niedziela, 27 sierpnia 2017

Od Shawna CD Corrinne

- Dobra, dobra... - mruknąłem pod nosem. - Ale jak mam tym jeść? - uchwyciłem wzrokiem dwa, drewniane patyczki zapewne służące do jedzenie.
Dziewczyna spojrzała na mnie widocznie zmieszana. Westchnęła cicho, po czym wzięła malutki sprzęcik służący do nabierania jedzenia. Wcisnęła mi je w dłoń i ustawiła pod odpowiednim kątem.
- Teraz spróbuj - oderwała się ode mnie, śledząc każdy, najmniejszy ruch wykonywany przeze mnie wzrokiem.
Powoli zacząłem jeść. Z minuty na minutę coraz bardziej łapałem o co chodzi.
- Smaczne... Powiedz kucharce, że świetnie się spisała -  uśmiechnąłem się, ocierając brudną twarz ręką.
- Shawn idioto... Tu nie ma kucharek! - krzyknęła oburzona, odbierając mi tacę.
- Ugh... Kucharzowi? - wyszczerzyłem się szerzej. - Po prostu, było pyszne! - wykonałem kilka gwałtownych gestów rękami.
- Tobie chyba seryjnie odwala po zetknięciu się z ziemią... - westchnęła, odbierając spod mojego nosa tacę - Zaraz wracam... - dodała, wychodząc z pomieszczenia i tym samym zostawiając mnie samego.
Rozejrzałem się po pomieszczeniu... Całkiem tu ciekawie. Podniosłem się powoli z ziemi, przy tym poprawiając swoją niebieskawą czuprynę dłonią. Mimo, iż Corrinne wytłumaczyła mi wszystko, wciąż kilka luk pozostało w mojej głowie. Nadal myślałem o rodzicach, których de facto nie widziałem od kilku dni...? Godzin...? Nie mam zielonego pojęcia. Spałem przez jakiś okres czasu, który dotychczas nie został mi bliżej określony. Ugh... Nienawidzę uczucia nie-wiedzy...
- Już jestem! - dotarł do mnie ten sam, znajomy głos Corr.
- Cieszę się... - burknąłem pod nosem, cały czas wpatrzony w ozdoby ścienne.
W końcu po chwili odwróciłem się przodem do niej. Trzymała bardzo dziwny przedmiot w ręce...
- I mam coś dla ciebie... - uśmiechnęła się złośliwie, unosząc do góry coś na wzór białego kimona. - Przebieraj się - podała mi komplet.
- NIE MA TAKIEJ OPCJI! - warknąłem w momencie odsuwając się do kąta. - W tym, starym i funkcjonalnym ubraniu posiadam bardzo dużo fajnych skrytek!

<Corr? Zmusisz mnie? ( ͡° ͜ʖ ͡°) >

Od Gilberta CD Vane

Spojrzałem na nią zaskoczony i również poderwałem się z kanapy.
- Nie mów mi, że zaczniesz zaraz rodzić...? - szop odezwał się, skanując wzrokiem Vane.
- Ty tępy pluszaku! - krzyknęła na Rocket'a, łapiąc się przy tym za brzuch.
Objąłem dziewczynę ramieniem i spojrzałem na futrzaka.
- Leć po klucze! - zwróciłem się do niego i wziąłem szybko białowłosą na ręce.
- Puszczaj! - walnęła mnie w głowę. - Postaw mnie na ziemi! - zaczęła wymachiwać nogami, co zignorowałem.
Wyszedłem przed dom i zbliżyłem się do samochodu, wciąż czekając na Rocket'a. Na szczęście szop szybko się zjawił i przekazał mi klucze, po czym ja szybko wpakowałem Vane do środka. Zająłem miejsce za kierownicą i zerknąłem na dziewczynę, którą pilnował siedzący obok niej pluszak. Wziąłem głęboki wdech i ruszyłem z piskiem opon, z podjazdu.

