłam to na tyle niezauważalnie, że pluszak nawet się nie połapał.
Od Gilberta CD Vane
- O panie... Miej miłosierdzie... - wyszeptałem, łapiąc się za głowę i ukradkiem zerkając na dziewczynę. - A ty czemu ranisz me uszy?
Widząc, że zakrywa się kołdrą, a jej policzki są zaczerwienione, od razu zrozumiałem co się stało. Szczerze? Nic nie pamiętam od kiedy wczoraj wypiłem kilka kolejeczek...
- Czemu musimy robić TO, kiedy akurat ja jestem pijany? - jęknąłem przeciągle, zakrywając dłońmi oczy. - Nic nie pamiętam....
Nawet nie chciało mi się podnieść... Poczułem jak materac obok mnie się ugina i niechętnie uchyliłem powieki i spojrzałem na białowłosą, która szybko wsuwała na siebie bieliznę.
- Czemu ze mną jeszcze nie poleżysz...? - wymruczałem, przewracając się na bok i śledząc uważnie każdy jej ruch.
- Wstawaj stary pedofilu... - mruknęła i nadal uroczo zarumieniona, założyła na siebie czyste ubrania.
- Wstanę, jak dostanę buziaka i tabletki przeciwbólowe... - uśmiechnąłem się pod nosem.
- Nie dostaniesz ani tego, ani tego... - wzruszyła ramionami i ruszyła w stronę łazienki.
- Jak to? - mruknąłem i sięgnąłem do szafki w poszukiwaniu moich tabletek.
O dziwo w szufladzie nie było ich, co było niemożliwe, gdyż zawsze je tam odkładałem, żeby mieć je pod ręką... Czyżby się skończyły? O nie... Zabijcie mnie...
Zawyłem z bólu w poduszkę, dobrze wiedząc, że muszę się ogarnąć, inaczej wyjdę na jakąś ciotę.
- Weź się w garść... - burknąłem sam do siebie i z trudem wstałem z łóżka.
Doczłapałem się jakoś do szafy i ubrałem na siebie coś co było czyste. Akurat kiedy zapinałem pasek, z łazienki wyszła Vane i spojrzała na mnie kątem oka.
- Czyżby skończyły ci się tabletki? - uśmiechnęła się do mnie złośliwie i podeszła do mnie, co wykorzystałem szybko i złapałem ją w talii, przyciągając dziewczynę do siebie.
- Coś myślę, że maczałaś w tym palce... - przegryzłem wargę, obserwując ją z iskierkami rozbawienia w moich oczach.
- Ja nic nie wiem.... - uwiesiła się na mojej szyi i musnęła delikatnie moje usta, na co zamruczałem cicho, zadowolony z czułości, jaką mnie obdarowała.
- Może zdradzisz mi jak przebiegał wczorajszy wieczór? - zagadnąłem kiedy Vane odsunęła się ode mnie.
- Hmm.... Szczerze? - wzięła głęboki wdech i spojrzała mi w oczy. - Nawaliłeś się w cztery dupy... Potem kłóciłeś się z kwiatkami... A jeszcze później, prawie rzuciłeś się na jakiegoś gościa, a resztę to już chyba się domyślasz... - zarumieniła się delikatnie.
Podrapałem się po karku zażenowany tym co wczoraj odstawiłem w tym klubie. Cholera, chyba troszkę przesadziłem z alkoholem... Taa... Troszkę...
- Boże... - westchnąłem cicho i przybiłem piątkę z twarzą. - Wiedziałem, że to zły pomysł iść na tą imprezę, ale nie wiedziałem, że aż tak się upiję...
Dziewczyna uśmiechnęła się pod nosem i złapała mnie za rękę.
- Było minęło... A teraz chodźmy coś zjeść. - pociągnęła mnie w stronę drzwi, które otworzyła z impetem i cały czas trzymając mnie za dłoń, zbiegła szybko po schodach.
- Nie biegaj tak! - zganiłem ją, ale ona olała to i zaśmiała się głośno.
Burknąłem coś pod nosem i pozwoliłem jej, zaciągnąć się do kuchni, gdzie urzędował już szop.
- Niezły koncert w nocy daliście. - skomentował z uśmieszkiem na ustach, gdy tylko nas zauważył.
Vane przystanęła i zdezorientowana spojrzała na Rocket'a. Dobrze wiedziałem o co futrzakowi chodzi, ale dziewczyna najwyraźniej nie ogarniała tego....
