Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Corrinne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Corrinne. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 lutego 2018

Od Corrinne cd Kevin

– Wracajmy na dół. Jeszcze sobie niewiadomo co pomyślą. – Nie chciałam niszczyć chwili, ale byłam do tego zmuszona. Xerxes nie zdawał sobie sprawy, jakie byty aktualnie nawiedzają królestwo. A nietoperzy wokół robiło się coraz więcej. Gdyby zaatakowały nas tutaj, gdzie było nie tylko zagrożenie wypadnięcia za barierkę... Zrezygnowany jęknął. Jakby... Zawiedziony. Uśmiechnęłam się pocieszająco. 
– Może wcale nie będą się mylić? – uśmiechnął się szeroko. 
Emily, ty żywa ścierko od podłogi, jakbyście się zamienili rolami, nikt by nie zauważył.
– W każdym razie, chodź. – chwyciłam go za dłoń, sprowadzając przez pokój i korytarz. W krótkim czasie od przybycia na salę, rozbrzmiała melodia. Taniec towarzyski... Belgijka. Uśmiechnęłam się wesoło i zaciągnęłam Xercia w rządek par. Nie wydawał się z tego powodu zadowolony. Szczególnie, gdy zorientował się, że następuje zmiana par. Ja jednak byłam zbyt zajęta powtarzaniem w myślach kroków; cztery w przód, potem w tył, znowu w przód, doskoczenie, odskoczenie, obrót na drugą stronę, gdzie wcześniej stał partner, doskok, odskok i zmiana do przodu, wracając na swoją stronę. Niby tak banalne, a jednak jest przy tym dość sporo śmiechu. Łatwo wpaść na czyjeś plecy lub wycofać samemu o ten krok za dużo. Im więcej osób, tym trudniej. He. Hehe. Hehehe. Po całym okrążeniu znów trafiłam na Xerxesa. Nie wydawał się zbyt... Zadowolony. Muzyka powoli cichła, a gdy już całkiem umilkła, rozbrzmiał brzdęk tłuczonej serii szkła. Skuliłam się, zatykając uszy. Za głośno... Boli... Blisko siebie wyczułam obecność nie tylko Xerxesa, ale także pewnego osobnika. Znałam już jego zapach. Wyprostowałam się, wyciągając broń. Chwyciłam Xerxesa za dłoń i odciągnęłam jak najbliżej drzwi. 
– Czujesz się na tyle dobrze, by móc się bronić? – Kiwnął głową. Jakoś w to nie wierzyłam, ale także domyśliłam się, że nie dałby się wygonić. – Jakby coś... Ratuj się, dobrze? 
Nie mogłam czekać na odpowiedź, ponieważ dostrzegłam parę wampirów otaczających dzieci. Nastoletnie kotołaki sobą osłaniały te mniejsze. Dostrzegłam Rosę i Geo wśród tych ochranianych. Skoczyłam w ich stronę, nagle stając wśród maluchów i wymierzając w najbliższego potwora. 
         W krótkim czasie, ubyło za dużo kotołaków. To chyba największy atak w ostatnim czasie, a trupy gdzieś znikają. Mimo to, wokół się roi od obu ras; na salę wciąż przychodzą nowe wampiry, a kotołaki przybyły z miasta, bowiem nie wszystkie chciały wcześniej przyjść na bal. Nie mogłam nigdzie dostrzec Xerxesa. W pewnym momencie zatrzymałam się zza drzwiami i przeskanowałam wzrokiem pomieszczenie. Nigdzie... Nigdzie go nie ma. Może uciekł. A może go dorw... Potrząsnęłam głową, ręką podpierając się o ścianę. Cholernie bolało mnie całe ciało. Nagle coś na wzór macek chwyciło mnie w pasie i nadgarstkach, na tyle mocno, że nie byłam w stanie nic w nich utrzymać. Czyjś język przejechał wzdłuż mojej szyi. Wzdrygnęłam się, czując dodatkowo niemiły uścisk w brzuchu. 
– Nie wzywasz nikogo na ratunek?... – szepnął. 
Jakoś tak nie mam kogo – pomyślałam, jednak nie odezwałam się, zajęta zaciskaniem zębów i próbami opanowania drżenia. Wbił kły w moją skórę, na co wygięłam się do tyłu.
Boję się...
Syknęłam, czując poruszające się macki i to, jak z mojego ciała ubywa krwi. Opuściłam bezwładnie ręce, zupełnie przestając się szarpać. Ospale wpatrywałam się w niewidoczny punkt. Sidła oplotły moje skrzydła, dość mocno je drażniąc. Coraz ciężej mi się oddychało. Z czasem nawet nje byłam świadoma.Momentalnie ktoś wyrwał mnie z uścisku, co  udało mi się zarejestrować. Wyczułam zapach Xerxesa, gdy inercyjnie na niego wpadłam, przylegając do jego klatki piersiowej. Zmrużyłam powieki. Zimno...

< Xerciu? C: >

niedziela, 31 grudnia 2017

Od Corrinne cd Kevin

– Jasna cholera, co ci się stało?! – zerwałam się na równe nogi.
– Walnąłem o stół. – wzruszył ramionami.
– Siadaj. – wskazałam głową na łóżko. Nie ruszał się z miejsca– Siadaj, kurna, bo nie będę cię zbierać z ziemi!
    Był bledszy niż zwykle, co było dość... Niepokojące. Usiadł gwałtownie na materacu, jakby próbował ukryć zawroty głowy. Zawiesiłam się, nie wiedząc zbytnio, co dalej robić. A robota znalazła się szybko; Mała Rose wędrowała niezdarnie w moją stronę. Urocze... Szybko podeszłam do niej i wzięłam na ręce, z powrotem kładąc na łóżku.
– Co się stało, kochanie?
Wtuliła się w poduszkę.
– Mama... – szepnęła. Pogłaskałam ją po główce.
– Na pewno się znajdzie.
– Obiecujesz?
– Kochanie, nie mogę tego obiecać, ale na pewno jeszcze kiedyś się spotkacie. Wszyscy dorośli robią co w ich mocy, by znaleźć waszych rodziców. A teraz śpij.
Poruszyła tymi malutkimi, słodkimi uszkami i zamknęła powieki.
Biedactwo...
Jeszcze raz przesunęłam dłonią po jej włosach i wstałam. Kevina nie było na miejscu, gdzie go zostawiłam. Gdzie on się podział?! Odpowiedź była natychmiastowa- gdy tylko się zbliżyłam dostrzegłam go na podłodze. Westchnęłam.
– Xerxes, nie rób sobie żartów... – mruknęłam. – Xer-xes?
Pokręciłam głową i przeniosłam go z trudem na materac. Postanowiłam jeszcze nie wzywać medyka. Głównie dlatego, że nie mogłam zostawić dzieci samych.
         Zmrużyłam oczy, pod wpływem ostrego światła. Chyba przysnęłam. Powoli wstałam, ręką podpierając się ściany.
– Corri, jesteś na ten moment zwolniona z pomocy. – usłyszałam znajomy głos.
Zerknęłam na opiekunkę i paru rodziców. Hm... O czymś nie wiem? Znaleźli się już?
Uśmiechnęłam się słabo. Podeszłam do Kevina. Nadal nieprzytomny.
– Zawołacie tutaj Sabrinę? – zagadnęłam do dwóch kotów. Jeden z nich przytaknął i rozpłynął się w powietrzu. Po chwili pojawił się wraz z kotką.
*** Laaaaaazzzzzyyyyyyyy*
– Spanie na skrzydle było złym pomysłem– stwierdziłam na głos, prostując i składając ścierpniętą część ciała. Skrzypnięcie drewna. Mój wzrok padł na jedyny przedmiot, który został w bunkrze. O dziwo- osoba na nim leżąca miała otwarte oczy. I się na mnie gapiła.
– Dzień dobry, śpiąca królewno. Jesteś w stanie się ruszyć i przejść do normalnego pomieszczenia, czy kolejne parę dni zamierzasz tutaj leżeć? – przekrzywiłam głowę. Postanowiłam nie mówić mu, iloma czarami został nafaszerowany, żeby obudzić się w lepszym stanie.
Dźwignął się na łokciach, po chwili stojąc już o własnych siłach.
– Kolejne parę dni?
– Dokładniej to cztery, ale jednak. – wyrwałam złamane pióro ze skrzydła, zaciskając zęby. – Pomijając pytania, co tu robisz i co strzeliło ci do–
– Corri! Chodź, trzeba cię ogarnąć, bo przecież ten bal! –  Katrinss zawiesiła się, śledząc wzrokiem Breaka, który po chwili stał obok mnie–  I twojego kolegę również...
– Kolegę? No chyba cię coś...
Znikła już w świetle. Xerxes objął mnie ramieniem, tym samym dotykając skrzydła. Zacisnęłam zęby.
– Co ty odpierdalasz?!
Przejechał po nim dłonią.
– Ty cholerny... – jęknęłam. Szybko zakryłam usta ręką. Zaśmiał się cicho i spokojnie odszedł w stronę drzwi. Psychopata.
Szybko się ogarnęłam i poszłam w stronę, gdzie wcześniej znikła biała kotka.
***
– Jak zwykle uroczo! – pisnęła Princessa. Zaśmiałam się.
– To tylko dwa kucyki, Pri.
– Ale do ciebie pasują! – odezwała się inna kotka.
Są trochę... nadpobudliwe...
Pokręciłam z rezygnacją głową, ostatni raz zerkając na niebieską sukienkę.
– To schodzimy na dół, prawda?
– Tak! Chociaż raz będziemy wcześniej! – zaśmiały się.
         Minęły już dwie godziny od oficjalnego zaczęcia balu. Dwie godziny spędzone na podpieraniu ścian. Jak miło. A Xerxes zaginął w akcji. Trudno.
– Zatańczysz? – przerwał mi znajomy głos. Uśmiechnęłam się.
– Z chęcią.
   W czasie gdy zostałam zaciągnięta niemal na środek sali, co dość mnie peszyło, to w połowie dostrzegłam pewną osobę podpierającą ścianę. Parę obrotów później kierowała się już na balkon. Skusił się na przybycie?
          Muzyka ucichła. Podziękowałam za taniec i szybko zmyłam się z pomieszczenia.
– Czujesz się już lepiej? – zagadnęłam.
Kiwnął głową. Uśmiechnęłam się ukradkiem, podchodząc do barierki.
– Mogłam zrobić zdjęcie jak leżysz twarzą na ziemi.
– Z kim tańczyłaś? – odwrócił się w moją stronę. Znowu ta psychopatyczna mina...
– Z kotołakiem. – zażartowałam.
– Kim on jest?
– To kolega z dzieciństwa, spokojnie! Nikt specjalny. – cofnęłam się parę kroków.
Czyżby był zazdrosny?
Nie zdążyłam zagadać, gdy na tarasie pojawił się Bob. Znowu? Podszedł niebezpiecznie blisko.
– Corrinne, czy mógłbym cię porwać na... – zawiesił się, a jego twarz pobladła. – A zresztą... Nieważne!
Zniknął w dwie sekundy.
– Xerxes~ – mruknęłam, powoli się odwracając się w jego stronę. Bardzo powoli.
– Tak? – przybrał na twarz przesłodzony uśmiech.
– Można wiedzieć, co odwalasz? Już pomijając tą akcję w bunkrze...
– Mówisz o tej akcji? – pochwycił moment i przesunął dłonią po moim skrzydle. Zatrzęsłam się.
– Ty mały... – warknęłam, kuląc się.
–  Co ja na to poradzę, że naprawdę uwielbiam cię denerwować... – durny uśmieszek pojawił się na jego twarzy. - I dodatkowo, przypatrywać się twojemu słodkiemu rumieńcowi, gdy robię ooo tak! - znowu dotknął czułego dla mnie miejsca.
– Zawsze domyślałam się, że jesteś pedofilem, ale mógłbyś się ogarnąć! To wcale nie jest miłe!
– Oj! Czyżbym powiedział to na głos?! Znowu to zrobiłem!  Shhh... Chyba nie potrafię się powstrzymać!
– Ty pierdolnięty sadysto! Wiem, jakie masz o mnie mniemanie, bo już parę razy to pokazałeś, ale nie musisz mi  o tym przypominać w każdym możliwym momencie! – po moich policzkach spłynęły łzy. – To boli. Cholernie boli!
     W parę sekund uciekłam z tarasu do swojej komnaty, zostawiając Kevina samego.