~~*~~

Lekarze od razu zawieźli Vane do jakiejś sali. Jako iż jestem ojcem dziecka, pozwolili mi pozostać z dziewczyną w pomieszczeniu, co w sumie mnie ucieszyło, gdyż nie dość, że będę przy narodzinach synka, to będę mógł pocieszyć w razie czego białowłosą. Widziałem jak tym wszystkim się denerwuje, a krążący wokół niej lekarze i pielęgniarki, wcale nie pomagali opanować sytuacji. Ująłem delikatnie jej dłoń i uśmiechnąłem się do niej łagodnie.
- Będzie dobrze... - szepnąłem łagodnie, kciukiem gładząc wierzch jej dłoni. - Jestem przy tobie...
Spojrzała mi w oczy i uśmiechnęła się niemrawo, jej ręka lekko zadrżała, kiedy kobieta przyodziana w biały strój, wstrzyknęła jej coś w ramię.
Lada chwila mogła zacząć rodzić, a dalej była spięta, co nie było za bardzo dobre w tej sytuacji.
- Naprawdę nie masz o co się martwić... - pocałowałem ją czule w skroń. - Niedługo będzie już po wszystkim... Rozluźnij się i pomyśl o tym, że zaraz możesz już trzymać naszego synka na rękach.
Ścisnęła mocniej moją dłoń i skinęła delikatnie głową.
- Gilbert...? - oparła się wygodnie na szpitalnym fotelu, obserwując sufit. - Zostaniesz... Prawda...?
- Oczywiście, zostanę do samego końca... - pogładziłem ją po głowie, a zaraz po tym, dostała pierwszych skurczy.
Mijały godziny, które dłużyły się niemiłosiernie. Poród trwał długo, ale nie mogłem opisać swojej radości, kiedy usłyszałem płacz malucha, który rozległ się nagle w sali. Oniemiały wpatrywałem się w lekarza, który podawał noworodka, pielęgniarce, która następnie umyła go i owinęła w jakiś materiał.
Po chwili małe zawiniątko zostało podane Vane, która mimo, że była zmęczona i ledwo kontaktowała z rzeczywistością, ujęła w ramiona maluszka i uśmiechnęła się do niego promiennie. Mały cały czas płakał lecz gdy tylko poczuł bliskość swojej mamy, od razu się uspokoił. Uniosłem się z krzesełka, na którym przez cały czas siedziałem i spojrzałem na tą małą uroczą twarzyczkę.
- Cudowny... - szepnąłem rozczulony tym widokiem i nagle poczułem, jak w kącikach moich oczu zbierają się łzy. - Boże... Jak ja się cieszę...

