Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vane. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vane. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 grudnia 2017

Od Vane CD Yuri

Bez słów przyglądałam się bladej ścianie. Wszystko dobrze do mnie dotarło. Jedynie przetworzenie nowo otrzymanych wiadomości sprawiło mi nie mały problem. Jestem osobą, która potrafi bardzo szybko wiązać ze sobą fakty... Więc dlaczego nie powiązałam chociażby daty śmierci Gilberta, która była zanotowana na komputerze, z datą mojego przebudzenia? Jednak jestem tępa, po prostu niewyobrażalnie tępa. I zbyt ufna - tak, to też. Dałam się łatwo oszukać. Zdecydowanie, zbyt łatwo, przynajmniej jak na mnie. Jeżeli ktokolwiek, palnie tekstem typu: "zrobiłem to dla twojego dobra", przyrzekam... Jak pierdolnę, to zabiję.
Zwróciłam wzrok w okolice podłogi. Stała tam osoba, której dotychczas ufałam ponad wszystko. W tym momencie przyglądałam się mu z wyraźnym zlekceważeniem, można nawet powiedzieć, że była w tym wszystkim nutka żalu. Biała grzywka mimowolnie opadła mi na oczy.
- Czyli ty też wiedziałeś... - śmiech, który miał się wydobyć z mojego gardła, ku mojemu zdziwieniu zmienił się ostatecznie w ciężkie westchnięcie. Nie odwróciłam nawet na moment wzroku. Jeśli będzie trzeba, będę w stanie czekać na odpowiedź po kres naszych dni.
- Nie będę cię jeszcze bardziej denerwował znienawidzonymi gadkami o dbanie o czyjeś dobro, więc ujmę to prosto - nie chciałem cię stracić - podsumował, przy tym chaotycznie gestykulując łapami i tworząc rozmaite miny na swoim pysku. Korzystając z okazji, po raz ostatni przeskanowałam obie obecne postacie w pokoju wzrokiem. Rzeczywiście. Teraz wiele rzeczy staje się jasne. Kojarzę skądś tą charakterystyczną grzywkę. Kiedyś dojdę do wszystkiego.
Tymczasem, jedyne na co było mnie w tej chwili stać - to szybkie ulotnienie się z pomieszczenia. Nie potrafię się skupić, gdy przed sobą widzę te fałszywe oczy. Chcę sobie wszystko w spokoju poukładać. To za wiele, nawet jak na mnie. Zdrada, śmierć, syn, wykorzystanie ze strony innych... Hah, niech ja tylko kiedyś dorwę osobę, która wbiła mi do głowy te wszystkie głupoty... Może nie zamorduję.
***

Zajmowałam aktualnie miejsce przy niedużym stoliczku, w bardzo przytulnej kawiarence. Taa... Mimo, że otoczenie było bardzo przyjazne, siedziałam na krześle chyba aż za bardzo spięta. Swą postawą zapewne nieco zdziwiłam, czy tam przeraziłam - whatever - ludzi spoglądających w moją stronę co jakiś czas. Na ich miejscu, też miałabym pewne zastrzeżenia co do jakiejś młodej, białowłosej kobiety o nienaturalnie czerwonych oczach. Na szczęście nie wszyscy ludzie to rasiści i rozumieją pojęcie "przefarbowanie włosów", czy tam "założenie kolorowych soczewek". W końcu, po niedługim oczekiwaniu w drzwiach dostrzegłam osobę, na którą czekałam. Raczej bardziej wtapiał się w tłum. Nie był zbytnio do mnie podobny.
- Cześć - przywitałam się krótko, posyłając mężczyźnie z lekka niepewny uśmiech. - Jak tam? - dodałam szeptem.
- Dobrze... - odpowiedział, przysiadając przy stoliku. - Od razu mówię, że nie mam żadnych ciekawych tematów na rozmowę... - odrzekł, bawiąc się swoimi palcami pod stołem.
Cicho westchnęłam, drżącą dłonią sięgając po filiżankę kawy, którą uprzednio zamówiłam. Zwilżyłam swoje gardło ciepłą cieczą, po czym wzięłam się za mówienie:
- Mam mnóstwo pytań, na które chciałabym znać odpowiedź - powiedziałam w dużym skrócie, poprawiając grzywkę przysłaniającą mi oczy. - Ale nie chcę cię nimi zamęczać, jest ich zdecydowanie zbyt wiele... Więc... Czy mógłbyś po prostu mi pomóc odzyskać wspomnienia? W jakikolwiek sposób... Nie chcę zabierać ci czasu, więc tylko podaj mi odpowiednie adresy jakiś szczególnych miejsc... Czy...
- Najlepiej, chodźmy na cmentarz - bardziej stwierdził, niż zaproponował, zaprzestając na moment swojej zabawy pod stołem. - Znajduje się on niedaleko stąd.
- Um... Zgoda - przytaknęłam głową, biorąc ostatni łyk kawy.
Podniosłam się ze swojego krzesła, po czym kulturalnie je zasunęłam. Odruchowo dorwałam do rąk płaszcz, przez co nie zauważyłam spadającego na ziemię kapelusza. Ach... Chyba coś nie tak z moją pamięcią... Szybko podniosłam przedmiot z podłogi, kątem oka spoglądając na chłopaka. Również przyglądał się przedmiotowi. "Nie teraz..." - powiedziałam do siebie, szybko chowając przedmiot pod płaszcz.
***
Szłam w ciszy oddalona jakieś pół metra od chłopaka. Zastanawiałam się, jakie pytania mogę zadać podczas drogi... W końcu nie wszystko było przeze mnie widziane... Jego los, po moim odejściu i śmierci Gil'a. Pewnie... Nie chcę nawet o tym myśleć. To musiało być okropne przeżycie, dobrze o tym wiem. Lecz jemu zapewne nie pomogła zbawicielska moc, zesłania z nieba szopa. Zrzucili coś gorszego...
- Jesteśmy - słysząc jego głos, odruchowo rozejrzałam się wokół własnej osi. Rzeczywiście, właśnie doszliśmy na miejsce. Kilkanaście nagrobków, w dobrze ukrytym miejscu. Hah, to był właśnie ten legendarny cmentarz, tych nietypowych. Nigdy tu nie byłam. Nigdy nie preferowałam cofania się. Chciałam w każdy, możliwy sposób zapomnieć... Zabawne, teraz jest całkowicie na odwrót. Szłam przed siebie, czytając kolejno każde z nazwisk. Kilka dobrze znałam, niektóre kojarzyłam, a z innymi w ogóle nie miałam styczności. Do kilku chciałam podejść, lecz w tej chwili nie to było głównym celem. Nie minęła minuta, a moim oczom rzuciło się dobrze znane nazwisko. Przyjrzałam się kolejno opisowi, jak i zdjęciu. Wykonałam w ich stronę kilka niepewnych kroków. Przejechałam delikatnie palcami po gładkiej powierzchni... 
- Gilbert...? - wyszeptałam, przyglądając się płaskiemu nagrobkowi, jak zahipnotyzowana. Przed oczami miałam jego twarz. Widzę, każdy, najdrobniejszy szczegół jego rys. Tak, to właśnie on nawiedzał mnie w snach. - Przypominam sobie. Nasze pierwsze spotkanie, czyli jakże urocze mierzenie do siebie nawzajem z broni. Ten moment, całkowitego upicia się. Plaża, zakupy... Gdy prawie wpadłam pod samochód, dwa magiczne słowa. Poród i... t-ty... - zwróciłam wzrok, wydostający się zza zaszklonych oczu prosto w jego stronę. Znowu będę się obwiniać, gdy tylko skrzyżuję z nim swoje spojrzenia. 
- Powinieneś to wziąć... - wyszeptałam, w końcu wyciągając spod płaszcza czarne nakrycie głowy. Pamiętam moment, gdy nałożył mi go na głowę. Teraz, niech zdobi jego czuprynę. - Proszę... - dodałam, wyciągając przedmiot w jego stronę.
<Yuriś?>