< Xerxes? ❤>

wtorek, 26 grudnia 2017

Od Corrinne cd Shawn, Kevin

Chwilę siedziałam w miejscu w bezruchu. Potem wyciągnęłam za łańcuszek zawieszkę, w której skrywały się zdjęcia. Otworzyłam ją i spojrzałam na pierwsze. Rodzice i my. Na drugim- Flurry, ja i Kevin.
Cholera!
Krzyknęłam w myślach, po czym gwałtownie wstałam. Nie kwapiąc się o zamknięcie wisiorka, cisnęłam nim o ścianę. Szybka pękła w miejscach, gdzie stałam. Tak, idealne powiedziane. Już nawet szkło mnie nienawidzi.
Już całkiem wybuchłam płaczem, przerywanym ciężkim oddechem. Odruchowo zbliżyłam się do okna, otworzyłam je i machinalnie rozwinęłam ciemnoszare skrzydła. Wiedziałam, gdzie zamierzam się udać i gdzie dawno nie byłam. Zerknęłam ostatni raz na uchylone drzwi i na pewien projekt, do którego części już leżały na biurku. Mechaniczne oko chyba mi się nie przyda. Potrząsnęłam głową. Wyrzuty sumienia. Kolejne do kolekcji. Wyskoczyłam. Niemal od razu uniosłam się metry nad ziemię.
          Wylądowałam dopiero przed murem opinającym miasto.
– Francis? – uśmiechęłam się na widok znajomego kota, stojącego na straży.
– Kto... Corrinne? Aleś wyrosła!
– Dzięki... Wpuścisz mnie? Chciałabym trochę z wami pomieszkać w zamku.
– Oczywiście!
Otworzył srebrną bramę, przez którą szybko weszłam.
Od razu zaatakowało mnie radosne szczekanie.
– Ashley... Vér... Kochane... Moje psiaki... – klęknęłam, składając skrzydła na plecach.
Wokół mnie nazbierało się parę starszych osobników. Do każdego z osobna się uśmiechałam. Rozpoznałam także parę plus minus w moim wieku osób, które kiedyś widziałam w trakcie tornad.
Z całego harmidru wyciągnęła mnie dopiero Sabrina. Czarna kotka złapała mnie za rękę i wyrwała dosłownie z uścisku starego kolegi- Boba. Psy pobiegły za mną. Wtrąciła nas do mojej starej komnaty.
– Mów co się stało. W pewnym momencie zerwało mi dostęp do twoich myśli, więc nijak nie mogłam ci pomóc.
– Eh, Sabrinaaaaa. Spokojnie, nic się nie stało. Wszystko ci powiem, ale...
– Ze szczegółami?
– Ze szczegółami. Ale najpierw daj jakieś bandaże.
W parę sekund przedmiot pojawił się w jej ręce. Podała mi go.
– Więc... Na którym momencie ostatnio skończyłam?
– Na tym, kiedy wtrącili was do ośrodka i przyprowadziłaś do nas psy.
Przekrzywiłam głowę. Nic się nie zmieniła. Zielone, przenikliwe oczy oznaczone wydłużonymi, ni to kocimi, ni to wężowymi, czarnymi źrenicami; ciemnoszary ogon, zwężający się ku końcowi i uszy, jaśniejsze w środku. Ciemny warkocz spływał po jej ramieniu.
Już zaczynałam mówić, gdy do pokoju wparował Bob. Zawiesił się, widząc mordujący wzrok Sabriny, jednak potrząsnął głową i powiedział na jednym wdechu:
– Atakują zamek. Francis cię prosi, Sabrino.
Westchnęła i wstała, by podążyć za nim. Zostałam sama. Atak? Ale kto? Tornada na pewno już przeszły, bo miasto było takie jak dawniej. Zmieniłam bandaże i ruszyłam korytarzem.
Zawsze myślałam, że to jeden z tych spokojniejszych światów, ale teraz myślę, że wraz z upływem lat się to zmienia. 
Odbezpieczyłam broń i przesunęłam drzwi. Niemal od razu w moją stronę runęła postać. Jej oczy świeciły neonową czerwienią, a twarz była blada. Mężczyzna miał płowe włosy, spięte z tyłu w kucyka jasnoniebieską wstążką ze złotym dzwonkiem. Z kącika jego ust ciekła krew.
Wampir?
Skoczyłam w bok, zamykając jednocześnie twierdzę. Chciałam w niego strzelić. Ten jednak rozpłynął się w powietrzu. Zrobiłam krok w przód i obkręciłam w koło, szukając go wzrokiem.
***
Uśmiechnęłam się, siadając na białym śniegu. Wampiry znikły po dniu walk. Oczywiście, nie obyło się bez ofiar. Właśnie dlatego zostałam chwilową opiekunką dzieci, które w tym momencie kłębiły się wokół ogniska, uganiały się za Ashley i jej synem. Koło mnie siedziała tylko dwójka, którą ochraniałam przed wiatrem skrzydłami.
– Dobrze się czujesz? – szepnęłam do małej Rose. Kiwnęła główką, łapiąc moją rękę, przypadkiem zsuwając kawałek bandażu. Miała tylko trzy lata a już...
Potrząsnęłam głową. Ciał nie znaleziono, być może się znajdą. Na pewno jej rodzice żyją.
Rozległy się kroki. Nie zwróciłam na nie specjalnej uwagi, myśląc, że to któreś z dzieci lub strażnik. Jednak, gdy wyczułam na swoim ramieniu dotyk pazurów...
Nawet się nie odwracając, wystrzeliłam w jego stronę. Ręka się cofnęła.
– Rose, Geo, uciekajcie. – szepnęłam. Przerażone kotołaki uciekły, wraz z resztą i psami.
Zerwałam się z ziemi, odwracając i celując. Ten sam, co wcześniej. Tylko już bez tych krwistych oczu. Zastąpiły je barwy zachmurzonego nieba.
Znajome oczy...
Osłupiała wpatrywałam się w miejsce, gdzie przed chwilą stał. Właśnie... Stał. Bo teraz czułam jego oddech na swojej szyi. Przestraszona załopotałam skrzydłami, jednak nijak nie mogłam go nimi uderzyć. Broń wypadła z mojej dłoni, przetrzymywanej przez niego. 