< Vane? Sorki, że taki krótki :P >

Od Vane CD Gilbert

Chyba nabrałam zdecydowanie za dużo ubranek... Te, które już wybrałam ledwo mieściły się w koszyku, a dopiero przejrzałam połowę rzeczy przeznaczonych dla noworodków. Wszystkie były takie słodkie, że aż żal było mi ich nie kupić. Tak, czy siak muszę mieć coś, w co będę mogła ubrać dziecko na spacer w wózku...
- Trzeba było uprzedzić, że będziesz chciała wykupić cały sklep... Wziąłbym większy koszyk - zaśmiał się stojący obok mężczyzna, delikatnie obejmując mnie w tali.
- Tak, tak... - odpowiedziałam cicho, przeglądając kolejne ciuszki.
Po kolejnych kilkunastu minutach - i przegrzebaniu całego sklepu - w końcu podeszliśmy do kasy. Zapłaciliśmy za wszystko, a następnie przeszliśmy do zwykłego supermarketu, aby zrobić zakupy do domu. Nie obyło się również bez przejścia obok działu z rzeczami dla dzieci. Wybrałam odpowiednie pieluszki oraz kilka innych drobiazgów. Tym razem Gilbert uzbroił się w duży, metalowy wózek. Zapewne przewidział, że nabiorę jeszcze trochę rzeczy dla maluszka.
- Czy to będzie konieczne? - burknął, wskazując na opakowanie zawierające cztery smoczki. - Jeden nie wystarczy? - skrzywił się.
- Po pierwsze, nie. Po drugie, promocja - uśmiechnęłam się delikatnie, przeglądając o wiele skromniejszy dział z ubrankami, niż w sklepie, w którym byliśmy wcześniej.
Moją uwagę niemalże od razu przykuł kolorowy śliniaczek z napisem "I Love Mom". Podekscytowana w momencie dorwałam go do swoich rąk i postawiłam przed nosem Gilberta.
- Patrz, patrz, patrz!!! - pisnęłam, szczerząc się od ucha do ucha.
Mężczyzna dokładnie przeskanował materiał wzrokiem.
- Pf... Bardziej podoba mi się ten - z wyżej umieszczonej półeczki ściągnął podobny śliniaczek, tylko ozdobiony napisem "I Love Dad".
Zmrużyłam delikatnie oczy, po czym z nieco zazdrosną miną wpakowałam przedmiot do koszyka. To samo w krótkim czasie zrobił Gilbert.
- Pewnie błąd w druku - prychnęłam, ze skrzyżowanymi rękoma przechodząc dalej.
Gdy byliśmy z powrotem w domu, wraz z Gilbertem zajęliśmy się wypakowywaniem zakupów. Torbę z ubrankami zostawiłam na fotelu. Aktualnie wszystkie ciuszki były przeglądane przez Rocketa. Nie miałam pojęcia co od nich chce, ale... No cóż, skoro chce, to niech sobie ogląda. Nie robi mi to większej różnicy.
Po wypakowaniu wszystkiego, nieco zmęczona przysiadłam na kanapie. Dźwiganie dodatkowego ciężaru, zdecydowanie nie należało do najmilszych zajęć. Spojrzałam na szopa, który z delikatnym uśmieszkiem na ustach zeskoczył z kanapy i podreptał w stronę swoich pudełek z różnymi pierdołami. W końcu, po kilku sekundach wyłowił z niego dziecięce body. Wciąż nie rozumiejąc niczego, jedynie wpatrywałam się w niego pytającym wzrokiem.
- Co tam masz? - mruknęłam pod nosem, przechylając delikatnie głowę.
- Spójrz! - wyszczerzył się, zwracając w moją stronę nadruk dziecięcego stroju.
"I Love Rocket Raccoon" - przeczytałam w myślach. Otworzyłam szerzej oczy, jeszcze raz dokładnie skanując przedmiot wzrokiem.
- Chyba cię pojebało, że moje dziecko kiedykolwiek to założy - prychnęłam, praktycznie nie wytrzymując od śmiechu. - Skąd ty coś takiego wytrzasnąłeś? - wydukałam, krztusząc się własnym śmiechem.
- INTERNET! - odwrócił przód w swoją stronę. - Czyż to nie jest cudowne... - westchnął, z uśmiechem na ustach.
W odpowiedzi jedynie pokręciłam przecząco głową. Na szczęście zrobiłam to na tyle niezauważalnie, że pluszak nawet się nie połapał.
***
Siedziałam na kanapie, wraz z Gilbertem. W jednej ręce trzymałam pilot od telewizora, a w drugiej kubek z herbatą. Przewijałam kolejne programy, z nadzieją, że w końcu znajdę coś ciekawego, lecz... Jak na złość człowiekowi - nic z tych rzeczy. Zrezygnowana ostatecznie przycisnęłam czerwony przycisk na małym pilocie, po czym odrzuciłam przedmiot na bok.
- Nudzi mi się... - burknęłam pod nosem, sącząc ciepły napar.
Nawet nie zauważyłam, gdy głowa mężczyzny znalazła się przy moim brzuchu. Delikatnie przyłożył do niego rękę, zapewne chcąc poczuć chociażby najmniejsze kopnięcie dziecka. Huh... Może dla niego coś takiego było ciekawe, lecz dla mnie wręcz przeciwnie. Czasami po nocach nie potrafiłam zasnąć, gdy maluch kopał mnie prosto w żebra. 
- Ciekawe, czy będzie przystojny jak ojciec... - westchnęłam, uśmiechając się złośliwie pod nosem. - Chociaż... Bardzo prawdopodobne, że urok odziedziczy po mamusi... 
- Może kiedyś... Zostaniemy rodzicami dwójki dzieci? - spojrzał na mnie z podobną miną, którą przed momentem wywołałam na swojej twarzy.
- Chciałbyś... - prychnęłam, lekko uderzając go w bok. 
- Kieedyś? - uśmiechnął się szeroko.
- Pomyślę... - prychnęłam.
***
Dzisiejszego dnia, od rana czułam się okropnie. Nie chciało mi się nawet wstawać z łóżka... Ból w podbrzuszu jakby ciągle się nasilał... Nie chciałam niepokoić Gilberta, więc siedziałam cicho. Apetytu również nie miałam. "Cholera, ale że dzisiaj?" - mruknęłam do siebie w myślach, jak zwykle sącząc herbatkę. Chyba robiłam się blada, czułam to. 
- Vane, czy wszystko okay? - siedzący po drugiej stronie mężczyzna, spojrzał na mnie z pytającą miną.
Zaraz po nim to samo zrobił szop. Zacisnęłam mocniej zęby.
- Jedźmy już do szpitala! - poderwałam się z krzesła w jednym momencie.
<Gilbercik? c: >