poniedziałek, 20 listopada 2017

Od Kevina i Vane CD Corrinne

*Per. Vane
Ta bitwa naprawdę była nudna. Niby z początku zapowiadało się całkiem przyzwoicie, lecz wraz z biegiem wydarzeń wszystko zamieniło się w monotonną strzelaninę pomiędzy obiema wrogimi stronami. Właśnie dlatego od dłuższego czasu jedynie szukałam pierwszej, lepszej okazji aby się stąd ulotnić. Moja podłoga w biurze wciąż jest zawalona papierami. Przydałoby się to ogarnąć... Dzisiaj prawie się o nie zabiłam, podczas biegu do pokoju informatyka, który miał przekazać mi informacje. Dzięki nim, de facto się tutaj znalazłam. Wracając. Gdy tylko nadarzyła się okazja na praktycznie niezauważalne użycie swojej mocy teleportacji, wykorzystałam ją, żeby w końcu móc uciec od szali toczącej się bitwy. Przynajmniej mogłam wciąć ten jeden, głęboki wdech... Dopiero teraz dostrzegłam otaczającą mnie noc. Na froncie było nazbyt jasno, żeby to zobaczyć. Rozpoczęłam szybkie przeładowywanie wszystkich broni. Nosiłam przy sobie kilka, jak nie kilkanaście gnatów poukrywanych w różnych miejscach aktualnie przyodzianego kombinezonu. Można powiedzieć, że zawsze posiadałam jakiś plan "B", "C" itd. Zapewne kontynuowałabym swoje przygotowania do powrotu na pole bitwy, gdyby nie czyjaś dłoń - a w zasadzie łapa; która została ułożona na moim ramieniu. Gwałtownie odskoczyłam, już szykując się do ataku. W momencie został on zatrzymany przez nieco wyższą zwierzo-dziewczynę. Nie ukrywam, że nieco zbladłam. Huh, jeszcze nie zdążyłam spisać testamentu... Chociaż. Nad czym się zastanawiać. Przyjaciół zbyt wielu nie mam, więc wszystko automatycznie przejdzie na Rocketa. A przywództwo w klanie oddałabym Yuriemu, Shawnowi albo Corr. Ostateczne "guru" wybrałby los... Albo Xerxes... Eh, czy ja naprawdę planuję swoją śmierć?
- Spokojnie! - wypaliła mrukiem. - Chcę cię tylko o coś poprosić - dodała, odsłaniając przy tym kawałek swojego pyska. Znam ten drobny pyszczek... Tak, to musiała być moja siostrzenica.
- Hmf? - uniosłam brwi nieco do góry, mimo wszytko odsuwając się o krok do tyłu.
- Nie mów Shawnowi... O tym, że żyje. Co się ze mną stało - w tym momencie nieco odwróciła wzrok w bok, jakby odrobinę speszona.
Uśmiechnęłam się delikatnie, tym razem to swoją dłoń kładąc na jej ramieniu. Nieco się wzruszyła i najwidoczniej podobnie jak ja, ją wcześniej - chciała zaatakować. Z mojego gardła wydobył się śmiech.
- Wie jedynie, że żyjesz i wszystko z tobą dobrze...
"Chyba, że już znalazł Xerxes'a. Co jest całkiem możliwe..." - powiedziałam do siebie w myślach.
- Ought, dobrze... Przynajmniej tyle... - urwała na moment, w wyniku czego zapanowała pomiędzy nami głucha cisza. W trakcie jej zajęłam się uważnemu skanowaniu jej postaci wzrokiem. Wyrosła, przynajmniej od czasu gdy ostatni raz ją widziałam. - Dzięki...
- Pamiętaj, że zabijanie rodziny nie jest zbyt poprawne moralnie - dodałam już biorąc się do robienia kroku. - Chociaż... Dla ciebie już pewnie nie jestem rodziną - prychnęłam, przeładowując broń. - W każdym razie. Twój ojciec nie chciałby, żebyś się wykrwawiła - wyciągnęłam z jednej z kieszonek mini zestaw do zrobienia prowizorycznego opatrunku. Do całości dorzuciłam pół litrową buteleczkę z wodą, która dotychczas leżała bezwładnie obok swojej bliźniaczki w mojej torbie. Oba przedmioty dziewczyna uchwyciła w swych łapach i przeskanowała dokładnie wzrokiem. - Trzymaj się - zasalutowałam jej krótko dwoma palcami. Zaraz po tym dosłownie rozpłynęłam się w powietrzu. Eh... Pora wrócić do roboty... Chociaż. Z tego co spostrzegłam wszyscy zaczęli się powoli rozpraszać w swoje kierunki. Hah. I tak muszę spisać raporty swoich pachołków z przebiegu walki. Ja pierdolę...

*Per. Kevin'a
Siedziałem kulturalnie przy stole, jak to miałem w zwyczaju - zajadając się przepysznymi ciastami. Możliwe, że na takiego nie wyglądałem, lecz byłem nad wyraz wkurwiony i zestresowany. Przede mną jeszcze składanie raportu przed rządem. Uh... No i moja świąteczna premia poszła się chrzanić... Chociaż. Mogłem to zwalić na kogoś innego, co samo w sobie było całkiem ciekawym i kuszącym rozwiązaniem. Do którego prawie cały czas się uciekam. Cholera... Osobiście myślę, że owa bitwa z której przed chwilą wróciłem nie przebiegła dla nas tak źle. Można to nawet uznać za pewien sukces. W końcu, to nie my pierwsi zaczęliśmy się wycofywać. Przynajmniej tak myślę...  Za bardzo się skupiłem na zabawie z... Ale to zupełnie inna historia...
- Xer-xes - wymruczała wcześniej przeze mnie niezauważona dziewczyna, która owinięta kocem przysiadła się do stołu. Z tego co zauważyłem, przed chwilą wstała. Ewentualnie zakończyła nocny maraton anime. - Coś się stało? - zapytała, zapewne zauważając moje słodkie "dzieło".
Rzeczywiście. Rozwalanie, a nie jedzenie ciast było czymś nietypowym dla mnie. Eh... Nie chcę jej dodatkowo martwić...
- Zostałem wystawiony i nie mam weny na jedzenie ciasta - prychnąłem, nabierając na widelczyk mieszankę śmietanki i polewy czekoladowej. - Byłem umówiony na romantyczną kolację przy świecach z Corrinne, lecz ta wolała uciec... Chyba mnie nie lubi... - prychnąłem jakże "zasmucony" zaistniałą sytuacją, biorąc łyk herbaty.