- Vane... - zacząłem spokojnie i położyłem dłoń na jej ramieniu. - Wiesz o co mu chodzi...?
Pokręciła przecząco głową, a ja z cichym westchnięciem nachyliłem się nad jej uchem i wyszeptałem:
- Ściany w tym domu są strasznie cienkie...
Jak na zawołanie jej twarz pokryła się czerwonym kolorem, a wargi zaczęły drżeć. Raczej zrozumiała o co chodzi...
- Nie ma czego się wstydzić... - poklepałem ją po głowie, uśmiechając się pod nosem.
Tak, jak myślałem... Oberwałem w brzuch po zaledwie kilku sekundach...
- Milcz staruchu! - pisnęła speszona tym wszystkim, a szop do tego wybuchł głośnym śmiechem.
Minęło już kilka miesięcy i brzuch Vane znacznie się powiększył. Byliśmy też kilka razy u lekarza i okazało się już niedługo na świat przyjdzie nasz synek. Tak... Synek. Chłopiec! Powinienem to jak najszybciej opić, jednak po tym ostatnim odpale wolałem nie ryzykować...
- Mówię ci dziewczyno, że Ryszard brzmi zajebiście! - krzyknął Rocket, który od dobrej godziny kłócił się z Vane o imię dla dziecka.
- Nie! Nie podoba mi się! - fuknęła i skrzyżowała ramiona, w geście protestu.
- Mam to w dupie! Mi się podoba!
- To twoje dziecko, czy moje?! - spojrzała na niego już nieźle wkurzona, więc szop uciszył się w końcu i zrezygnowany usiadł na drugim końcu kanapy.
Ja spokojnie siedziałem w fotelu i obserwowałem zaciekawiony przebieg tej bitwy, który zakończyła się jak na razie rozejmem.
- To może Sebastian? - zapytał cicho futrzak i oberwał po chwili poduszką, którą dziewczyna rzuciła w niego. - Były z niego fajny Sebcio...
- Sam sobie kurwa bądź Sebciem....! - warknęła na niego i zmarszczyła brwi.
No i rozejm coś trafiło... Na nowo zaczęli się kłócić, a ja westchnąłem cicho nie ogarniając już imion przez nich wymienianych.
- To może Kazuo? - wtrąciłem się nagle, na co oboje spojrzeli na mnie zaskoczeni.
- NIE! - krzyknęli równocześnie, a ja na chwilę zatkałem sobie uszy.
- Niby czemu "nie"? - uniosłem brew.
- Zbyt pedalskie... - mruknął szop, a Vane przytaknęła mu skinięciem głowy.
Wywróciłem oczami i zamyśliłem się na chwilę.
- No to... Może Yuri? - uśmiechnąłem się do nich lekko.
- Yuri... - powtórzyła Vane i na chwilę zamilkła. - Ładne.
- Wciąż myślę, że Ryszard... - zaczął szop, ale został zgromiony wzrokiem dziewczyny i od razu się przymknął.
Od Vane CD Gibert
Od Corrinne cd Shawn
Uśmiechnęłam się ponad jego ramieniem, dopiero po chwili go obejmując.
– Corr, co to za miejsce? – odezwał się, wciąż mnie przytulając. Jakby nie chciał rzeczywiście mnie opuszczać.
– Ten pokój to normalnie sala treningowa. – wzruszyłam ramionami, a moje skrzydła delikatnie drgnęły. – Tutejsi Tengu Yokai przerobili jednak ją na sypialnię dla ciebie.
– Tenku... Co?
– Tengu Yokai. Ducho-potwory, przybierające postać człowieko-ptaka. Wyglądają jak upadłe anioły. Dawniej uważani byli za złośliwe demony zwiastujące wojnę, jednak z czasem zdanie o nich przerodziło się na opiekuńcze, ale niebezpieczne duchy gór i lasów. – wyjaśniłam swoimi słowami.
– To muszę im podziękować...
– Przydałoby się. Mnie przyjęli tylko dlatego, bo mam skrzydła. Kobiety normalnie nie mają tu wstępu. Na ciebie też byli steptycznie nastawieni, ale trochę ich postraszyłam klątwami. Cholernie boją się walkiri. – zaśmiałam się, przybierając wredny ton głosu.