Od Gilberta CD Vane

Słysząc krzyk Vane, niemalże natychmiast otworzyłem oczy, czego od razu pożałowałem, gdyż przez moją czaszkę przedarł się tak dobrze znany ból.
- O panie... Miej miłosierdzie... - wyszeptałem, łapiąc się za głowę i ukradkiem zerkając na dziewczynę. - A ty czemu ranisz me uszy?
Widząc, że zakrywa się kołdrą, a jej policzki są zaczerwienione, od razu zrozumiałem co się stało. Szczerze? Nic nie pamiętam od kiedy wczoraj wypiłem kilka kolejeczek...
- Czemu musimy robić TO, kiedy akurat ja jestem pijany? - jęknąłem przeciągle, zakrywając dłońmi oczy. - Nic nie pamiętam....
Nawet nie chciało mi się podnieść... Poczułem jak materac obok mnie się ugina i niechętnie uchyliłem powieki i spojrzałem na białowłosą, która szybko wsuwała na siebie bieliznę.
- Czemu ze mną jeszcze nie poleżysz...? - wymruczałem, przewracając się na bok i śledząc uważnie każdy jej ruch.
- Wstawaj stary pedofilu... - mruknęła i nadal uroczo zarumieniona, założyła na siebie czyste ubrania.
- Wstanę, jak dostanę buziaka i tabletki przeciwbólowe... - uśmiechnąłem się pod nosem.
- Nie dostaniesz ani tego, ani tego... - wzruszyła ramionami i ruszyła w stronę łazienki.
- Jak to? - mruknąłem i sięgnąłem do szafki w poszukiwaniu moich tabletek.
O dziwo w szufladzie nie było ich, co było niemożliwe, gdyż zawsze je tam odkładałem, żeby mieć je pod ręką... Czyżby się skończyły? O nie... Zabijcie mnie...
Zawyłem z bólu w poduszkę, dobrze wiedząc, że muszę się ogarnąć, inaczej wyjdę na jakąś ciotę.
- Weź się w garść... - burknąłem sam do siebie i z trudem wstałem z łóżka.
Doczłapałem się jakoś do szafy i ubrałem na siebie coś co było czyste. Akurat kiedy zapinałem pasek, z łazienki wyszła Vane i spojrzała na mnie kątem oka.
- Czyżby skończyły ci się tabletki? - uśmiechnęła się do mnie złośliwie i podeszła do mnie, co wykorzystałem szybko i złapałem ją w talii, przyciągając dziewczynę do siebie.
- Coś myślę, że maczałaś w tym palce... - przegryzłem wargę, obserwując ją z iskierkami rozbawienia w moich oczach.
- Ja nic nie wiem.... - uwiesiła się na mojej szyi i musnęła delikatnie moje usta, na co zamruczałem cicho, zadowolony z czułości, jaką mnie obdarowała.
- Może zdradzisz mi jak przebiegał wczorajszy wieczór? - zagadnąłem kiedy Vane odsunęła się ode mnie.
- Hmm.... Szczerze? - wzięła głęboki wdech i spojrzała mi w oczy. - Nawaliłeś się w cztery dupy... Potem kłóciłeś się z kwiatkami... A jeszcze później, prawie rzuciłeś się na jakiegoś gościa, a resztę to już chyba się domyślasz... - zarumieniła się delikatnie.
Podrapałem się po karku zażenowany tym co wczoraj odstawiłem w tym klubie. Cholera, chyba troszkę przesadziłem z alkoholem... Taa... Troszkę...
- Boże... - westchnąłem cicho i przybiłem piątkę z twarzą. - Wiedziałem, że to zły pomysł iść na tą imprezę, ale nie wiedziałem, że aż tak się upiję...
Dziewczyna uśmiechnęła się pod nosem i złapała mnie za rękę.
- Było minęło... A teraz chodźmy coś zjeść. - pociągnęła mnie w stronę drzwi, które otworzyła z impetem i cały czas trzymając mnie za dłoń, zbiegła szybko po schodach.
- Nie biegaj tak! - zganiłem ją, ale ona olała to i zaśmiała się głośno.
Burknąłem coś pod nosem i pozwoliłem jej, zaciągnąć się do kuchni, gdzie urzędował już szop.
- Niezły koncert w nocy daliście. - skomentował z uśmieszkiem na ustach, gdy tylko nas zauważył.
Vane przystanęła i zdezorientowana spojrzała na Rocket'a. Dobrze wiedziałem o co futrzakowi chodzi, ale dziewczyna najwyraźniej nie ogarniała tego....
- Vane... - zacząłem spokojnie i położyłem dłoń na jej ramieniu. - Wiesz o co mu chodzi...?
Pokręciła przecząco głową, a ja z cichym westchnięciem nachyliłem się nad jej uchem i wyszeptałem:
- Ściany w tym domu są strasznie cienkie...
Jak na zawołanie jej twarz pokryła się czerwonym kolorem, a wargi zaczęły drżeć. Raczej zrozumiała o co chodzi...
- Nie ma czego się wstydzić... - poklepałem ją po głowie, uśmiechając się pod nosem.
Tak, jak myślałem... Oberwałem w brzuch po zaledwie kilku sekundach...
- Milcz staruchu! - pisnęła speszona tym wszystkim, a szop do tego wybuchł głośnym śmiechem.