<Flurry? Per. Corri? Whatever?>


środa, 1 listopada 2017

Od Vane CD Yuri

- O czym ty mówisz...? - spuściłam wzrok w bok, już zupełnie nie mając pojęcia o co w tym wszystkim chodzi. Dlaczego jest mi teraz tak cholernie smutno? Co znowu jest nie tak z moją głową?!
Odwrócił się, żeby zaraz później przemienić się w postać zwierzęcą i zwinnie ulotnić się z miejsca bitwy. Nie rozumiem. Znowu pojawia się przede mną kolejna zagadka oraz towarzyszące jej pytania. "Żałosne... Żenada... Dno... Jak mogłaś mnie zapomnieć?! Może o tacie też zapomniałaś, bo było ci wygodniej?!" - wypowiedziane przez niego słowa cały czas odbijały się echem w mojej głowie. Tacie? O kogo chodzi... Kim on jest? Za wszelką cenę chcę wiedzieć. Nienawidzę tej pustki w głowie, chcę z powrotem być świadoma. Czy wymagam aż tak wiele od świata? Kolejna osoba, która jednoznacznie zaprzecza owej wersji mej "śpiączki" zasugerowanej przez Resney. Cholera, przecież wszystko tworzy jedną, spójną całość! Dlaczego połączenie faktów jest takie trudne? Przypomina mi kogoś...
~
- Spierdalaj! Ja do żadnego psychologa nie idę! - krzyknęłam w stronę Rocket'a, żeby zaraz po tym ponownie zanurzyć się w swojej pierzynie i przytulić do kocyka. - Wolę zdechnąć tu i teraz, niż wybierać się do jakiegoś psychola... - dodałam cichym mrukiem.
- Już cię umówiłem na wizytę, z twoim ulubionym pediatrą - powiedział, najwyraźniej podchodząc do mojego łóżka.
- Hyhm... Zawsze dawał mi coś słodkiego... - przymknęłam oczy, żeby pozwolić sobie wszystko jeszcze raz przemyśleć. W sumie, to z jednej strony - nie zaciągnie mnie on tam siłą. Lecz z drugiej... Sama się zastanawiam, czy rozmowa z nim nie byłaby niezłym pretekstem do zdobycia kilku ważnych informacji, na temat mojej przeszłości. Dobrze pamiętam, że to Rocket zapisywał powód zgłoszenia się. Po rozmowie z tamtym chłopakiem, jestem niemalże przekonana, że ten świat cały czas coś przede mną ukrywa. Wszytko się układa... Tamta rozmowa z Corrinne oraz te dziwne teksty Kevina. Czy to możliwe, że... 
Straciłam pamięć?
~
Siedziałam z podkulonymi nogami, na małym, plastikowym krzesełku w poczekalni. Wciąż nie potrafiłam zrozumieć... Ale w końcu, po co tu jestem?! Jeżeli nie dowiem się teraz, to jakoś siłą wyciągnę wszystko od Rocket'a... A propo niego. Wydawał się być bardziej zestresowany tą wizytą ode mnie. Kolejne podejrzenia zaczynają pojawiać się w mej głowie...
- O co znowu chodzi? - zapytałam cicho, zwracając wzrok w jego stronę. - Stresik? - dodałam z uśmiechem.
- Pff... Niby przed czym? - założył obie łapy za głowę.
- Huh... Dopiero się dowiem... - zmrużyłam oczy, dalej, w ciszy czekając na wypowiedzenie mojego nazwiska i poproszenie do gabinetu.
Odgłos uchylanych drzwi. Któż to zaszczycił mojego doktorka wizytą? Przeskanowałam dwie, wysokie postacie wzrokiem. Czekaj, chwila... No chyba śnię... Jak na zawołanie poderwałam się z krzesła, nie przestając wpatrywać się w ową dwójkę. Tak, to był ten chłopak, którego spotkałam wtedy na polu bitwy. Ale - co on tu robi?
- Znowu się spotykamy... - szepnęłam, kątem oka spoglądając na towarzyszącego mi szopa. Ten jakby nigdy nic z chytrym uśmieszkiem wymieniał spojrzenia z białowłosym, który towarzyszył brązowookiemu. Czego oboje się tak szczerzą? - Ty jebany zdrajco... - syknęłam w stronę niższej postaci stojącej obok, widocznie naburmuszając się.
- Może chcielibyście porozmawiać? - wtrącił nagle niebieskooki, uśmiechając się delikatnie.
Wymieniłam krótkie spojrzenia z towarzyszącym mu chłopaku. Może w końcu się dowiem...
- Zgoda - wypaliłam bez zastanowienia. 
- Niech będzie... - dodał stojąca równo przede mną osoba, która była aktualnym obiektem moich wszystkich zainteresowań. 
Z impetem otworzyłam drzwi do gabinetu Brown'a, który aktualnie zajmował się jakąś kobietą. Uśmiechnęłam się delikatnie, wyciągając z dobrze ukrytej kieszeni malutki pistolecik. Lekarz wpatrywał się w moją osobę z widocznym zdziwieniem. Pewnie w jego głowie odbywała się masa procesów, które miały postawić mi diagnozę. Oszalałam?
- Czy mogę was wyprosić? - uśmiechnęłam się pogodnie. 
- Al-Alleeż, oczy-ywiście?! - wydukał, podnosząc się gwałtownie z krzesełka aktualnie zajmowanego. - Ty-Tylko...
- Tu są drzwi, jakby co - odsunęłam się, pozwalając zarówno wyjść psychiatrze i wejść mym aktualnym towarzyszom.
Oparłam się plecami o jedną ze ścian. Dlaczego nie mogę sobie niczego przypomnieć... Znowu pragnę informacji, chcę być świadoma. Przypomina mi kogoś... Jestem niemalże przekonana, że kiedyś widziałam kogoś z takimi samymi, brązowymi oczami i ciemną czupryną. Ale... To było tak dawno, czy może jednak...
- Pamiętasz mnie? - wyrwał mnie z rozmyśleń jego głos. 
Uniosłam wzrok prosto na niego, za plecami nerwowo przebierając palcami. Czuję, że moje słowa mogą go zranić... Nie chcę tego.
- Nawet jakbym chciała... - wyszeptałam, spuszczając wzrok w dół. - Naprawdę, nie pamiętam niczego... Czuję, jakby zabrano mi część wspomnień, ale... Każdy uporczywie mi wmawia, że podczas bitwy pod tym cholernym parkiem, doznałam poważnego urazu i popadłam w śpiączkę... - mimowolnie do mych oczu dobrała się niewielka ilość łez. - Przepraszam, nie naprawdę nie chcę cię w jakikolwiek sposób ranić przez swą niewiedzę, ale... - uniosłam nieco wzrok. - Kim jesteś...?