< Xer? Shawn? 😏 >

poniedziałek, 25 grudnia 2017

Od Flurry, Corrinne cd. Kevin'a, Shawn'a

~~Per. Flurry~~
Odprowadziłam ich wzrokiem. Wraz z momentem zamykania się drzwi, uniosłam dłoń z filiżanką. Na moich ustach gościł niewinny uśmiech, starannie dobrany do pseudomiłego spojrzenia. Wzrok Shawna pozostawał utkwiony w naczyniu. Przyciągnęłam pistolet bliżej siebie. Nie każda cisza jest przyjemna. Szczególnie, gdy utkwisz z dawnym przyjacielem w zamkniętym pokoju. Czuć było napięcie. Niemal widziałam te wyczekujące trzy kropki.
– Cisza przed burzą.  – mruknęłam do siebie.
Nagle chłopak poderwał się z miejsca. W automatycznym odruchu skierowałam w jego stronę broń, ale on ją zignorował i podszedł do okna. Zaniepokojony, chciał, żebyśmy wyszli.
Też chciałam to zrobić, jednak rozkaz Corrinne, starszej wiekiem i wyższej rangą, mimo, iż nadal przyjaciółki, to wciąż rozkaz. Poza tym, nikt nie wie, czy nie zrobili niebieskowłosemu prania mózgu, tym bardziej, że mnie nie pamiętał.
– Nie będzie mi dziecko rozkazywać... – ruszył w stronę wyjścia.
– Baka...! – zacisnęłam dłoń w pięść i z nadnaturalną szybkością znalazłam się w przejściu. Pokręciłam głową z rezygnacją.
– Życie Corrinne też jest zagrożone. A z tego co zauważyłem, strasznie ci na niej zależy...
Idiota, normalnie idiota większy niż Break.
– Jak ma mi na niej nie zależeć, skoro po twoim odejściu zostałyśmy same, zdane tylko na siebie?! - warknęłam, trochę głośniej niż zamierzałam.
- Flurry... - wyszeptał. Baaaaakaaaa!
- Idiota! – walnęłam go z otwartej dłoni.
Błękitne oczy osiemnastolatka zwróciły się ku mojej twarzy. Uśmiechał się. Że co? Już miałam na niego krzyknąć, gdyby nie to, że był szybszy. Nawet nie dokończył zdania, gdy przyciągnął mnie do siebie i...
~~Per.Corrinne~~
Naprawdę zazdroszczę Xerxesowi cierpliwości i odwagi. Droczył się z potencjalnym napastnikiem, jakby dodatkowo prowokując lub tworząc okazję do ataku. Uśmiechnęłam się. Może nie będzie potrzeby interweniować?
  Kevin zrobił parę kroków, rozglądając się. Nie dostrzegł mnie, siedzącej na drzewie. Jednak zrobił to ten cały Vincent i pokazał to dość wyraźnie; celując we mnie z bronii. Nie rozległ się żaden dźwięk, gdy pociągnął za spust, a mimo to coś we mnie uderzyło. Zakręciło mi się w głowie, ręce nie chciały trzymać gałęzi. Zachwiałam się i zleciałam w dół. Po drodze walnęłam o parę gałęzi, dopiero później uderzając o twardą ziemię.
Boli.
Nie mogłam się ruszyć, a moje oczy powoli się zamykały. Nie, nie, nie. Nie mogę!
Próbowałam się ruszyć. Jednakże... Moja świadomość otoczenia powoli wygasała.
    A kogo ja oszukuję? Jestem słaba. Dałam się zestrzelić, choć widziałam, że we mnie celuje. Chcę chronić, sama nie potrafiąc się obronić. Tylko bym tam przeszkadzała.
~~Per. Flurry~~
Chciałam go odepchnąć, ale... Nie potrafiłam. W mojej głowie wybuchały tylko fajerwerki, zagłuszające wszystko. A może to manipulacja? Żeby... Ygh!
Odsunął się o krok, a ja wciąż stałam niczym zszokowany słup soli. Jego słowa niby do mnie docierały, rozumiałam ich sens, jednak... Jakby pochodziły zza muru. Zza mgły. Obudził mnie dopiero dotyk jego dłoni. Przytaknęłam, okazując zgodę na jego słowa. Wybiegliśmy, a z każdą sekundą moje serce przyśpieszało coraz bardziej, by w końcu zatrzymać się na ułamek sekundy. Ten pajac nie mógł się ruszyć, a w jego stronę wycelowana była broń.
No chyba nie. Nie, nie, nie, nie.
Facet o różnobarwnych tęczówkach pociągnął za spust.
Za daleko, za daleko...
Rzuciłam się w stronę Xerxesa.
Nie pozwolę... 
Wraz z drobnym ruchem ręki zmieniłam postać. Skoczyłam przed białowłosego w idealnym momencie, by to coś, co było wymierzone w niego, trafiło w moją klatkę piersiową.
Momentalnie moje źrenice zmniejszyły się, ciało przestało funkcjonować...
*
   Monotonna ciemność. Wszędzie tylko mrok i chłód od niego bijący. A potem znowu byłam tam, ale... Unosiłam się nad ich głowami. Czyli... Umarłam?
*
Shawn klęczał nad moim ciałem, które wróciło do normalnej postaci, wrzeszcząc coś do swojego towarzysza.
~Shawn, spokojnie... – szepnęłam. Nie usłyszał. Nikt mnie nie słyszał.
Po chwili zerwał się i ruszył w stronę zarośli. Szukał Corri. No tak...
Miała ich pilnować, ale nie pojawiła się. Czyżby złotowłosy wykrył wcześniej jej kryjówkę i... Potrząsnęłam głową.
Zwróciłam wzrok na Xerxesa, bezwiednie patrzącego w dół.
~ Xer, to nie twoja wina. Sama to zrobiłam, pamiętasz?
Uniósł morderczy wzrok na Vincenta. W tym spojrzeniu migotała niewypowiedziana obietnica długiej i bolesnej śmierci.
Moment przerwał zrozpaczony głos niebieskookiego. Wszyscy spojrzeli w jego stronę, co wykorzystał za chwilę morderca, uciekając.
~ Tchórz! Będę cię nawiedzać w nocy!
Podleciałam do przyjaciółki. Wokół niej było trochę krwi. Śledząc otoczenie, uznałam, że musiała spaść z drzewa.
Jej brat chciał ją obudzić, jednak nijak mu się nie udawało. W końcu ją podniósł i ruszył w stronę domu. Xerxes tylko odprowadził go spojrzeniem. Kucnął i pocałował martwe ciało w czoło. Po chwili się rozpłynęło, a on poszedł w ślad za niebieskowłosym.
~ Pilnuj jej, Xer. –  szepnęłam prosto do jego ucha. Zatrzymał się i rozejrzał. Uśmiechnęłam się lekko.
~~Per. Corrinne~~
Zamrugałam parę razy, po czym się zerwałam do siadu.
– Corrinne?
Podskoczyłam ze strachu. Shawn? Co on tu robi? Co się stało?
– Co się stało?
Cisza. Nie było odpowiedzi. Jedynie martwa cisza.
– Coś z Xerxesem? – mój głos zadrżał.
– Nie. Jestem tutaj.
Przyprawiacie mnie dzisiaj wszyscy o zawał.
– To w takim razie co się stało? – cisza. Przygnębiająca cisza. Nagle otrzeźwiałam – Gdzie Flurry?!
– No właśnie... Chodzi o nią.
Shawn stał z krzesła i przesiadł się metr ode mnie. Xer jedynie odwrócił wzrok w stronę okna.
Gwałtownie stanęłam na podłodze.
– Nawet nie kończ! To kiepski żart, prawda?! Xer?! ...
Pokręcił głową. W moich oczach zabłysły łzy, szybko stłumione przez przyśpieszony oddech.
– Shawn... Wypierdalaj. – mruknęłam przez zęby. Wstał, ale widocznie nie zamierzał wyjść.
– Głuchy jesteś? Wypierdalaj.
– Corrinne... – przeszedł przez łóżko. Wystarczyło, że na niego spojrzałam, by się zatrzymał w pół kroku. – Siostrzyczko...
– Pojawiacie się po paru latach. Chcecie zabić Xerxesa, zabijacie Flurry. I ty śmiesz jeszcze tutaj przebywać? Ba, nazwać swoją siostrą?
Zamilkł. Otwierał usta niczym ryba, najwyraźniej myśląc, co powiedzieć.
Rzuciłam w jego twarz przedmiotem wyciągniętym z kieszeni. Był to notatnik, który uderzył prosto w cel. Spadł na podłogę, a Shawn podążył za nim wzrokiem.
– Trzymaj to i wyjdź, bo nie ręczę za siebie.
Wahał się, jednak podniósł zeszyt i powoli wyszedł.
Gdy drzwi wyjściowe się zamknęły, opadłam na podłogę.
– Xer... Mógłbyś? – szepnęłam. Bez słowa wyszedł.
    Chwilę porzucałam przedmiotami o ściany, a potem po prostu usiadłam i... Uśmiechnęłam się. Nie było w tym uśmiechu szczęścia, a jedynie coś z kategorii "Idę się zaraz zajebać". Od płaczu miałam gulę w gardle, z trudem oddychałam, a po moich rękach ciekła krew.  Zerknęłam na zegar. Godzina szósta. Wstałam i ruszyłam do łazienki. W czasie wiązania bandaży, zdążyłam pięć razy zwymiotować.
Ukradkiem wymknęłam się z pomieszczenia, chcąc wrócić do pokoju.
– Obudziłam cię? – schowałam ręce za plecami. – Jeśli tak, to przepraszam.
– Nawet nie spałem. – mruknął. Śledził mnie wzrokiem, gdy go mijałam. Przełożyłam szybko ręce przed siebie, gdy byłam już parę centymetrów za jego plecami.
Szybko się przebrałam i zeszłam do kuchni. Nie było w niej nikogo.
    – Robisz ciasto? – zagadnął Kevin, wchodząc do kuchni. Kiwnęłam głową, zerkając na piekarnik.
– Próbuję się uspokoić. – uśmiechnęłam się. Akurat to było prawdą; nie lubiłam być może gotować, natomiast pieczenie było moim.. hobby? No, po prostu pozwalało mi nie myśleć.
– Za pół godziny możesz je wyjąć. Ja w tym czasie lecę do pracy, bo się spóźnię.
Zrobiłam parę kroków, próbując go wyminąć. Złapał mnie jednak za rękę.
– Nawet dzisiaj?
– Taka praca. Dług się sam nie spłaci. – odparłam bez emocji.
Mimo takiej odpowiedzi, wciąż nie puszczał mojego nadgarstka.
– Xer, to boli. – syknęłam przez zęby.
– To dlatego, że masz na niej bandaż?
Czyli zauważył.
– Przy spadaniu z drzewa się poraniłam, nic poważnego.
– Nie kłam.
Wyrwałam rękę, gdy zaczął rozwijać opatrunek.
– Mówię, żebyś zostawił. – cofnęłam się parę kroków w tył. Błyskawicznie zniknęłam z domu.
            Wchodząc do mieszkania, miałam nadzieję, że nie zastanę w pierwszym metrze Xerxesa. Siedział za to w kuchni.
– Długo zamierzasz tam chodzić?
– Tyle, ile będzie trzeba. – fuknęłam. Wzięłam sobie małą butelkę wody z szafki.
– Już praca na kasie jest lepsza.
– To tylko taniec, Xer. Nic więcej.
Zerknęłam na jego twarz. Westchnęłam.
– Słowa, nawet te niewypowiedziane, bolą bardziej niż czyny, wiesz? – szepnęłam, zatrzymując się w progu na parę sekund.
Zerwał się z krzesła tak gwałtownie, że te najpierw poleciało na ścianę, a dopiero później na podłogę.
Machinalnie ruszyłam do pokoju. Zamknęłam drzwi na klucz i usiadłam na łóżku. Bezmyślnie szukałam dłonią ostrego przedmiotu między fałdami kołdry. W końcu na niego natrafiłam, a jego chłód połaskotał moje palce. Pokręciłam go trochę w dłoni, jednak ostatecznie włożyłam pod poduszkę. Chwilę potem szafa się otworzyła. Wyszedł z niej Xerxes.
– Gdzie zgubiłeś lalkę? – uśmiechnęłam się rutynowo.
– Została w kuchni.
– A czego chcesz? Poza tym- ten duży prostokąt nazywa się formalnie drzwiami. Służą do wchodzenia do pokoju. Następnym razem użyj ich.
– Ale są zamknięte.
– O to właśnie chodzi. – zaśmiałam się, na chwilę odrywając od niego wzrok.
Wykorzystał moment i znalazł się niebezpiecznie blisko.
Zerwałam się, chcąc sięgnąć po klucz, jednak nie było go w miejscu, gdzie go położyłam.
– Ty cholerny... – warknęłam, gdy dostrzegłam go w jego dłoni.
Czyli moja forteca teraz stała się pułapką.
Pode mną zatrzęsły się nogi. Przypomniała mi się pewna noc sześć lat temu. Kiedy to najprzyjaźniejsze miejsce stało się potrzaskiem dla rodziców.
Boję się.
Osunęłam się na podłogę.
Boję się. Boję się. Oni wrócą. Dopadną nas. Boję się. Dopadną Shawna.
Moje oczy się zaszkliły.
– Cała się trzęsiesz. – Break objął mnie ramieniem.
– Odsuń się – szepnęłam.
– Nie.
Westchnęłam cicho.
– Oddaj klucz, bo chcę wyjść.
– Nie.
Prychnęłam. Ogarnęłam się w parę sekund i odepchnęłam go, sama wstając.
– To wyjdę oknem. – mruknęłam samorzutnie. Ukradkiem wyjęłam coś spod poduszki i podeszłam do szyby, rozsuwając ją. Usiadłam na parapecie i zeskoczyłam, miękko lądując na dole. Bez oglądania się ruszyłam ku drodze.
         Szwędałam się bez rozmysłu po ulicach. Podskórnie czułam, że ktoś mnie obserwuje, jednak było mi to obojętne. To zapewne jacyś przypadkowi ludzie. Skręciłam w alejkę domów jednorodzinnych, wzrokiem szukając ruin. Nie kwapiłam się by przechodzić przez furtkę, skoro w ogrodzeniu były dziury, a ono samo nie było wysokie. Po chwili siedziałam pod ukochanym drzewem. Ściągnęłam bandaże. Naszyjnik w środku którego ukryte były zdjęcia był lodowaty. Jak w tą noc gdy... Przy dotknięciu z zimnym, ostrym przedmiotem, zmarznięta skóra niemiłosiernie piekła.
Gdybym wtedy nie weszła na gałąź...
Gdybym nie dała się tak łatwo zestrzelić...
Gdybym zabiła ich już wcześniej...
To powinnam być ja...
Ona powinna żyć.
Potrząsnęłam głową. Schowałam narzędzie do kieszeni, zastępując je bandażem. Wstałam i ruszyłam znowu do domu. Ot tak. Nie zamierzam siedzieć tak w miejscu. Zamarznięcie to głupi sposób na śmierć. Być może Regnad da sobie już spokój.
      Stanęłam pod budynkiem. Weszłam do niego w taki sam sposób w jaki wyszłam. Czysto, miękko. Bez żadnego szmeru zamknęłam okno.
Naprzeciw mnie zamigotało oko. Czerwone oko, należące do białowłosego. W błyskawicznym tempie znalazło się za mną. Jedyna droga ucieczki zamknięta. Niebezpiecznie zaczęło się zbliżać, a przez panujący półmrok mogłam dostrzec minę Kevina. Psychiczny pajac.  Gorączkowo zaczęłam się rozglądać, cofając. Gdy jednam nie znalazłam celu, spojrzałam jeszcze raz na jego twarz.
Boję się...
– Zostaw mnie. – szepnęłam.
Boję się.
Cofnęłam się do odległego kąta. Jak najdalej od niego.
Boję się.
Wyglądał przerażająco. W jego dłoni brakowało tylko noża. Chociaż... Nie byłam w stanie stwierdzić, czy go przypadkiem nie ma.
Boję się, boję się...
Skończyło mi się miejsce do cofania. Ani jednego centymetra. Skuliłam się. Wciąż szedł w moją stronę z miną szaleńca.
To wszystko przypominało te krwawe horrory, których zawsze nie lubiłam. Nie lubiłam w ogóle horrorów. Były jedną z tych rzeczy, przy których jako dziecko uciekałam z pokoju. Nie zmieniło się to do dzisiaj.
Jego oko na chwilę zniknęło, a gdy znów się pojawiło, było metr przede mną.
– Zostaw mnie. – powtórzyłam, a mój głos zadrżał przy wypowiadaniu tych słów.
Kiedy wyobrażałam sobie, kto musiał zabić mamę i tatę, zawsze pojawiał się taki właśnie psychiczny wyraz twarzy. Niby zakuty w murze, a jednak przerażający.
Czemu te wszystkie fobie powracają po śmierci Flurry?
Było o tyle dobrze, że teraz dostrzegłam, iż nie ma nic w rękach. Opuściłam zaczerwienione oczy, starając się nie patrzeć na niego.
Boję się...
Boję się...
< Kevin, Shawn? ❤ >