~~*~~



Minęło już kilka miesięcy i brzuch Vane znacznie się powiększył. Byliśmy też kilka razy u lekarza i okazało się już niedługo na świat przyjdzie nasz synek. Tak... Synek. Chłopiec! Powinienem to jak najszybciej opić, jednak po tym ostatnim odpale wolałem nie ryzykować...
- Mówię ci dziewczyno, że Ryszard brzmi zajebiście! - krzyknął Rocket, który od dobrej godziny kłócił się z Vane o imię dla dziecka.
- Nie! Nie podoba mi się! - fuknęła i skrzyżowała ramiona, w geście protestu.
- Mam to w dupie! Mi się podoba!
- To twoje dziecko, czy moje?! - spojrzała na niego już nieźle wkurzona, więc szop uciszył się w końcu i zrezygnowany usiadł na drugim końcu kanapy.
Ja spokojnie siedziałem w fotelu i obserwowałem zaciekawiony przebieg tej bitwy, który zakończyła się jak na razie rozejmem.
- To może Sebastian? - zapytał cicho futrzak i oberwał po chwili poduszką, którą dziewczyna rzuciła w niego. - Były z niego fajny Sebcio...
- Sam sobie kurwa bądź Sebciem....! - warknęła na niego i zmarszczyła brwi.
No i rozejm coś trafiło... Na nowo zaczęli się kłócić, a ja westchnąłem cicho nie ogarniając już imion przez nich wymienianych.
- To może Kazuo? - wtrąciłem się nagle, na co oboje spojrzeli na mnie zaskoczeni.
- NIE! - krzyknęli równocześnie, a ja na chwilę zatkałem sobie uszy.
- Niby czemu "nie"? - uniosłem brew.
- Zbyt pedalskie... - mruknął szop, a Vane przytaknęła mu skinięciem głowy.
Wywróciłem oczami i zamyśliłem się na chwilę.
- No to... Może Yuri? - uśmiechnąłem się do nich lekko.
- Yuri... - powtórzyła Vane i na chwilę zamilkła. - Ładne.
- Wciąż myślę, że Ryszard... - zaczął szop, ale został zgromiony wzrokiem dziewczyny i od razu się przymknął.

~~*~~~

Po południu jeszcze tego samego dnia, zostałem wyciągnięty na miasto w celu kupienia odpowiednich rzeczy i ubranek, dla naszego synka. Vane właśnie przeglądała jakieś malutkie ciuszki, podniecając się przy tym.
- A co jeśli będą za małe? - zagadnąłem obserwując, jak z zawrotną prędkością, pakuje ubranka, do koszyka, który akurat trzymałem.
- Nie odzywaj się.... - trzepnęła mnie w ramię i po chwili pokazała mi jakąś koszulkę z małymi pudelkami.
Muszę przyznać, że wyglądał uroczo... Vane, jak i ta koszulka wyglądała uroczo, że aż na chwilę zapomniałem języka w gębie.
- A! Tak! Bardzo ładna... - uśmiechnąłem się i sam zacząłem się rozglądać za czymś dla syna.
Po jakimś czasie, kiedy białowłosa była we własnym świecie, ja znalazłem bardzo uroczą maskotkę przedstawiającą wilka.
Wpakowałem ją oczywiście do koszyka i obserwowałem dalej, jak przyszła matka wybiera koszulki i i inne tego typu rzeczy dla naszego dziecka.