<Yuri?>

wtorek, 31 października 2017

Od Vane

Przeglądałam kolejne segregatory zawierające rejestry i opisy bitew, do których kiedykolwiek doszło... Sama nie wiem, czy robię to z nudów, czy rzeczywiście szukam czegoś szczególnego. Gdybym znała odpowiedź na jakiekolwiek pytanie... Zapewne o wiele prościej byłoby mi utożsamić się z obecną sytuacją klanów i wrogich nam ścigających. Chyba nie wspomniałam, lecz jak to miałam w zwyczaju - siedziałam na podłodze. Pomijając zupełnie fakt, że obok stało bardzo wygodne krzesełko i wpasowany kolorystycznie fotel... Niektórzy marzyliby o takim kompleksie, lecz mądra ja, woli siedzieć na zimnych panelach. Czasami naprawdę szczerze zastanawiam się nad przechadzką do gabinetu psychiatry, psychologa, czy kogokolwiek zajmującego się psychiką zdesperowanych, młodych kobiet. Przerzucałam kolejne zafoliowane kartki, co chwilę biorąc mały łyczek ciepłej cieczy leżącej w kubku tuż obok mnie. Kawa o godzinie 22, dla niektórych nie przespana noc, dla mnie nic nowego. W końcu tak, czy siak bym nie zmrużyła oka. Za bardzo fascynuję się tymi wszystkimi teczkami, zabawą w hakera oraz przepytywaniem osób postronnych. Krążą plotki, że z moją głową jest coś nie tak do potęgi entej, lecz osobiście w swym zachowaniu nie widzę niczego dziwnego... Chociaż...
- Vane... - w pewnym momencie, doszedł do mnie głos z okolic, gdzie znajdowała się futryna drzwi. Odsunęłam się gwałtownie, o mały włos nie dowalając głową w parapet.
- Zamknij się, przerywasz mi moje niesamowicie ważne rozmyślenia życiowe i w dodatku wchodzisz do mojego biura bez pukania! Kto cię nauczył kultury?! - wypaliłam niczym poparzona w stronę szopa, który jak znikąd pojawił się w wejściu. - Masz coś na swoje usprawiedliwienie? - dodałam, cicho prychając pod nosem.
- Nie chcesz, żebym zaczął się drzeć... - mruknął pod nosem, przybierając wrogi wyraz twarz i krzyżując łapy. - Dobrze wiesz...
- Grozisz mi? - zmierzyłam go podobnym, zabójczym wzrokiem.
- Nie biję dziewczyn, ani dzieci bez kasku...
- Czy ty sugerujesz, że... - w tym momencie mój umysł na moment się zatrzymał, aby dokładnie przemyśleć wypaloną przez niego ripostę. Tak, jestem niemalże przekonana, że w ten sposób chciał mi ponownie wmówić niepełnoletność... - Gdzieś miałam tą jebaną golarkę...
- Może nie tak agresywnie! - prychnął, a w jego oku pojawił się charakterystyczny błysk. Oj, wiem czego ta kreatura ode mnie chce...
- Długo się kurzyła... - powiedziałam pod nosem, a w mojej dłoni jak na zawołanie pojawiła się broń, którą skonstruował dla mnie Rocket.
- Trzeba sprawdzić, czy działa...  Czyż nie? Z resztą, moja również trochę leżała w spoczynku...
- Jak za starych czasów... Uroczo...

Naprzeciw mnie, oraz towarzyszących mojej osobie żołnierzy stała dosyć pokaźna grupa członków klanu Desert Eagles. Każdy był zaopatrzony w podstawową broń, de facto tylko niektórzy posiadali uzbrojenie. Wyraźnie wkurwiona Tsume przyglądała się mi zabójczym wzrokiem...  Z resztą, na mojej twarzy również pojawił się wyraźny grymas. Lecz w porównaniu do niej, ma spokojna - przynajmniej jak na tą chwilę - natura pozawalała dodawać do całości delikatny uśmieszek i ciche chichoty.
- Czekaj, co my w ogóle zrobiliśmy? - skierowałam pytanie w stronę stojącego obok futrzaka, który z przeładowaną bronią, jedynie czekał na moje pozwolenie do oddania strzału.
- Nasza potyczka zaczęła się dosyć niewinnie, ale po jakimś czasie przenieśliśmy się tuż pod główną bazę klanu Tsu i... Trochę, bardzo nie potrzebnie użyłem tej atomówki, a raczej zapomniałem jej zabezpieczyć... ALE znajdźmy pozytywy! W końcu możemy sobie postrzelać, tak jak w najprawdziwszym symulatorze najnowszej generacji! - wyjaśnił w nieco skróconej wersji, jak zwykle pod koniec rzucając jakiś żart. Westchnęłam głośno, już mając coś powiedzieć... - Może wszystko potoczyłoby się dobrze, gdyby nie fakt, że najwidoczniej obie jesteście przed okresem i jesteście niesamowicie wkurwione na świat... - kontynuował jakby nigdy nic, szczerząc się szeroko.
- Ja ci kurwa zaraz dam... - warknęłam, odbezpieczając broń.
- Naszą bitwę dokończymy kiedy indziej, teraz się skup... Bo skończysz tak jak ostatnio... - dokończył zdecydowanie ciszej, już nawet nie czekając na rozkazy z mojej strony.

...Można powiedzieć, że szał walki pochłonął praktycznie wszystkich obecnych tuż obok nieco podniszczonej bazy jednego z klanów. Ogólnie rzecz biorąc, członkowie Desert Eagles nie mieli zbyt dużego wyboru, ponieważ ich nad wyraz oburzona liderka pod wpływem negatywnych emocji zerwała wszystkich, którzy tylko byli w pobliżu. Z resztą, podobnie było u prowokatorów sytuacji, lecz w ich przypadku cała ta potyczka była tylko głupim żartem. Im dłużej bronie były uniesione, tym więcej strat odnosiły poszczególne jednostki. Nie ma to jak dwie, wkurwione na siebie kobiety... Kurwa, najlepszy narrator na świecie xD

Strzał za strzałem, kolejne przeładowywania. Nic ciekawego. Robię to praktycznie od początku życia. Czy może w końcu stać się coś ciekawego? Jestem pewna, że kiedyś... Życie miało dla mnie zdecydowanie większy sens, cholera. Za dużo myślę, znowu się zagapiłam. O mały włos nie dostałam prosto w brzuch. Dlaczego jestem taka nie ostrożna? Znowu się odwracam, przy tym jak na zawołanie unosząc broń i celując prosto w głowę wyższej postaci. Zdziwieniem jest dla mnie podobny ruch, lecz w wykonaniu jak się okazało po krótkim czasie okazało - czekoladowookiego mężczyzny. Wymalowane zdziwienie wpływa na moją twarz. D-Dlaczego kogoś mi przypominasz? - pytam samą siebie, robiąc mały krok do tyłu.