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Od Corrinne cd Shawn

– Szkoda tylko, że w takich okolicznościach. – przekrzywiłam głowę, nie cofając ręki. Zmrużyłam oczy, przyciskając palec do spustu. Dzieliły tylko milimetry przesunięcia, by wystrzelił.
– Co tu robisz? – zapytał, jakby to było jego mieszkanie. Opuścił rękę. Tak, dobry ruch. Dla mnie.
Zaśmiałam się.
– Braciszku, mój kochany – to słowo przesiąknięte było jadem– braciszku. Wbijasz do domu mojego przyjaciela i śmiesz pytać się "Co tu robię"? Do domu osoby, która uratowała nas z ulicy? – wskazałam ruchem głowy na Flurry, która przystawiała broń do głowy towarzysza Shawna.  – Do domu osoby, która nam pomaga? Flurry, słyszałaś? On się pyta co tu robię. – prychnięłam, zwracając się z powrotem do brata – Myślisz, że pozwolę sobie na kolejną stratę osób, na których mi zależy?
Potwór.
Nie. Tylko w określonych przypadkach.
– A na mnie ci nie zależy? – wpatrywał się w moją twarz.
Próbujesz manipulować, drogi Shawnie? Manipulować moimi uczuciami? Wybacz, ale z chęcią teraz pociągnę za spust.
– W tym przypadku... Nawet w najmniejszym stopniu.
Sprawił wrażenie, jakby go to zabolało.
Życie. Właściwie, to w tym momencie chyba go porzucam.
– Ale... Ja cię kocham, tęskniłem!
Głowa opadła mi częściowo w dół, by nie było widać moich oczu i toksycznego uśmiechu. Chwilę później znów ją podniosłam.
Grzywka zasłaniająca mój brak oka wpadła mi częściowo na zdrowe, ograniczając widzenie. Nie przeszkodziło mi to jednak usłyszeć otwieranych cicho drzwi szafy.
– Dzień dobry! – głos Xerxesa dobiegł praktycznie zza moich pleców. Mój braciszek się wzdrygnął. – A co to za goście?
Wywróciłam oczami.
– Xer, chociaż raz byś się przydał. – mruknęłam.
– Oj, Lily, uspokój się. Nie wolno tak traktować gości. – szepnął do mojego ucha. – Zapraszam na herbatkę!
Wyczułam w tym niemy rozkaz opuszczenia bronii. Pokazałam ruchem głowy, by Flurry też to zrobiła.
– No dalej, chodźcie do stolika! – zachęcił Xer. Nie rozumiem tego człowieka.
       Choć Xerxes wydawał się mieć gdzieś zagrożenie, domyślałam się, że był gotowy na ewentualny atak. A mimo to stałam jak głupia przy drzwiach, podpierając ścianę. Z przygotowaną bronią w ręce, obserwując każdy ruch w pomieszczeniu.
W pewnym momencie ten blond koleś o dwukolorowych oczach szepnął coś do Xerxesa i obaj wstali.
Śledziłam ich nieufnym wzrokiem, szczerzacy kły. Zwierzęce kły, które powoli zapowiadały moją zmianę formy. Zablokowałam ręką wyjście.
– Gdzie się wybieracie?
– Musimy coś omówić. W cztery oczy. – wyszczerzył się mężczyzna. Spojrzałam na twarz Kevina. Jak zwykle gościł na niej durnowaty uśmieszek.
Westchnęłam i cofnęłam się o krok. Ukradkiem zerknęłam na Flurry. Zrozumiała przekaz i pod stołem przygotowała się do obrony. Wiedziałam, że sobie poradzi,  więc sama cicho ruszyłam za nimi. Miałam złe przeczucia.
Więc widząc, że zatrzymują się, szybko zareagowałam skoczeniem za drzewo. Ta cała rozmowa to ściema.

< Shawn czy tam Kevin idk >

piątek, 8 grudnia 2017

Od Corrinne cd Shawn

Pustym wzrokiem patrzyłam w niewidzialny punkt ciemności.
– Shawn, proszę, odsuń się. – szepnęłam, jednak nawet nie drgnęłam.
– Dlaczego? – odparł pytaniem.
Bo jestem potworem. Jebanym potworem.
– Rząd się mną interesuje. Nie chcę ściągać ich na ciebie. Proszę. Poza tym, uciskasz ramieniem na moją ranną rękę.
Błyskawicznie się odsunął.
– Co się stało?
– A, takie tam bitwy...
Nie, nie interesuj się mną. Nie zasługuję. Zapomnij. Dopiero co mierzyłam do ciebie z bronii.
Uśmiechnęłam się sztucznie.
– Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy, jednak teraz muszę uciekać do domu. – wymigałam się szybko.
W zaledwie parę sekund znalazłam się na głównej drodze, wpatrzona wciąż przed siebie.
***
Otworzyłam cicho drzwi i weszłam powoli przez próg. Cicho. Czyżby spali? To nawet lepiej, zważywszy, że była trzecia w nocy.
Ściągnęłam płaszcz, buty... Podreptałam do kuchni, by sprawdzić, czy tam ktoś przypadkiem nie siedzi.
– Gdzie byłaś? – wydukał Xerxes, którego w pierwszej chwili nie zauważyłam.
– W domu. A potem w pracy. – mruknęłam.
– Czemu ciągle tam chodzisz?! – podniósł głos.
– Bo muszę pracować? Nie zamierzam żyć na czyimś utrzymaniu.
– Ale póki żyjesz tutaj, nie pozwalam ci tam chodzić. – przerwał – Jakoś nie chce mi się wierzyć, że robisz to, bo chcesz.
Oparłam się rękami o blat stołu, cicho wzdychając.
– Akurat taka praca mi się trafiła. – warknęłam przez zęby.
Krótkie włosy zasłoniły mi twarz.
Ta cisza która zapanowała była bardziej wymowna niż jakiekolwiek słowa.
– Jako dzieciak zadłużyłam się u tej baby, która prowadzi klub, ok?! Musiałam jakoś zapewnić jedzenie Flurry przed tym  i po tym jak wywalili nas z ośrodka. Dług narósł do tego stopnia, że przez całe swoje zjebane życie go nie spłacę.– wybuchłam. Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam do pokoju Flurry, by sprawdzić, czy śpi.
< Kevin czy tam Shawn idk. Why. >