< Vane? :3 >


Od Vane CD Gibert

Zacisnęłam obie ręce w piąstki i podekscytowana zaczęłam podskakiwać w miejscu. Z uśmiechem na ustach popędziłam odnieść swój sprzęt do magazynu. Gdy byliśmy już na górze, podziękowałam staremu przyjacielowi za udostępnienie sali, po czym wraz z Gilbertem wybyłam na zewnątrz. Praktycznie ciągnęłam go za sobą w stronę domu. W końcu - musiałam mieć czas na przyszykowanie się. Po dojściu do domu (który o dziwo, jeszcze stał) niemalże w momencie porwałam wcześniej otrzymaną torbę i pognałam na górę. Przegrzebałam ją od dołu do góry, aż w końcu znalazłam... Dobrze, że pomyślał o spakowaniu chociaż jednej sukienki. (link heh)
Dobrałam odpowiednie dodatki, wybrałam buty i torebkę - chociaż co do tych dwóch ostatnich nie miałam zbyt dużego wyboru - po czym gotowa wyszłam z łazienki. Rozejrzałam się po pokoju... Ile czasu minęło, że na zewnątrz zdążyło się delikatnie ściemnić? Przeskanowałam wzrokiem otoczenie. 
- Gilbert? - zapytałam cicho, powoli wychodząc z przyłączonej do pokoju niedużej łazienki.
- Bu! - wyskoczył nagle zza rogu, na twarzy mając uśmiech od ucha do ucha. 
Już miałam zacząć zdenerwowana nagłym wyskokiem krzyczeć, gdy... W momencie wlepiłam wzrok w jego strój. Nie potrafiłam powiedzieć tego na głos, ale... Naprawdę, w tym ubraniu był taki... SŁODKI! (nope, nie przystojny, tylko S Ł O D K I XD)
- Dlaczego nie ubierasz się tak na co dzień? - westchnęłam, z delikatnym uśmiechem przechylając głowę.
- Ten strój nie należy do tych funkcjonalnych... Nawet nie mam gdzie schować papierosków... - burknął pod nosem, również delikatnie unosząc swe kąciki ust. - A ty, jesteś już gotowa? - przejrzał mnie dokładnie wzrokiem.
- Oczywiście! - skinęłam głową, poprawiając ramiączko od sukienki. - Klub do którego idziemy znajduje się jakiś kilometr stąd... Noo, może trochę ponad - odwróciłam szybko wzrok.
- Więc chodźmy - chwycił mnie za rękę, po czym w momencie przyciągnął do siebie. - Trzymaj się blisko mnie... - szepnął, szczerząc się jak pedofil
- Dobrze tatusiu - zaśmiałam się, delikatnie całując go w policzek.
***
Gdy byliśmy już na miejscu, zabawa chyba trwała w najlepsze. Nie sądziłam, że będzie tak dużo ludzi... Huh, no trudno. Jakoś sama z siebie chciałam się trzymać blisko Gilberta. Przy nim po prostu czułam się bezpieczniej... "Ale nie zmienia to faktu, że spokojnie dałabym sobie radę z jakimiś łaszącymi się typkami!" - dodałam w myślach. 
- Będziesz pił? - uniosłam wzrok na wyższego mężczyznę stojącego obok. Widoczne było, że jego wzrok ciągle wędrował w stronę baru. 
- No... Nie za dużo - uśmiechnął się pod nosem. - Lecz ty, nawet o tym nie myśl - zmrużył nieco oczy, upuszczając swoje mordercze spojrzenie prosto na mnie.
- Wiem, wiem! 
Ruszyliśmy razem w stronę baru, który był obsługiwany przez jakiegoś mężczyznę. Podczas gdy ja zamówiłam sobie bezalkoholowe mohito, Gilbert wybrał któryś z drinków zawierający alkohol. Nie słuchałam dokładnie jaki, ponieważ byłam zbyt zajęta grzebaniem w portmonetce. Po zapłaceniu i odebraniu reszty, przeskanowałam dokładnie wzrokiem rachunek... 
- Sex on the beach? To coś takiego w ogóle istnieje? - zmarszczyłam brwi, przyglądając się nazwie wybrukowanej na małym papierku.
- Świetna nazwa, czyż nie? - wzruszył znacząco brwiami, biorąc łyk trunku.
Po niespełna połowie godziny uzyskałam bardzo ciekawą odpowiedź na pytanie: "Jak zachowuje się Gilbert po wypiciu alkoholu". Rezultat był bardzo ciekawy... Mężczyźnie coś naprawdę solidnie odbija...
- VANE! Ci idioci cały czas dziwnie się na mnie gapią! - warknął, wskazując palcem w stronę szafki, na której stały kolorowe kwiatki w ozdobnych doniczkach. - SŁYSZYSZ!? - wydarł się jeszcze głośniej, chyba mając zamiar podejść. 
W ostatnim momencie udało mi się go powstrzymać, przed wylądowaniem na podłodze. Jego nogi dosłownie same się plątały, przez co już chyba z kilka razy odbył zderzenie z podłogą lub innym przedmiotem. "To był bardzo zły pomysł..." - westchnęłam w myślach.
- Zobacz, przecież to są tylko niegroźne... - już wyciągałam rękę, aby "pogłaskać" kolorową roślinkę, gdy mężczyzna gwałtownie uchwycił ją i przyciągnął do siebie. Za moim nadgarstkiem mimowolnie powędrowała reszta ciała, przez co wpadłam prosto na jego tors.
- NIE DOTYKAJ ICH! Sam dam sobie z nimi radę! - z tego co zauważyłam, miał zamiar podejść i wytarmosić jednego z kwiatków za łodygę. 
Strzeliłam krótkiego facepalma, patrząc, jak próbuje przegadywać się z rośliną. Chyba to był odpowiedni moment, na zbieranie się do domu...
- Chyba ma bardzo słabą głowę... - westchnął jakiś chłopak, znikąd pojawiając się obok mnie.
Mimowolnie, jedynie przytaknęłam głową. Myślę, że stojący obok mnie był jedną z osób, które również dzisiaj nie piły. 
- Jestem... - chyba chciał się przedstawić, lecz w momencie przerwała mu to obecność Gilberta. 
Momentalnie się zaczerwienił, najwidoczniej mając ochotę zrobić chłopakowi to samo, co przed momentem kwiatkom. Już wyciągał rękę w stronę jego elegancko ułożonego kołnierzyka. Dostrzegając ruch, błyskawicznie uchwyciłam jego dłoń w swojej, tym samym odciągając od ciemnookiego blondyna.
- Miło było poznać! - krzyknęłam tylko w jego stronę, będąc już kilka metrów dalej. 
Wciąż trzymałam pijanego mężczyznę za rękę, podczas przeciskania się przez tłum ludzi. Gdy w końcu dotarłam do drzwi, momentalnie otworzyłam je przed nami... Uh... Przyjemna woń świeżego powietrza.
- Przecież dopiero przyszliśmy... - burknął pod nosem Gilbert jak małe dziecko, krzyżując ręce.
- Zamknij się, dobrze? - zmrużyłam oczy.
- Wiesz... Jesteś naprawdę piękna... - westchnął, gładząc mnie delikatnie po policzku. - Tak strasznie chciałbym... - nawet na jego niewyraźnej twarzy można było rozpoznać lenny face'a. 
"Cholera..." - warknęłam w myślach, dobrze wiedząc o co mu chodzi. A co było jeszcze gorsze... Również tego chciałam. Mój oddech wyraźnie przyśpieszył, gdy chyba maksymalnie przykleił się do mnie. Owinęłam swoje ręce w okół jego szyi.
- Lecz pamiętaj... Robimy, to co ja chcę... - uśmiechnęłam się delikatnie, za pomocą jednej z umiejętności przenosząc nas prosto pod dom.
- Ty tu rządzisz - wyszczerzył się.
Pociągnęłam go za sobą w stronę drzwi. Z torebki (w której de facto trzymałam też jego portfel i inne rzeczy, żeby po pijaku ich gdzieś nie posiał) wyciągnęłam kluczyki. Jakimś cudem udało mi się wejść wraz z Gilbertem, bez najmniejszego szelestu. Kątem oka dostrzegłam Rocketa, który smacznie spał sobie na kanapie, owinięty kocem...
- Co to za małpa, z paszczą jak kran? - zapytał idący tuż obok mnie, również spoglądając na szopa.
- Cichaj i chodź na górę! - zganiłam go szeptem, ściągając buty.
( ͡° ͜ʖ ͡°)( ͡° ͜ʖ ͡°)( ͡° ͜ʖ ͡°)
Przetarłam oczy dłonią... Na czym ja leżę? Nie wiem, ale to coś jest bardzo miękkie... "Cholera, co się właśnie..." - mruknęłam do siebie w myślach, powoli otwierając oczy. Uniosłam głowę do góry... Od razu ożywiłam się, dostrzegając "to coś" na czym dane mi było leżeć.
- Gilbert! WSTAWAJ! - krzyknęłam cała czerwona, w momencie złażąc z mężczyzny i okrywając się kołdrą.