<Yuriś? :D >

piątek, 20 października 2017

Od Kevina i Vane CD Corrinne

*Per. Vane*

Siedziałam od dłuższego czasu na kanapie, jakby czekając na jakieś zbawienie z góry. Nie wiem dlaczego, ale miałam wrażenie że Xerxesowi się przysnęło. Mimo wszytko, na tą chwilę nie miałam najmniejszej ochoty tego sprawdzać. Wolałam rozkoszować się ciszą i chwilowym spokojem. Nie miałam na razie po co wracać do domu. Równie dobrze mogłabym iść przed siebie, nawet nie patrząc przed siebie. Ostatnio zbawieniem dla mej rutyny jest zwykłe wyjście do sklepu, czy podlanie kwiatków w ogrodzie. Wciąż czuję dziwną nostalgię... Cholera, chyba zaczynam świrować.
- O, cześć Rocket - z dotychczasowego transu wyrwał mnie dawno niesłyszany głos. Tak, to musiała być ona, nie musiałam się dwa razy zastanawiać. Jej ton co prawda widocznie odstawał od tego, którym posługiwała się jakiś czas temu, lecz ona, to ona.
Podniosłam się gwałtownie, żeby w następnej kolejności wlepić w nią swoje spojrzenie. Szybko jej wzrok powędrował w bok.
- Corrinne, słuchaj... - zaczęłam, lecz nie dane było mi skończyć.
- Jakim prawem jeszcze się do mnie odzywasz? - warknęła, widocznie zdenerwowana unosząc na mnie swoje rozzłoszczone spojrzenie.
Zrozumiałe, w końcu po tym co odwaliłam... Sama zachowałabym się w ten sposób.  Nie byłoby nawet opcji, abym zachowała spokój. Za dużo przeze mnie straciła. W tamtym momencie po prostu na zbyt poniosły mnie emocje. Nie mam pojęcia dlaczego w tamtym momencie wyszło ze mnie tyle tego wszystkiego...
- Tak, wiem, zrobiłam źle... - widocznie się spięłam. - Serio, nie mam pojęcia dlaczego wtedy wyżyłam się na waszej dwójce, po prostu...
- Zamknij się... - warknęła, poprawiając swój plecak.
Kątem oka dostrzegłam jak Xerxes stoi i wpatruje się w nas z ostatniego stopnia schodów. Jedynie na moment oderwałam wzrok od dziewczyny, prosto w jego stronę. Wzruszył jedynie ramionami.
- Corrinne, na prawdę przepraszam... - moje oczy ponownie przeskanowały jej postać. - Gdyby było cokolwiek, co mogę dla ciebie zrobić...
- Teraz przyłazisz?! - wypaliła, zatrzymując się w miejscu. - Po tym, jak wywaliłaś nas, a twój kochaś Gilbercik i synalek Yu... - w tym samym momencie jej usta zostały zakryte przez dotychczas stojącego kilka metrów dalej mężczyznę, natomiast chrząknięcie Rocketa powstrzymało kontynuowanie wypowiedzi.
Mój wzrok w tym momencie na przemian wędrował pomiędzy obecną w pokoju trójką. Nie do końca dane mi było zrozumieć o co w jej słowach chodziło, gdyż mój mózg dosłownie się zatrzymał. To wszystko tak idealnie, lecz równocześnie w ogóle do siebie nie pasowało... Lecz, czy to znaczy, że cały świat zrobił mnie w chuja?