niedziela, 12 listopada 2017

#207

Kto chce- może
Kto próbuje- dokonuje
Kto kocha- żyje

Imię i Nazwisko: Corrinne Lily Hannah Oreo Melanie Quill
Pseudonim:  #207. Czasami przedstawia się jako Izyda lub Bezi Lagun.
Płeć: Kobieta 
Wiek: 18 lat 
Rasa: Urocjon wirginijski
Ranga:  Oddział Betha
Orientacja: Biseksualna
Zauroczenie: - Pff
Stanowisko:  Medyk
Umiejętności: Umiejętności, umiejętności... Jej specjalną umiejętnością jest wymuszone, acz wyglądające na prawdziwe, wypływanie łez z oczu. Tak, świetna z niej aktorka i manipulatorka. Jako nieoficjalny szpieg i snajper też całkiem nieźle sobie radzi. 
Jako ścigająca pełna gracji i uroku, jest w stanie zdobyć serce każdego. 
Charakter: Posiada stabilną osobowość oraz łagodne usposobienie.  Jest niemalże niemożliwym wytrącić ją z równowagi lub sprowokować do kłótni. To dyplomatka mająca rozbrajający uśmiech na każdą okazję. Nie żali się, nie daje poznać po sobie, że ma zmartwienia. Nadrabia miną i obraca w żart niejeden problem ze swego życia. Zdecydowanie zwabia ku sobie adoratorów, jednak nie reaguje na nich, bowiem nie jest zbyt ufna. Aby nie pokazać po sobie emocji, wyhamowuje swoją reakcję do tego stopnia, iż może się wydawać nieczuła lub obojętna. Stoi z boku. Ma niełatwy charakter i potrafi nagle pokazać pazurki. Aby nie pokazać po sobie emocji, wyhamowuje swoje reakcję do tego stopnia, iż może się wydawać nieczuła lub obojętna. Ciężko przeżywa zdradę lub porzucenie, gdyż jest wrażliwa na porażki, zwłaszcza uczuciowe. Mimo iż posiada niebywały dar przewidywania zdarzeń, nie robi wyrzutów, gdy ktoś nie posłucha jej spokojnej sugestii. Ogólniej- ma to wtedy w dupie. Nie toleruje słabości, kombinatorstwa ani cwaniactwa. Otacza się barierami i ucieka od zgiełku. 
Cechy Charakterystyczne:  -
Ciekawostki: -
Głos: link
Właściciel: Hiena

sobota, 11 listopada 2017

Od Corrinne cd Kevin

– No chyba coś cię po**bało. – fuknęłam, wysuwając się na przód z przygotowaną bronią.
W oczekiwaniu machnęłam parę razy ogonem. Mój wzrok dyskretnie śledził każdy najmniejszy ruch kompanów i wrogów.
Pierwszy strzał od naszych i rozpętała się bitwa.
Na początku walczyłam w centrum, później odsunęłam się na bok, widząc jakieś dwie, prawie niedostrzegalne jednostki. Kucnęłam w zaroślach parę metrów za nimi.
Nie widzieli mnie, dopóki nie wyskoczyłam w  stronę  odwróconych mężczyzn. Jeden z nich miał niebieskie włosy i szalik opleciony wokół szyi. Odwrócił się jako drugi, kiedy już byłam ma równych nogach metr od nich, z wyciągniętymi rękoma, celując w nich.
Spojrzałam na jego twarz. Błękitne oczy. Przypomina mi...
Drobny ruch rąk w dół i rozszerzone powieki.
Shawn? Nic mu nie jest!
Ściągnęłam palce ze spustu. Oni wciąż byli gotowi do strzału, jednak ten dobiegł z innej strony. Miał mnie rozkojarzyć, co skutecznie mu się udało. Zrobiłam krok w tył, co odebrali jako wycofanie się.
Drugi strzał. Tym razem od tego, który towarzyszył bratu.
Mroczki przed oczami, niemalże wywróciłam się do tyłu. Jednak znalazłam równowagę i... Uciekłam.
   Nie mogę ich zabić. Nie teraz, gdy nie mam na nich wyraźnego polecenia.
Wbiegłam w jakiś zaułek i zmienilam postać. Poprawiłam niebieskie włosy, starając zakryć nimi ranne ramię. Postanowiłam w tej formie wrócić na pole walki, ale po drugiej stronie.
Tak więc trafiłam na drzewo, które miało jeszcze liście. Stamtąd strzelałam.
Bitwa zakończyła się dopiero, gdy jedna ze stron wycofała się dyskretnie.
Zsunęłam się po korze, poprawiając kaptur.
– Xer, nic ci nie jest? – mruknęłam, idąc powoli za szefem.
– Nie. – zwolnił kroku i dorównał mi. Szybko wróciłam do tamtej odległości.
– Na pewno? Oprócz policzka nic?
– Taak.
Kiwnęłam głową, starając się nie ruszać ramieniem. Na mojej bluzie powstawała już ciemniejsza plama na jego wysokości.
Grupa powoli rozpraszała się na różne strony, a że nie miałam już z kim gadać, skręciłam w inną uliczkę.
– Nie idziesz do domu?
– Idę. – mruknęłam – Ale do innego.
Dalej go zignorowałam, po prostu idąc. Kierowałam się... Do parku. Nie będę się narzucać Xerxesowi.
Panowały ciemności, zakłócane jedynie przez latarnie, których i tak było mało.
Wtem dostrzegłam ciotkę. Poznałam ją z daleka po białych włosach. Rzuciłam się do biegu. Złapałam ją za ramię. Na początku chciała mnie uderzyć, jednak zdołałam odbić atak. 
– Spokojnie! – mruknęłam. – Chcę cię tylko o coś poprosić. 
– Hmf? 
– Nie mów Shawnowi... O tym, że żyje. Co się ze mną stało.


< Kevin, Vane? >

niedziela, 29 października 2017

Od Corrinne cd Kevin

Kiwnęłam głową, zgadzając się. Nie miałam siły na wszelkie kłótnie czy sprzeczki.
Kevin wstał, a potem podał mi rękę. Podniosłam się.
***
Zatrzymałam się w bezruchu na progu. Boję się jej reakcji. A jeżeli...
Moje rozmyślania przerwał głośny pisk i ktoś rzucił się w moją stronę.
– Corri!
Pod wpływem nagłego skoku, przewróciłam się wraz z Flurry. Ona jakby się nie przejęła, jedynie się przytulając i... Płacząc. Cicho się zaśmiałam i także ją objęłam.
– Cześć, młoda. – wyszeptałam.
– Martwiłam się! Tęskniłam! Nawet nie wiesz jak się cieszę że jesteś! – chciała coś jeszcze powiedzieć, ale załamał jej się głos.
– Słodkie jak ciasteczka. – usłyszałam pomruk Xerxesa.
Prychnęłam.
– Ty musisz zawsze niszczyć chwilę. – warknęłam przez zęby, jednak z radością w głosie.
* Nie chce mi się, ok?*
W myślach odliczałam sekundy. Zaraz budynek wybuchnie, wraz z magicznym istotami siedzącymi w środku.
– Nie masz wyrzutów sumienia? Czujesz się dobrze z tym, co robisz? – szepnął ktoś koło mojego ucha. Spojrzałam kątem oka na szarego kotołaka.
–O co ci chodzi? – odmruknęłam. Czułam na sobie nerwowy wzrok Xerxesa, siedzącego paręnaście metrów dalej.
– Przecież dobrze wiesz. – odparł równie cicho.
Czemu to cholerstwo nie wybucha?
Zmarszczyłam nos.
– Nie. Oświeć mnie, bo zielonego pojęcia nie mam, o co ci może chodzić.

< Kevin? >

piątek, 27 października 2017

Od Corrinne cd Kevin

– Zabawianie w ten sposób nie należy do zakresu moich obowiązków. – warknęłam do Olce.
– A chcesz by twój dług się powiększył?
Zawiesiłam się z pół otwartą buzią. Zapewne wyglądałam jak ryba. Żmija. Cholerna żmija. Pokazałam jej ukradkiem bardzo przyjazny gest i ruszyłam do tego chorego pokoju. Co za stary zboczeniec tam czeka? Otworzyłam drzwi piątki. Pusto? Parę kroków dalej i drzwi zatrzasnęły się z hukiem. Odwróciłam się gwałtownie. Moje serce waliło jak oszalałe.
Białe włosy, czerwone oko? O ty śmieciu...
– Tak z ciekawości. Ile bierzesz za prywatny taniec? Niezły popis dałaś na scenie...
Z jednej strony- chciałam cisnąć w niego przypadkowym przedmiotem, z drugiej- odetchnąć z ulgą.
– Tyle ile zapłacą. – mruknęłam. Nie znamy się. Nie. Znamy. Się. – A tak na poważnie, to prywatne pokazy nie należą do moich obowiązków.
– To co do nich należy? – wypalił.
– Sugerujesz coś? – warknęłam przez zęby.
Nie odpowiedział. Cham. Ale choć trwała cisza, wiedziałam, co myśli. Podeszłam przywaliłam mu z pięści w i tak już krzywy ryj. [sorry Vanuś Cx] Potem  tylko obróciłam się na pięcie i wyszłam, zostawiając go.
Będę mieć problemu - skomentowałam w myślach, przebierając się w normalne ciuchy.
***
Dwie, srebrne linie ciągnące się po horyzont. Wokół ciemno, czasem jedynie światło jakiegoś samochodu śmignie obok, oświetlając delikatnie moją drobną postać.
Oczekująco wypatrywałam tych dwóch świateł przybliżających się, które gnały tak, by pomóc boleśnie pożegnać się z tym materialnym światem.  Czy jestem jedną z tych osób, którym ta decyzja nawet pasuje? Chyba tak.  Podkurczyłam kolana pod brodę i objęłam je ramionami. Trzeba było najpierw sprawdzić rozkład... A wiem, że jeżdżą tędy pociągi.  Dużo pociągów.
   Chrzęst kamieni, połączony z krokami.
– Czego? – mruknęłam, gdy Xerxes usiadł obok.