<Huehueheu, Gilbercik? ( ͡° ͜ʖ ͡°) >

Od Corrinne cd Shawn

Uśmiechnęłam się ponad jego ramieniem, dopiero po chwili go obejmując.
– Corr, co to za miejsce? – odezwał się, wciąż mnie przytulając. Jakby nie chciał rzeczywiście mnie opuszczać.
– Ten pokój to normalnie sala treningowa. – wzruszyłam ramionami, a moje skrzydła delikatnie drgnęły. – Tutejsi Tengu Yokai przerobili jednak ją na sypialnię dla ciebie.
– Tenku... Co?
– Tengu Yokai. Ducho-potwory, przybierające postać człowieko-ptaka. Wyglądają jak upadłe anioły. Dawniej uważani byli za złośliwe demony zwiastujące wojnę, jednak z czasem zdanie o nich przerodziło się na opiekuńcze, ale niebezpieczne duchy gór i lasów. – wyjaśniłam swoimi słowami.
– To muszę im podziękować...
– Przydałoby się. Mnie przyjęli tylko dlatego, bo mam skrzydła. Kobiety normalnie nie mają tu wstępu. Na ciebie też byli steptycznie nastawieni, ale trochę ich postraszyłam klątwami. Cholernie boją się walkiri. – zaśmiałam się, przybierając wredny ton głosu.
     Rozległo się pukanie, a Shawn błyskawicznie odskoczył. Odwróciłam się i wpatrzyłam w młodego Tengu.
– Przyniosłem jedzenie dla walkiri Corrinne i jej brata Shawna. – wyszeptał.
Wstałam i przejęłam od niego tackę. Był starszy o jakieś trzy lata, ale unikał spojrzenia na mnie i po chwili dosłownie uciekł.
– Ta... O tym mówiłam. – szepnęłam niezawodolona.
Podałam tacę bratu i sama usiadłam na podłodze, gdzie wcześniej przebywałam.
– Jedz. – Pchnąłam w jego stronę pałeczki.
– A ty?
– Nie jestem głodna. – mruknęłam. – Masz jeść, bo cię tu zostawię. Wczoraj padłeś pod drzwiami, musisz odbudować siły.