"Per. Xerxes'a*

- To są skutki uboczne tych wszystkich operacji i psychodropów - syknąłem przez zęby, uważnie przyglądając się stojącej pode mną dziewczynie. - Bredzi bez sensu i składu, jakieś całkowicie niestworzone rzeczy... - zwróciłem z powrotem swoje sprawne oko w stronę młodej kobiety. - Ja również miałem jakieś dziwne schizy... - wypaliłem, starając się jeszcze bardziej "załagodzić" sytuację.
- Puszczaj mnie! - warknęła w pewnym momencie dotychczas przytrzymywana przeze mnie nastolatka, po czym gwałtownym szarpnięciem wyrwała się z moich objęć. Po krótkiej chwili, była już poza domem. Mimowolnie przekląłem pod nosem, zaciskając dłonie w pięści. Znowu to jebane uczucie zdezorientowania...
- To się źle skończy... - doszedł do mnie głos niższego osobnika, który jakby znikąd pojawił się tuż obok. Ze skrzyżowanymi łapami przyglądał się Vane, która nerwowo przygryzała opuszek swego palca.
- Co ty nie powiesz - prychnąłem, nieco zwracając wzrok w jego stronę. Nieco przykucnąłem. - Musisz mieć oczy dookoła głowy. Teraz, choćby najmniejszy skrawek z przeszłości może, ale oczywiście nie musi, przywrócić jej wspomnienia... Prawdę o tej tragedii - dodałem, wzdychając równie cicho. - Jak dobrze wiesz, nie skończyłoby się to za dobrze... - w tym momencie nasze spojrzenia się na moment skrzyżowały. Posłałem mu pełen tajemniczości uśmieszek. - Chociaż.... Jak dla mnie, to prawdy mogłaby się dowiedzieć nawet w tym momencie. Przynajmniej byłoby ciekawie...
- Stul dziób, Xerxes - wymruczał pod nosem, podchodząc do dziewczyny. - Lepiej już wracajmy. Twoja najdroższa rutyna czeka - dokończył, przy tym poprawiając element dopasowanego stroju.
- Tak... Chyba powinniśmy już iść... - odpowiedziała jakby w transie, nie odrywając wzroku od jednego, nie dużego punktu.
Nie minęła minuta, a owej dwójki również już nie było w pomieszczeniu. Została ta sama, głucha cisza, którą od czasu do czasu przerywał jakiś głupi tekst Emily. Ściągnąłem nią sobie z ramienia, po czym dokładnie przeskanowałem wzrokiem. Jedną z rąk delikatnie gładziłem jej jasno-brązowe włosy. Nieco się uśmiechnąłem.
- Nie będziemy się widzieć przez najbliższy czas... - westchnąłem,nie odrywając wzroku od jej pustego wyrazu twarzy. - Znowu stanę się grzecznym pieskiem rządu.... Więc.... Do zobaczenia... - po wypowiedzeniu ostatnich słów, zmieniłem swoją postać.
~~~
Noc. Walnąłem się na łóżko, widocznie niezadowolony z dzisiejszego dnia. Pomyśleć, że w ciągu kilku godzin, ba, kilku minut wszystko zdążyło przybrać zupełnie inny bieg. Chyba pora znowu stać się poważnym i ułożonym dowódcą, który jedynie co robi, to wyżywa i drze się na innych. Chociaż tą "fazę" miałem za sobą, czułem, że powinienem ponownie do niej wrócić. Ach... Kevin Regnad powraca?
Może wszystko byłoby w porządku, gdyby nie gwałtowne trzaski dochodzące z dołu. Niczym poparzony zerwałem się do pionu... Wyostrzyłem słuch... Tsa, chyba mamy gościa. Nie minęła minuta, a znalazłem się na dole w towarzystwie niedużej latarki. Bo po co marnować prąd na światło i nie potrzebnie nastraszać włamywacza?
- Kim ty... - zacząłem, nieco odsuwając się od postaci która aktualnie stała przede mną. Nie, to nie możliwe, lecz... Czuję, że... - Flurry? - wypaliłem w końcu, naświetlając jej pyszczek latarką.
- Xerxes...? - wyszeptała, widocznie wycieńczona owijając się resztką jakiegoś i tak potarganego materiału. 
Nieco przykucnąłem, żeby nasze twarze znalazły się na tym samym poziomie. Jej łapy w tym momencie przybrały kształt puchatej kulki. W następnej kolejności na mój policzek zostało złożone swoiste uderzenie - które nie ukrywam - nieco zabolało. Tyłem zetknąłem się z ziemią. . Huh, chyba zasłużyłem...
- To wszystko wina tego, że nie byłam w stanie się sama ochronić... - wyszeptała po krótkiej chwili, wciąż mając zaciśnięte łapy. Wsłuchując się w jej słowa, zacząłem nieco rozmasowywać bolące miejsce. Nawet nie próbowałem w tej chwili powstać, czekałem, aż skończy.. - Przez moją własną słabość... To niesprawiedliwe! - syknęła, przymykając i tak już wilgotne od płaczu powieki. - A-Ale... Ty... - gdy tylko wypowiedziała ostatnie sylaby, mimowolnie jej ciało powędrowało prosto na moją pierś.
Wtuliła się w moją koszulę, natomiast z jej oczu wydobyły się kolejne potoki łez. W krótkim czasie mogłem to wyczuć na swym ciele... Nieco się uśmiechałem, delikatnie gładząc ją po głowie. Przymknąłem oczy... Przynajmniej ona nic się nie zmieniła...
- Czy mogłabyś mi obiecać tylko jedno? - zapytałem po chwili, nieco rozchylając powieki.
- Huh? - wyczułem jak unosi głowę.
- Nie uciekaj i nie zostawiaj mnie już nigdy więcej, dobrze...?

<Flurry?>

poniedziałek, 2 października 2017

Od Vane "Zaćmiona zemsta"

Widzę go. Tylko... Dlaczego nie mogę wychwycić żadnej rysy twarzy, osoby, nawiedzającej mnie w snach? Chcę wiedzieć kim jesteś, lecz wciąż chodzisz z zasłoniętymi oczami. Czuję twój oddech przy swoim uchu, odwzajemniam każdy twój pocałunek, wciąż chcę być blisko... Proszę, powiedz mi kim jesteś. Daj mi jakikolwiek znak, najmniejszą podpowiedź... Czuję ten mętlik. Nie chcę go. Powiedz, wykrzycz. Zapytaj, proszę, czy mnie kochasz? Odpowiem jednoznacznie, "tak", nie wiem dlaczego, nie wiem po co... Podejdź bliżej. Chcę cię poczuć. Dlaczego mi cię zabrano? 
Czekam na ciebie.
Kochanie...
Każdy dzień bez ciebie jest katorgą.
Ból, który trzymam w sobie jest nie do zniesienia
Chcę cię zobaczyć
Chcę cię dotknąć
Dobrze pamiętam twoje ciepłe pocałunki
Wciąż je czuję na swojej skórze
Kochanie...
Wróć

~~***~~
Kolejny, przepiękny... Stop. Nie, żaden dzień w tym świecie przepełnionym rutyną nie będzie wspaniały. Wygrzebałam się leniwie spod kołdry, przy tym zrzucając wszystkie dotychczas równo ułożone poduszki, prosto na ziemię. Jedynie spojrzałam na nie, widocznie zaspanym wzrokiem, po czym zadałam soczystego kopniaka jednej z nich. Nudzi mi się...
- Nie wyżywaj się na tej biednej poduszce, ona też ma uczucia - prychnął wcześniej przeze mnie niezauważony szop, wychylając się zza drzwi mojej prywatnej łazienki. No właśnie, prywatnej.
- A co ty tu do cholery robisz!? - warknęłam, podejrzliwie mrużąc oczy, przy tym uważnie skanując nimi pluszaka. - Ktoś ci pozwolił tutaj wejść? - dodałam odrobinę spokojniej, zakładając na siebie wcześniej przewieszoną przez krzesło bluzę.
- Głownie stoję - wyszczerzył się złośliwie, widocznie bawiąc się jakimś przedmiotem w mojej łazience.