< Xer? C: >

wtorek, 24 października 2017

Od Corrinne cd Kevin

Przejęłam karteczkę, jednocześnie ukradkiem pokazując środkowy palec zebranym, którzy zaczęli coś szeptać. Jedynie przeleciałam wzrokiem po ogólnych danych, skupiając swoją uwagę na zadaniu. Zdetonowanie bomby? Serio? Mam w tym szukać podtekstów?
Uniosłam brwii.
   Zebranie przebiegło szybko, a wybiegłam z niego jako jedna z pierwszych. Data tej misji... Cholera, wtedy mam pracę... nie miał kiedy powiedzieć mi o niej, tylko godzinę przed?
   Zmieniłam formę na ludzką i ruszyłam szybkim marszem ulicami. Powitało mnie jak zwykle paru zboczeńców pod drzwiami, neon w reakcji chemicznej czy tam fizycznej, nigdy ich nie odróżniałam... Potem ostry zapach alkoholu i perfum.
– Spóźniona pięć minut. – warknęła Fiye, gdy tylko zgarnęłam swoje ciuchy. Wywróciłam oczami, w myślach wyzywając ją pięknymi wiązankami. Gdyby nie ten cholerny dług... Minęła właśnie godzina, kiedy mieliśmy spotkać się na misję. Trudno. Najwyżej oberwę czy coś.
– Lily, jesteś mi winna przysługę. – szepnęła Esor, schodząc ze sceny. Kiwnęłam w jej stronę głową, poprawiając jednocześnie spódniczkę. Ciężko wypuściłam powietrze. Nienawidzę tych starych...
W ostatniej chwili, gdy już miałam wejść, dziewczyna o limonkowych oczach zapięła mi obrożę na szyi. A, prawie o niej zapomniałam... Znowu. Pełnym gracji krokiem podeszłam do srebrnej rury.
    Minuty mijały... Bardzo powoli. Zbyt powoli. Próbowałam ignorować niezbyt przyjazne otoczenie, jednak... Co parę minut miałam odruch wymiotny.
  W tłumie migały różne sylwetki, a jedna... Bardziej zwracała uwagę. Bo kto siedzi w kapeluszu, kiedy jest się pod sufitem, dodatkowo w pomieszczeniu, gdzie jest strasznie gorąco?
Po chwili znikła, by pojawić się parę minut później w tym samym miejscu.
 

< Kevin? Wybacz, ale niemiecki... Nom...>

niedziela, 15 października 2017

Od Corrinne cd Kevin

Kiedykolwiek widziałem Kevin nie patrzył, wymknęłam się do pokoju, gdzie miałam swoje rzeczy. Nie odpowiedziałam na żadne z jego późniejszych pytań. Założyłam swoje ubrania, zostawiając jednak na sobie bluzę ścigającego. Ukradkiem schowałam do plecaka parę ciuchów. Dla Flurry. Bo... Chciałam po nią iść. Zaraz.
   Uśmiechnęłam się do swojej starej broni, którą miałam jeszcze po rodzicach. Przyda się.
Pewnie wyszłam ( wciąż jako furry) z pomieszczenia, powoli machając ogonem. W środku trzęsłam się ze strachu, który wciąż towarzyszył mi od tygodni. Maska. Maska, kryjąca czarne uczucia.
– O, cześć Rocket. – mruknęłam, ignorując Vane. Nawet nie specjalnie chciało mi się pytać, co o n a tu robi. Ledwo wymknęłam się z tego psychiatryka, a ta już chce mnie zabić?
– Corrinne, słuchaj... – usłyszałam głos ciotki.
Zawiesiłam się w pół kroku.
– Jakim prawem się jeszcze do mnie odzywasz?
   ***
Trzasnęłam drzwiami. Plecak dosłownie powiewał na moim ramieniu gdy biegłam gdzieś przez ogródki. Szłam okrężną drogą, by zahaczyć jeszcze o dom. O mój stary dom.
Doszło między nami do kłótni... I dziwię się, że ani Xerxes, ani Rocket nie wysadzili mnie w powietrze. Okazało się, że Vane straciła pamięć. Bo jak wygarnęłam jej w s z y s t k o, ona nie wiedziała o co chodzi. 
Coś mnie ominęło? O czymś nie wiem? Klany znów coś mieszają?
      Potknęłam się o krawężnik. Dosłownie wyglebałam się na ledwo wyrośniętą trawę, robiąc fikołka nad niskim, zniszczonym płotem. Z trudem podniosłam się, pomagając sobie ogonem.
Auć.
Rozejrzałam się. Była to opuszczona działka z murami. Tak, to tu.
Wtargnęłam za ścianę i już wspinałam się na dorodne już drzewo.
– Dużo już widziałeś, prawda? – szepnęłam, wskakując na ostatnią gałąź. Zabrałam z niej parę noży i rewolwer. – Obiecuję, że jeszcze kiedyś tu przyjdę.
Przejechałam dłonią po korze i już mnie tam nie było.
Idę na pewną śmierć? Prawdopodobnie.
Możliwe, że mnie tam zamkną? Uh, to na sto procent.
Ocalę Flurry? Po to tam idę.
Czy zawiodę? Nie zamierzam.
    Tata czy mama też by to zrobili. Skoczyliby za nami w całą rządową armię.
Ja mam do uratowania jedną osobę, bardzo dla mnie ważną. Nauczyli mnie, by...
   Zawiesiłam się w pół kroku, mrużąc oczy. O tej godzinie powinni mieć trening. Jeżeli zdążę, dostrzegę gdzie ją zamykają...
Potem tam wbiję, wyciągnę ją...
A dalej niech los zdecyduje.
***
Tak jak się spodziewałam- odprowadzali właśnie swoje króliki doświadczalne do klatek. Choć Flurry nie była już człowiekiem, czy różowym wilkiem, z łatwością ją dostrzegłam- bo jak nie można dostrzec swojego skarbu. Była kotołakiem. Pięknym kotołakiem o kremowym kolorze futra, uszach zakończonymi frędzelkami i długich włosach. Jej szare oczy były niemal puste... Bez żadnych wesołych błysków, nadziei...
Kochanie... Poczekaj jeszcze chwilę...
       Naukowców było coraz mniej... Aż w końcu od czasu do czasu przechadzali się jedynie strażnicy. Odczekałam, aż patrol zniknie za zakrętem i skoczyłam spod sufitu na podłogę. Głupcy, nie patrzą w górę. A to z niej najczęściej przychodzi atak.
Pięścią rozwaliłam zamek w drzwiach.  Bez specjalnych wyjaśnień wyciągnęłam Flurry.
– Uciekamy. Już. – szepnęłam, odbezpieczając broń i wręczając drugą przyjaciółce.
    Wypchnęłam ją z klatki. Da radę, bo jest prawie cała. Kilka obtarć i jedna, może, poważniejsza ranka na uchu.
Biegłyśmy... I było łatwo. Zbyt łatwo. Postrzeliłam jedynie dwóch człekokształtnych.
Dopiero jak wyszłyśmy z budynku i biegłyśmy... Za nami usłyszałam szybkie kroki. Rzuciłam jej plecak na ramię. W środku był list, bo spodziewałam się, że możemy razem nie wrócić.
– Corri?
– Biegnij do domu Xerxesa. Masz list w torbie. Błagam, dostosujcie się do niego.
Pchnęłam ją ostatni raz, każąc biec i sama przekroczyłam zarośla, stając niemal naprzeciw ścigającym.

< Kevin? C: >

piątek, 13 października 2017

Od Corrinne cd Kevin

Przetworzyłam w myślach jego słowa. 
– Nie wiem. – powiedziałam bezgłośnie.
Widziałam ją tylko parę razy, przez parę sekund. Te słowa cholernie bolały. Niczym czarna polewka dla zakochanego na zabój...  Nie wiem gdzie jest dziecko, którym się opiekuję. Które mi zaufało. Które mnie wspierało.
– Trudno. Kiedy indziej się nią zajmiemy.– mruknął.
Chciałam zaprotestować, chciałam ją szukać, jednak moje ciało protestowało. Zbyt bezsilne, zbyt słabe... Zawsze byłam słaba. Teraz czuję się już całkiem bezużyteczna.
Od Xerxesa biło przyjemne ciepło, które aż piekło po tylu godzinach w tej lodówce. Dlaczego po nas wrócił?
    Przecież dużo ryzykuje, jednocześnie wplątując nas. Będą wiedzieć w razie chęci zabicia go co może być skuteczną przynętą.  Ma wysokie stanowisko, które z chęcią zajmą inni.
Więc... Dlaczego? Gdyby wrócił tylko po Flurry, jeszcze bym rozumiała. Ale... Wrócił po mnie, nie myśląc nawet, by sprawdzić jej miejsce położenia.
Przecież to ja tu powinnam gnić! To ja byłam dla niego wredna i... I...
      Widziałam drugą twarz. Też białowłosą, też z czerwonymi oczami. Kto to? Wyglądają jak rodzeństwo... Heh... Szkoda tylko, że nie wiem, kim jest ta kobieta... Bo może rzeczywiście nim są...
Powoli przymknęłam powieki. Ciepło... Czy już mnie tam nie ma? Kto pomoże Flurry...
Słyszałam szybkie kroki, potem trzask drzwi i ryk silnika. Zdenerwowane głosy. Trzy zdenerwowane głosy, z których rozmów nic nie rozumiałam, ale wydały mi się znajome. Jeden na pewno należał do Xerxesa, a drugi wydawał mi się głosem Vane oraz... Rocketa, ale co oni tu by robili? Na pewno się mylę...
Oh, moja urocza ciemność ode zbliża! Czy umieram? Czy tylko śnię?
Proszę o to pierwsze...
   Przytłumione głosy były jakieś zdenerwowane. Czemu nie chcą dać mi zamknąć oczu?
Chwila, oczu? Przecież jednego nie mam... Hah, będę musiała się przyzwyczaić. Trochę to potrwa...
     ***
Stałam w tłumie, maksymalnie zdezorientowana. Co ja tu robię? Na pewno jestem na placu. To akurat widzę.
I wtedy moje spojrzenie padło na...
Oni. Oni na placu. Chcieli nas ochronić i wylądowali tutaj. Widziałam Vane, Gilberta, Yuri'ego i Rocketa.
To tego samego dnia ona wywaliła nas ze swojego domu. Bo była wściekła, że oni...
Nie. Była wściekła, że jej brat zostanie zaraz postrzelony. Miała gdzieś mamę, bo była z innego klanu.
Rozejrzałam się za przywódczynią Desert Eagles. Nie było jej, a przynajmniej jej nie widziałam.
Ta śmierć mogłaby być urocza, gdyby wydarzyła się w filmie. Umarli, trzymając się za ręce.
A ja... Ja wciąż stałam. W bezruchu, nawet nie oddychając. Dopiero gdy ludzie rozeszli się, w tym także zniknęła znana rodzinka... Podbiegłam do ciał.
– Nie martwcie się... Może i mnie nie ochroniliście, ale... Shawn jest cały i zdrowy. I na pewno będzie szczęśliwy, jeżeli mnie posłuchał.
***
Otworzyłam oko. Wciąż wszystko jest rozmazane, ale też wyraźniejsze niż wczoraj... Wczoraj? Ile czasu minęło?
Spodziewałam się trwardej podłogi, ewentualnie krzesła pod napięciem, jak to raz było, ale okazało się, że spałam sobie w wygodnym łóżku. Nagle...
– Ty cholerny pedofilu! – Walnęłam głowę Xerxesa poduszką.
– Za co? – mruknął, budząc się.
– Zobaczyć twoją twarz zaraz po przebudzeniu koło swojej to trauma większa niż te laboratorium. – fuknęłam.