Rozległo się pukanie, a Shawn błyskawicznie odskoczył. Odwróciłam się i wpatrzyłam w młodego Tengu.
– Przyniosłem jedzenie dla walkiri Corrinne i jej brata Shawna. – wyszeptał.
Wstałam i przejęłam od niego tackę. Był starszy o jakieś trzy lata, ale unikał spojrzenia na mnie i po chwili dosłownie uciekł.
– Ta... O tym mówiłam. – szepnęłam niezawodolona.
Podałam tacę bratu i sama usiadłam na podłodze, gdzie wcześniej przebywałam.
– Jedz. – Pchnąłam w jego stronę pałeczki.
– A ty?
– Nie jestem głodna. – mruknęłam. – Masz jeść, bo cię tu zostawię. Wczoraj padłeś pod drzwiami, musisz odbudować siły.
< Shawn? >
Od Gilberta CD Vane
- Co tak długo? - Vane zerknęła na mnie kątem oka, skanując wzrokiem moją broń. - Nie jest z magazynu, co nie?
Uśmiechnąłem się pod nosem i zająłem swoje miejsce, odblokowując pistolet.
- Masz dobrą pamięć, że pamiętasz co jest w tym magazynie, a co nie.... - przyznałem, a dziewczyna przerwała na chwilę mierzenie do celu i odwróciła się w moją stronę.
- To oczywiste. - uśmiechnęła się szeroko. - Byłam tu tyle razy, że pamiętam na pamięć plan każdego pomieszczenia.
Gwizdnąłem pod nosem na znak podziwu i wycelowałem w poruszające się roboty. Pociągnąłem kilka razy za spust, przesuwając delikatnie dłoń w prawo. Dwie maszyny oberwały kulką w sam środek głowy, a dwie jeszcze inne, dostały w okolice, gdzie powinno być serce.
- Poczekaj... - usłyszałem głos Vane i jak na zawołanie, opuściłem ramię, patrząc pytająco na białowłosą.
- O co chodzi, dziewczynko? - dziewczyna podeszła do mnie i na chwilę odebrała mi broń, którą odstawiła na bok.
Nagle szarpnęła za dół mojej bluzy i ściągnęła ją ze mnie, nie trudząc się przy tym wcale. Zadowolona spojrzała na moje ubranie, jak na jakieś trofeum, po czym założyła szarą bluzę na siebie. Zamrugałem kilka razy zaskoczony tym co właśnie zrobiła, więc w końcu zapytałem:
- Zimno ci?
- Nie. - z jej ust padła szybka odpowiedź, a ja westchnąłem cicho.
- A czy ta bluza wróci do mnie?
- Nie... - dziewczyna podwinęła o wiele za długie rękawy i wróciła na swoje stanowisko.
- Fajnie... - przeczesałem dłonią włosy i chwyciłem ponownie swój pistolet, żeby następnie wycelować w stronę szurających po ziemi robotów.
Zabawę czas zacząć...
Zabijcie mnie... Przegrałem... Przez jeden jebany punkt...
- Wygrałam! - dziewczyna wyszczerzyła się do mnie, zerkając co chwila na panel wyników.
Może nie będzie tak źle...
- Brawo. - uśmiechnąłem się do niej łagodnie i pogłaskałem ją po głowie.
Mimo wszystko była to uczciwa walka.
- W takim razie idziemy wieczorem na imprezę. - oznajmiła, dalej szczerząc się do mnie.
- Słucham? - spojrzałem na nią oniemiały.
- No... Na imprezę... - skrzywiła się lekko, widząc moją minę.
- Chyba cię całkiem pogrzało... Nigdzie nie idę, a szczególnie ty! - zmarszczyłem brwi, czując jak moja krew buzuje w żyłach.
- Nie masz wyboru... To moja nagroda, a ty musisz iść ze mną... - burknęła, krzyżując ramiona, na wysokości piersi.
Jęknąłem głośno i przegryzłem wargę, zastanawiając się jak wybrnąć z tej sytuacji. Niestety jednak, wyjścia nie było. Muszę iść z nią na tą imprezę, ale przynajmniej, będę mógł ją przypilnować...
- No dobra... Ale nie spuszczę z ciebie oka... - zmrużyłem powiek, a Vane zaśmiała się głośno.
- Tak, tak... - pocałowała mnie w policzek.
- Eh... Zbierajmy się jeśli chcesz iść na tą imprezę...
< Vane? :3 >