W ułamku sekundy znalazłam się tuż obok, wlepiając swoje oczy w kolorowe światełka, które były porozwieszane po całej powierzchni pomieszczenia. Oniemiała wpatrywałam się w całość, która wyglądała przecudownie...
- Od kiedy jesteś dekoratorem wnętrz...? - zapytałam cicho, robiąc powolny obrót wokół własnej osi. Zrobiło się tu naprawdę ładnie...
- Leżały bezczynnie w piwnicy... - burknął pod nosem. - Nie mogłem pozwolić, żeby się zmarnowały - dodał, składając wszystkie swoje narzędzia i przybory do skórzanej sakiewki, którą następnie przewiesił sobie przez szyję. Ze skrzyżowanymi łapami, zaczął się wycofywać w kierunku drzwi. Dostrzegając ten ruch, w momencie zatrzymałam go stanowczym chwytem za ramię.
- Jesteś dla mnie bardzo miły... - odwróciłam delikatnie wzrok w jego kierunku. - Czy stało się coś, o czym nie chcesz mi powiedzieć?
Szczerze - mój widocznie cichszy i spokojniejszy ton, nie ukrywam, trochę mnie przerażał. Od dawna nie mam okazji przybierać postaci "Poważnej Vane". Wolę się śmiać, niż kazać wszystkim znosić moje cierpienie, które trawi mnie od środka. Tęsknię za czymś... Mój umysł podświadomie, dobrze wie... Ale... Nikt nie chce mnie uświadomić w tym, że własnie tak jest. Niewiedza jest ciężka, życie z nią jeszcze większe. Ciąga wiara w tą samą wersję przedstawioną przez neutralną dotąd osobę, może być mylna. Wiem to.
- Tak. Telefon ci dzwoni - prychnął, po czym odtrącił moją dłoń i przeszedł do sypialni.
Po kilku sekundach, nieduży przedmiot wylądował w moich dłoniach. Komórka służbowa... Odebrałam w mgnieniu oka, żeby zaraz po tym zaszczycić swoje uszy głośnym krzykiem. Taa... Chyba próbowano się do mnie dodzwonić, co najmniej dziesięć razy. Westchnęłam pod nosem, wysłuchując przyjacielskiego opieprzu, ze strony dobrze znanego informatyka.
- Mów po ludzku, bachorze... - burknęłam pod nosem, w końcu przerywając bełkot starszego ode mnie mężczyzny.
- Jak ty... - w momencie ugryzł się w język, zapewne zdając sobie sprawę, że w gruncie rzeczy jestem jego szefem. - Dobra. Prosto z mostu. Ścigający znowu rozrabiają - wypalił, po krótkim wdechu.
Znowu to samo uczucie. Nagle naszła mnie ochota na wybicie, całej populacji tych futrzaków. Dlaczego ich stworzono? W jakim celu? Ile naszych ludzi zginęło, przez ich nagłe ataki i wybuchy? Nie chcę wiedzieć. Chcę zemsty. Za każdego, który musiał odejść z tego świata.
- Będę za... - spojrzałam na zegarek, kątem oka śledząc wpatrującego się we mnie szopa. - Maksymalnie dziesięć sekund - po wypowiedzeniu ostatniego słowa, rozłączyłam się i podeszłam bliżej Rocket'a.
Uchwyciłam jego ramię, zamykając oczy. W ułamku sekundy znaleźliśmy się w pokoju, który zajmował informatyk. Podczas gdy on prawie spadł z krzesła przerażony, ja zaczęłam krztusić się krwią, która pojawiła się w moich ustach. Cienki strumyk upłynął również z nosa...
- Cholera jasna... - wydukałam, nieco uginając się w pasie.
- Oszalałaś!? - krzyknął, w momencie podnosząc się ze swojego czarnego fotela. Po chwili znalazł się tuż obok i jak na zawołanie zmusił mnie do zniżenia się na poziom podłogi.
- Ona? Chyba już dawno! - prychnął i tak nieco poddenerwowany szop.
- Czuję się dobrze... - mruknęłam, starając się podnieść na równe nogi.
Niestety, moje pierwsze próby bardzo szybko poszły na marne, a głowa ciągle niemiłosiernie mnie bolała. Na dodatek zakrwawiłam kołnierzyk swojej ulubionej koszuli... Ta, teraz, pewnie nadaje się jedynie do kosza. Zrezygnowana oparłam się o ścianę, odbierając od mężczyzny stojącego obok kubek z wodą. Wypiłam ją duszkiem, a żeby pozbyć się niedobrego posmaku krwi z ust, zaczęłam rzuć gumę. Nos wydmuchałam w chusteczkę.
- Serio, wszystko na swoim miejscu... - westchnęłam ciężko, w końcu przy pomocy chłopaka podnosząc się do pionu. - A teraz proszę o relację z tego... - zacisnęłam pięści. - Ataku...
- Nie żyje łącznie dziesięciu bezstronnych z mocami. W tym dwójka dzieci i trzy kobiety - powiedział po chwili milczenia, podczas której zapewne zastanawiał się, czy w ogóle powinien mi to podać. Jebnęłam z całej siły zaciśniętą pięścią o metalową ścianę, czego de facto w krótkim czasie pożałowałam. Mój naskórek na kostkach widocznie się zdarł. Wymruczałam kilka przekleństw pod nosem, nerwowo kręcąc się po pokoju. W końcu coś wpadło mi do głowy.
- Kim jest ich dowódca... - warknęłam jakby sama do siebie, lecz mimo to i tak czekałam na odpowiedź ze strony reszty. Uniosłam swój zabójczy wzrok, gdzie w krótkim czasie zetknął się on z facetem.
- Mówisz o tym wariacie? - prychnął, przysiadając na biurku. - Nie kryje się z niczym. Namierzenie jego domu było bardzo łatwe - wypalił, podając mi jedną z teczek zapełnioną po brzegi papierkami. - Ma dziwną słabość do ciast... - dodał jedynie, podpierając się rękami.
- Jak ja go tylko dorwę...
***
Znowu budzę się w objęciach jego rąk. Czuję tą przyjemną bliskość... Jak mogłam tak długo bez niego żyć?
Jego ciepły oddech na moim karku, jest naprawdę miły. 
Miłość, bezgraniczna miłość, którą go obdarzam.
Odwracam się, żeby ujrzeć chociażby kawałek jego twarzy. 
Sen jak zwykle w tym momencie się urywa, a ja z powrotem zostaję rzucona w głąb ciemnej nicości...
***
Noc. Idealna była to pora na wybranie się do owego Kevina Regnard'a, żeby załatwić to i owo. Wiedziałam, że jest w domu... Siedziałam pod nim praktycznie cały dzisiejszy dzień. Nie było to nic ciekawego, lecz chociaż warte swojej ceny... Szykowałam się do wyjścia z dotychczas zajmowanego samochodu. Sprawdziłam, czy na pewno wszystko mam. Stary, delikatnie zdarty, ale mój najukochańszy pistolecik. Mój pierwszy, którego udało mi się wygrzebać z piwnicy przepełnionej różnymi spluwami. Jest nie wiele młodszy ode mnie. 
Wybyłam na zewnątrz, przeładowywując broń, przy tym poprawiając kapelusz dumnie przykrywający moją twarz. Ktoś jego wzrostu dojrzy co najwyżej ruchy moich ust i część nosa... Czułam jak bezgraniczna nienawiść ponownie mnie przepełnia. Zabrali mi coś ważnego. Nie wiem co, po prostu czuję, że to właśnie ich wina. Zarówno serce, jak i rozum mnie w tym utwierdzają. Westchnęłam cicho, już mając robić kolejne kroki na przód.  Zapewne wykonałabym swoje zadanie i po chwili wszystko byłoby na miejscu, gdyby nie charakterystyczne jak dla mnie chrząkniecie. "Co znowu..." - odwróciłam się na pięcie, żeby...