< Kevin, Vane? 😏 >

czwartek, 12 października 2017

Od Corrinne cd Kevin

Boli...
Czemu to tak cholernie boli...
Tępym wzrokiem wpatrywałam się w rozmazaną sylwetkę i próbowałam zrozumieć jej słowa.
– Gdzie jest baza klanu? – zrozumienie tego bełkotu zajęło mi kilka minut.
– Nie wiem. – mruknęłam tylko. Kłamałam, ale póki nie zrobili mi całkowitego prania mózgu nie chciałam im podać tych informacji. Sama zniszczę klan ciotki. Bo to wszystko... To wszystko to jej wina.
Coś zimnego zetknęło się z moją skórą. Może bym krzyczała, gdyby nie brak sił.
To trwało już... Tydzień? Dwa? Na pewno nie było to parę godzin czy dni.
Od czasu do czasu czułam przestawianie kości, operacje i igły wbijające się w skórę.
***
Słodka ciemność. Bez bólu, bez tych treningów z jakimiś sadystami i ścigającymi, którzy zachowują się jak zboczeńcy, pożerając mnie wzrokiem.
Otaczała mnie tylko piękna pustka.
Nie wiem, ile już tak trwałam w tej czerni bez skrawka światła, zanim zamigotał przede mną obraz.
– Shawn... – mruknęłam cicho.
Usłyszał mnie. Odwrócił głowę, ale po chwili znów szedł jakimś bogato zdobionym korytarzem. J...jak to? Nie widzi mnie?
– SHAWN! – wrzasnęłam, nie mogąc zrobić ani kroku.
Zatrzymał się i obrócił wokół własnej osi.
– Corrinne? To ty? Gdzie jesteś?
Cicho załkałam.
– To ja! Gdzie przebywasz?
– W jakimś dworku czy tam willi. A ty?
– Ja jestem w ośrodku. – skłamałam – Zajmuję się Flurry i jakoś dajemy radę. Nie przejmuj się mną, dobrze? Wiesz przecież, że nie chciałabym, żebyś sobie niszczył życie tylko przeze mnie.
– Corr... Ale jak ty to robisz? Że...
– Żebym to sama wiedziała. Po prostu... Nie pamiętaj o mnie. Zapomnij. Proszę.
***
Cicho syknęłam, ocierając krew, która spływała po moim policzku. Dlaczego oni to robią? Powoli otworzyłam prawe oko, brak lewego zasłaniając grzywką, wciskając się głębiej w klatkę. Jak najdalej od drzwi.
    Czuję się... Jak zwierze. Traktują mnie, jakbym nim była, o czym świadczyła między innymi obroża i te cholerne więzienie.
Dodatkowo... Moja magia... Nie czuję jej. To... To jest... Straszne. Jakby... Ktoś wyrwał kawałek mnie. Zadygotałam. Boli... Cholernie boli... Z mojego oka poleciały łzy. Z pozycji siedzącej nagle leżałam bokiem na ziemi, zwijając się z małą kulkę.
Chcę. Zdechnąć.
Czy proszę o tak wiele?
     Ktoś stał przy klatce.
Jestem jakimś okazem w zoo? Kukiełką w cyrku? Okazem w muzeum?
Trzęsłam się w strachu, próbując skurczyć się jak najmniejszych rozmiarów. By zniknąć. By nikt mnie nie widział. Nikt nie patrzył.
Znowu mnie pobiją? Wydłubią drugie oko i odetną ręce? Czy zaciągną na jakąś arenę, stawiając na pewną śmierć w cierpieniu? Zimno... Czy tu zawsze było tak zimno?
Kroki. Ktoś idzie w moją stronę.
Skuliłam się, chowając głowę w ramiona.
– Jeszcze tylko kilka godzin... – dłoń przeczesała moje włosy.
Xerxes? On... Żyje?
Otworzyłam oko. Białe włosy, czerwone oko... Nawet rozmazane, łatwo je rozpoznałam.
Na parę sekund widok się wyostrzył na tyle, że mogłam dostrzec w co się wpatruje.
Szybko zasłoniłam grzywką puste miejsce w czaszce, którą jakimś cudem przesunął chwilę temu przy macaniu mojej głowy.
– Czasami na ten okropny świat, lepiej spoglądać tylko jednym okiem. – mruknął, unosząc moją głowę.
Mrugnęłam jedynie powieką.
I tak się wstydzę.

Xer?

poniedziałek, 9 października 2017

Flurry Cd Kevina

– Lily... – zaczęła Flurry, wodząc za koleżanką wzrokiem.
– Co?
– O czym wy tak rozmawialiście?
– On kazał ci zapytać? – stłumione warknięcie było odpowiedzią.
Różowooka westchnęła, zrezygnowana kręcąc głową.
– Nie. Nie ufam temu całemu Yaze.
– Nie zamieniłaś z nim ani słowa!
Zignorowała ją i mówiła dalej.
– Jest podejrzany. To. Skończy. Się. Źle.  Powiedziałaś mu coś o nas? O Xerxesie?
   Zastygła w pół kroku. Pozwoli odwróciła głowę w stronę drobnej istotki, którą się opiekowała.
– O co ty mnie podejrzewasz?
Przerwało jej stukanie do drzwi wejściowych. Zawiesiła się i słuchała, nawet nie oddychając.
– Ten debil nas podsłuchiwał. A teraz poszedł otworzyć.  – Stwierdziła krótko.
– Nie podejrzewam cię o nic nie rozsądnego, jednak on cię... Omotał? Nawet ja tak szybko się do ciebie nie zbliżyłam, jak on to zrobił.
Z dołu dało się słyszeć głosy, jednak dziewczynki siedzące w zamkniętym pomieszczeniu nic z nich nie rozumiały. Jednak, gdy wparowało do nich czterech ścigających...
  Pierwszą, która zareagowała była Corrinne. Z stronę ściągających poleciały kule ognia. Jeden, który reprezentował jagnię, padł martwy z licznymi bąblami na pysku.
Flurry także postanowiła się dołączyć do walki, ale jej iluzję stanowczo rozwiała Oreo.
Uciekać? No chyba ją...
A w sumie... Why not? Lepiej wcześniej niż później, kiedy już nie będzie okazji, jak to zwykli mawiać ludzie. A nie. Oni tak nie mówią. Dobra, ucieczka... – myślała Flurry, powoli wycofując się pod ścianę.
          Jednak... Coś jej nie wyszło. Po chwili były sprowadzane w stronę wyjścia.
– Zdrajca. – mruknęła Corrinne w stronę Kevina. On jakby tego nie słyszał. Gapił się w pustą przestrzeń.
– Mówiłem, że jeszcze nie? – odezwał się, wlepiając mordercze spojrzenie w przypadkowe osoby.
I... Dalej nikt nie odnotował co się działo...
Po dokonanej analizie zamlgonych wspomnień, Oreo uznała, iż Xerxes ruszył w ich stronę, ale ktoś strzelił w jego stronę. Ale pocisk spłonął, dopadnięty fioletowymi płomieniami.
Widziała co robi. Wiedziała, że igra z ogniem. Ale... Skoro uważała go za zdrajcę... Czemu to zrobiła?
Drugi nabój jednak przedarł się i dopadł opiekuna.
Cichy krzyk wyrwał się z ust starszej dziewczyn. Widocznie nie zanotowała momentu, gdy już wyciągano je siłą - a szczególnie Corr, bowiem się wyrywała - jego klatka  uniosła się. Delikatnie, ale uniosła.