< Shawn? >

Od Gilberta CD Vane

Kiedy dziewczyna postanowiła się już zacząć zabawiać w pokoju treningowym, ja nadal szukałem broni odpowiedniej dla siebie. Niestety takowej nie znalazłem. Lekko wkurzony wyjąłem w końcu swój własny pistolet, który zawsze był schowany, tak żeby nikt go przypadkiem nie zauważył... Sięgnąłem dłonią do kieszeni i po chwili wyciągnąłem garść naboi i napełniłem nimi magazynek, a resztę schowałem z powrotem do kieszeni.
- Co tak długo? - Vane zerknęła na mnie kątem oka, skanując wzrokiem moją broń. - Nie jest z magazynu, co nie?
Uśmiechnąłem się pod nosem i zająłem swoje miejsce, odblokowując pistolet.
- Masz dobrą pamięć, że pamiętasz co jest w tym magazynie, a co nie.... - przyznałem, a dziewczyna przerwała na chwilę mierzenie do celu i odwróciła się w moją stronę.
- To oczywiste. - uśmiechnęła się szeroko. - Byłam tu tyle razy, że pamiętam na pamięć plan każdego pomieszczenia.
Gwizdnąłem pod nosem na znak podziwu i wycelowałem w poruszające się roboty. Pociągnąłem kilka razy za spust, przesuwając delikatnie dłoń w prawo. Dwie maszyny oberwały kulką w sam środek głowy, a dwie jeszcze inne, dostały w okolice, gdzie powinno być serce.
- Poczekaj... - usłyszałem głos Vane i jak na zawołanie, opuściłem ramię, patrząc pytająco na białowłosą.
- O co chodzi, dziewczynko? - dziewczyna podeszła do mnie i na chwilę odebrała mi broń, którą odstawiła na bok.
Nagle szarpnęła za dół mojej bluzy i ściągnęła ją ze mnie, nie trudząc się przy tym wcale. Zadowolona spojrzała na moje ubranie, jak na jakieś trofeum, po czym założyła szarą bluzę na siebie. Zamrugałem kilka razy zaskoczony tym co właśnie zrobiła, więc w końcu zapytałem:
- Zimno ci?
- Nie. - z jej ust padła szybka odpowiedź, a ja westchnąłem cicho.
- A czy ta bluza wróci do mnie?
- Nie... - dziewczyna podwinęła o wiele za długie rękawy i wróciła na swoje stanowisko.
- Fajnie... - przeczesałem dłonią włosy i chwyciłem ponownie swój pistolet, żeby następnie wycelować w stronę szurających po ziemi robotów.
Zabawę czas zacząć...

~~*~~

Zabijcie mnie... Przegrałem... Przez jeden jebany punkt...
- Wygrałam! - dziewczyna wyszczerzyła się do mnie, zerkając co chwila na panel wyników.
Może nie będzie tak źle...
- Brawo. - uśmiechnąłem się do niej łagodnie i pogłaskałem ją po głowie.
Mimo wszystko była to uczciwa walka.
- W takim razie idziemy wieczorem na imprezę. - oznajmiła, dalej szczerząc się do mnie.
- Słucham? - spojrzałem na nią oniemiały.
- No... Na imprezę... - skrzywiła się lekko, widząc moją minę.
- Chyba cię całkiem pogrzało... Nigdzie nie idę, a szczególnie ty! - zmarszczyłem brwi, czując jak moja krew buzuje w żyłach.
- Nie masz wyboru... To moja nagroda, a ty musisz iść ze mną... - burknęła, krzyżując ramiona, na wysokości piersi.
Jęknąłem głośno i przegryzłem wargę, zastanawiając się jak wybrnąć z tej sytuacji. Niestety jednak, wyjścia nie było. Muszę iść z nią na tą imprezę, ale przynajmniej, będę mógł ją przypilnować...
- No dobra... Ale nie spuszczę z ciebie oka... - zmrużyłem powiek, a Vane zaśmiała się głośno.
- Tak, tak... - pocałowała mnie w policzek.
- Eh... Zbierajmy się jeśli chcesz iść na tą imprezę...

< Vane? :3 >

Mia Land of Grafic