< Kevin? :D >

poniedziałek, 2 października 2017

Od Corrinne cd Kevin

W myślach wygłaszałam miliony wyzwisk pod adresem Xerxesa.
Miałam zdecydowanie złe przeczucia.
***
Zmusiłam się na uroczy uśmiech, wędrując za nauczycielem. Nienawidzę. Tego. Miejsca.
Do białych, lekko podniszczonych drzwi ustawiało się około dwudziestu trzech uczniów; wszyscy w tych chorych mundurkach.
Odprowadzali nas ciekawskimi spojrzeniami. Mrugnęłam do paru chłopaków. Bo kto mi zabroni, prawda?
     Z plastkiowym uśmieszkiem stałam przed nową klasą, w czasie gdy niejaki Kojou Shelley, nauczyciel matematyki- boże, tylko nie to! - przedstawiał nas z udawaną radością.
**Mam lenia, ok?**
Na przerwie wyszłam na dwór, usiadłam na murku i po prostu siedziałam.
– Cześć. Mogę? – zerknęłam kątem oka na wysokiego blondyna o zielonych oczach. Jak mu było... Yaze?
– Skoro musisz... – mruknęłam.
Usiadł, ale zdecydowanie za blisko.
– Lily... Ładne imię.
Cicho się zaśmiałam.
– Nawet nie próbuj.
– Ale o co chodzi?
Wywróciłam oczami. Wyobraziłam sobie reakcję Shawna. Jak podbiega i pod jakąkolwiek wymówką odciąga mnie od potencjalnego zagrożenia. Ale... Go tu nie ma.
– Co do imienia, dość pospolite. Ale możesz zwracać się do mnie Oreo. – mrugnęłam do niego.
Sprawdźmy, czy się spłoszy...
Przesunęłam się minimalnie w jego stronę, gdy nie patrzył.
Poprawiłam spódniczkę.
– Dlaczego przeniosłyście się tak nagle do naszej szkoły?
– Jakoś tak wyszło. – wzruszyłam ramionami.
~~~~Flurry~~~~
Gadając z nowo poznanymi koleżankami, ukradkiem obserwowałam przyjaciółkę. Rozmawiała z tym chłopakiem.
– Martwisz się? Słusznie. – zauważyła Olivia. Spojrzałam na nią pytająco – Yaze... To dość specyficzny typek. Zawalił już trzeci rok, ma niezbyt dobrą opinię. Co chwilę chodzi z jakąś dziewczyną, potem zrywają... No i tak w kółko.
   Czyli Lily nie wie w co się pakuje. – stwierdziłam w myślach. Ale...  Na razie nic się nie dzieje. Tylko rozmawiają. Nie zdąży podbić jej serca. Trafiła kosa na kamień.
Tylko... Teraz pilnować by Kevin się nie dowiedział, bo (może) być niezły kabaret.

< Kevin? Wiem, że mnie lubisz c: >

niedziela, 1 października 2017

Od Corrinne cd Kevin

Przekrzywiłam głowę.
– Wiesz... To nie tak, że straciłam rodzinę. Po zabiciu rodziców  przez rząd...  Huh... Mieszkaliśmy parę dni z bratem na zewnątrz, bo nasz dom spłonął, a ciotka wywaliła nas po jednej nocy... Niby wciąż należeliśmy do klanu, a jednak nikt... Nikt nam nie pomógł. Taka to "rodzina"– uśmiechnęłam się. – No i po pewnym czasie... Trafiliśmy do domu dziecka. Nakłamałam coś... Mieliśmy nowe imiona, nazwisk udawaliśmy że nie pamiętamy. I... Przesiedzieliśmy tam parę lat,  w między czasie rozdzielono mnie i Vina... Jego adoptował jakiś arystokrata i wywiózł... Potem... Ty tam przylazłeś, kilka dni potem wywalono mnie i Flurry. Znalazłeś nas... I dalej tak jakoś się potoczyło..
Przetarłam powieki, choć nawet nie płakałam. Po prostu... Rozrywało mnie od środka, ale na mej twarzy gościła maska.
– A wspominałaś coś o wypadku...
– To... Cóż... No... Dla bliźniąt ból drugiego jest bardzo złym przeżyciem... Tak jakoś w przedszkolu... Pod jego koniec... Chciałam obronić Vina przed takimi chłopakami. Skończyłam z lekkim porażeniem mózgu.
Cisza. Nic nikt nie mówił. Po prostu, panowało milczenie.
– Flurry stała się ważna, bo... W dużym stopniu mnie rozumiała. T e ż była ofiarą. A ja... Nie lubię patrzeć, jak ktoś cierpi. Może to źle. Bo... Nadprzyrodzoni powinni umieć mordować... A ja... Mogę się z kimś pobić, ale zabić... Nigdy nie chcę. Bo... Każdy zasługuje na życie, prawda?
    Wlepiłam wzrok w ciastka. Talerzyk z nimi nagle przesunął się w moją stronę. Zerknęłam zaskoczna na Kevina. Głupio się szczerzył.
Pułapka?
Postanowiłam jednak nie ryzykować i przekierowałam spojrzenie w co innego. I było to okno.
Nagle wstałam i ruszyłam do pokoju. Stanęłam na chwilę w progu.
– Dzięki za wysłuchanie mnie... Nie wiem co we mnie wstąpiło, ale już tego nie odwołam. Może... Tego potrzebowałam. To mała część opisu życia, ale... Akurat na to gotowa nie jestem.  – nawet nie obróciłam głowy w jego stronę – Jeśli wydasz nas rządowi... Nie będę żałować, bo m o j e życie jest mi obojętne.

< Kevin? >

Od Flurry cd Kevin

Uśmiechnęłam się radośnie.
– W takim razie... dawaj ciastka! – wrzasnęłam.
– Nie! Wy idziecie już spać!
– Ale...!
Pod wpływem jego wzroku, po prostu wygoniłam go z pokoju.
***~Corrinne~
Obserwowałam jak Flurry zasypia, po czym cicho wymknęłam się z pokoju do Kevina.
– Wiesz, ile ryzykujesz naszą obecnością? N i e z a b i c i e m nas?
– Tak, wiem. Jako dowódca- wiem. – mruknął, wciąż jedząc ciastka.
– Nie boisz się?
Cisza. Wciąż żarł te ciastka.
Westchnęłam i gwałtownie wyrwałam mu opakowania, ukradkiem zabierając jeden wypiek.
– Nie lepiej się nas pozbyć? – mruknęłam – Nie boisz się? Ci twoi koledzy są podejrzani. Nawet jak na ścigających.
– Oni nic mi nie zrobią. Większość to debile bez poczucia humoru – uśmiechnął się, jednocześnie mordując mnie wzrokiem za zabranie spod nosa słodyczy.
Jakby próbując bo bardziej zdenerwować, zabrałam się za powolne jedzenie pojedynczego.
– Prosisz się o wpierdol... – mruknął.
Poruszyłam parę razy brwiami, tworząc udanego lenny face'a.
– Zależy co masz na myśli...
– Aż taki nie jestem...
– A bo ja wiem, jaki jesteś? Wy, ścigający, jesteście dziwniiii.

< Kevin? >

Od Corrinne cd Shawn

Dosłownie rozerwałam poduszki i wywaliłam je za okno. Te... Wredne... Zdziry...
Zsapana oparłam się o ścianę. Nie. Wybaczę.
Podobno rodzeństwa nie można rozdzielić. Nic nawet nie powiedziały. Gdyby nie Flurry, nic bym nawet nie wiedziała.
Powoli zsunęłam się po ścianie, a na podłogę spadały łzy. Nienawidzę tego świata.
To moja wina. Gdybyśmy wtedy nie kłamali aż tak... Może... Gdybyśmy się tam nie zatrzymali... Jestem głupia.
   Zaczęłam się cicho śmiać w swoje dłonie, trzęsąc się. Wraz z każdą chwilą dźwięk ten narastał.
Niech ja tylko znajdę tego, który go zabrał.
Przeskanowałam wzrokiem pomieszczenie, jakby szukając brata. Zamiast niego dostrzegłam jedynie strzępy materiałów, ciszę i jakiś notatnik czy też zeszyt. Zignorowałam go w pierwszej chwili, by za parę godzin płakania go podnieść.
Zapiski Shawna... Może...
Po przeczytaniu tego wszystkiego znów zalała mnie fala łez.
– Shawn... Mam nadzieję, że będziesz tam szczęśliwy... I... Że o mnie zapomnisz.
Tak... będzie lepiej. 
Usiadłam na parapecie, wpatrując w nocne niebo.
Ciekawe, czy się kiedyś spotkamy... I w jakich okolicznościach...
***
Cicho syknęłam, próbując zdusić łzy i ból, który bił od siniaków na brzuchu. Rozumiem, że mają trudne życie. Dlatego się poddaję. Z resztą, jest o co walczyć? Jedyny cel to Flurry. I to, by ona nie była ofiarą.

< Shawn? >

sobota, 30 września 2017

Corrinne cd Shawn

- Mówiłem, że tak będzie! - mówił poddenerwowanym tonem Shawn, powtarzając swój klasyczny już tekst. Słyszę to c o d z i e n n i e od paru m i e s i ę c y.
- Słyszałam to już... - zawiesiłam się na chwilę- jakieś dwieście razy. I doskonale wiesz, że nie mieliśmy wyboru. - mój głos był chłodny i spokojny. Zdecydowanie zbyt spokojny. Tak odmienny od jego.
- Co nie zmienia faktu, że...
Machnęłam na niego ręką, odwracając się na pięcie  i otwierając z rozmachem drzwi. Pokazałam mu ukradkiem b a r d z o przyjazny, środkowy palec i wyszłam z pokoju. Pobiegłam korytarzem, niemal wyważyłam drzwi wejściowe i ruszyłam ulicami.
   W pewnej chwili przemieniłam się w biegu w zwierzęcą formę. Wiedziałam gdzie podążam, wiedziałam, jak się tam kierować, ale nie wiedziałam, jak to daleko. Ale dam radę. Muszę tam wrócić jak najpóźniej. N i e n a w i d z ę g o! Uskoczyłam zębom jakiegoś psa. D l a c z e g o musimy być rodzeństwem?
     I w końcu mogłam rozpoznać znane domy... I dotarłam do tego w gruzach. Dosłownie wszystko było zmienione w popiół... Oprócz... Drzewa. Tego samego, które zasadziliśmy, kiedy jeszcze byłam na wózku. Nie spadł z niego nawet jeden liść.
Uśmiechnęłam się smutno, chowając się za resztkami wysokiej ściany. Zaczęłam się wspinać, by ukryć się w jego zielonej koronie.
***
Cicho uchyliłam drzwi. Nic. Pustka. Nikogo nie ma w pokoju.
Pewniejszym krokiem weszłam, rzucając przemoczoną bluzę na łóżko. Nachyliłam się nad j e g o łóżkiem, gdzie zazwyczaj trzymał swoje "zabawki", ale...
Moja dłoń zastygła w miejscu. Nie było ich...
Nie ma ani rzeczy, ani Shawna...
Coś mnie ominęło?


< Shawn? >
Mia Land of Grafic