- Co ty tu robisz idioto!? - warknęłam, patrząc na niższe ode mnie stworzenie, które nad wyraz zadowolone zdjęło ze swych pleców zabawkę. Przelustrowałam go zabójczym wzrokiem.
- Muszę cię pilnować, żebyś czasami nie spędziła kolejnego roku w śpiączce... - odwrócił wzrok, nawet nie racząc zaszczycić mnie swoim spojrzeniem. 
- Ty coś kręcisz... - mruknęłam o wiele ciszej niż poprzednio.
- Możliwe. 
Nie kontynuując rozmowy, przeszłam do działania. Krótkim znakiem głową dałam znak szopowi, aby na razie został na zewnątrz. Na szczęście tego nie trzeba mu było dwa razy powtarzać... Czmychnęłam do domu przez otwarte w kuchni okno... Przy stole siedział on... Ten wychwalany wszędzie dowódca. Spodziewałam się kogoś poważniej wyglądającego. Tymczasem on... Wpierdalał ciastka? Cholera, chyba pomyliłam domy. Ewentualnie mam do czynienia z wariatem. Nie miałam czasu, żeby teraz się nad tym zastanawiać. Wycelowałam i po chwili nacisnęłam spust, przymykając oczy. Przyglądanie się śmierci, ostatnio naprawdę źle na mnie oddziaływuje... Tak, jakbym nie potrafiła się do niej przyznać. Czuję przez kolejne kilka nocy poczucie winy... Zabrałam wdech, uchylając jedną z powiek. Kurwa mać. Jakim cudem chybiłam?
- Usiądź proszę i poczęstuj się tymi słodkościami... - jego nad wyraz spokojny głos rozbrzmiał w moich uszach. 
Niemalże podskoczyłam. Jakim cudem mnie zauważył? Zrobiłam coś źle? Pewnie byłam za głośno... Zjebałam!
- Śmiejesz się w twarz śmierci? - zapytałam cichym mrukiem, specjalnie zniżając swój ton do czegoś na rodzaj męskiego głosu.
- Nie musisz się oszukiwać, ty też to zrobiłaś kilka razy - odwrócił się. 
W końcu mogłam dojrzeć jego rysy twarzy... Białowłosy, na oko miał może trochę ponad dwadzieścia lat. Jedno oko, o kolorze wyblakłej czerwieni. Drugie zostało przysłonięte grzywką. Pod pewnym względem wyglądał podobnie do mnie. Nie specjalnie umięśniony, czy wysportowany. Powiedziałabym nawet, że z lekka wychudzony. Wpatrywałam się w niego, podobnie jak on we mnie. Przypominał mi kogoś... 
- Myślałaś, że przyjdziesz, załatwisz mnie i po sprawie? - zaśmiał się, widocznie rozbawiony zaistniałą sytuacją. - Otóż... Może wolałabyś poznać prawdę o tragedii, która miała miejsce kilka tygodni temu? - zrobił nieduży krok w moją stronę.
- O czym bredzisz... - mruknęłam, już w dłoni mając pistolet.
- Huh... Jeżeli darujesz mi życie, to może powiem ci co nieco na ten temat... - przyglądał mi się spode łba. - Vane Strange - dodał do całości moje imię, jakby wyciągnięte z moich myśli.
Nie ukrywam, że przez moje ciało przeszedł dziwny dreszcz. Teraz, to ja czułam się zagrożona... Przeklęłam pod nosem, odwracając wzrok ku szybie okna. Nie musiałam czekać, wołać, cokolwiek... Rocket pojawił się sam i z naburmuszoną niczym małe dziecko miną, wycelował w faceta. Natomiast w rękach owego Kevina jakby znikąd pojawiły się dwa, małe rewolwery. Mina mi nieco zrzedła... Poznaję skądś te bronie...
- Xerxes? - wypaliłam nagle, a spojrzenia zgromadzonych zostały automatycznie przeniesione na mnie.
Mężczyzna w czymś na rodzaj płaszczu ponownie się uśmiechnął.
- A już myślałem, że nigdy mnie nie poznasz kurduplu! - prychnął, spuszczając broń w dól, jakby przekonany, że nie strzelę. Kto wie?
- Jakim cholernym prawem stałeś się dowódcą, tych chorych psychicznie ludzi, których czyn z dnia na dzień coraz bardziej wyniszczają mnie od środka?! - wydarłam się, zaciskając kurczowo palec na spuście. -  Zdrajca! - dodałam z wyraźnym warknięciem.
Uniósł teatralnie ręce do góry.
- Nikogo nigdy nie zdradziłem! - wypalił. - Chyba, że... - odwrócił wzrok w bok najwidoczniej zmieszany.
- Zdradziłeś moją i swoją rodzinę... - syknęłam, nie przestając mierzyć go morderczym spojrzeniem. - Wystawiłeś mojego ojca, znikając bez śladu! - kontynuowałam wymienianie kolejnych żalów. - A pomyśleć, że traktowałam cię jak rodzinę... - prychnęłam, ironicznie się śmiejąc.
- Ach wypraszam sobie! Swojej teściowej się podpytaj, dlaczego się na mnie wkurwiła i wydała prosto przed sidła rządu! Twojemu ojcu byłem wierny jak brat, bachorze...
- Co tu się do cholery dzieje?! - wtrącił w końcu szop.
- Przedstawiam ci Xerxesa Breaka, niegdyś osobę magiczną, zbuntowanego, przez którego tak właściwie się spotkaliśmy... - burknęłam pod nosem, mierząc białowłosego morderczym spojrzeniem. - Zniknął akurat wtedy, gdy na klan mojego ojca zaatakowano wszystkimi ogniwami! - uśmiechnęłam się gniewnie.
- Lecz z tego co widzę, znalazłaś sobie bardzo dobrego przyjaciela! Widzisz?! Zawsze służę - prawie zakrztusił się własnymi słowami. - Poo-Pomocą.
- Zniszczyłeś mi dzieciństwo... - warknęłam, stojąc już zaledwie metr od niego. - Pozbawiłeś ojca! - sprostowałam, żeby na pewno doszło.
Nachylił swoje usta tuż przy moim uchu.
- Ciebie w życiu pozbawiono naprawdę wielu rzeczy... Uwierz, że każdy coś przed tobą ukrywa... - wyszeptał, opatulając moje ucho ciepłym podmuchem. - Nie czujesz tego... Ludzie wokół mogą cię wykorzystywać do swoich celów, wciskać ci kit...
Nie chcę czuć. Odtrąciłam go jednym, porządnym ciosem w policzek. Nie chcę jego, chcę kogoś innego. Chcę właśnie tego, ale od innej osoby.
- Chcę prawdy. Dlaczego tak, a nie inaczej... Chcę wiedzieć wszystko - uniosłam na niego swoje oczy, w których pojawiły się małe płomyczki.
Skinął delikatnie głową.
- Lecz najpierw musisz mi wyświadczyć przysługę...

<Nwm. Jeżeli ktoś z obecnych tam chce, może kontynuować, lecz ja mam wenę na dalsze pisanie...>

sobota, 23 września 2017

Od Vane CD Resney

...cholerę. Na co mi to wszystko? Znowu żyję rutyną, poniedziałek nie różni się niczym od niedzieli. Codziennie zasiadam przy tym samym biurku, zajmuję się najważniejszymi dokumentami, robię krótki obchód po pokojach innych członków, po czym pod koniec dnia wypijam kawkę i wracam do domu. Mogę chcieć, co mi się żywnie podoba, lecz tego błędnego koła nic nie zniszczy. Westchnęłam cicho, przykrywając swoją twarz czarnym dodatkiem na głowę.
- Vane? - odezwał się w pewnym momencie pytający głos Resney.
Ziewnęłam pod nosem, przy tym podnosząc się do siadu. Wciąż tyłek mając przyczepiony do powierzchni paneli, wychyliłam się spod biurka. Od razu wymieniłam się spojrzeniami z młodszą dziewczyną. Podczas gdy moje oczy były pełne znużenia, jej tryskały widocznym zdziwieniem. Wpatrywała się we mnie, jak w obraz.
- Co robisz na podłodze? - wydukała krótkie pytanie, otrząsając się ze wcześniejszego "szoku". W odpowiedzi jedynie uśmiechnęłam się tajemniczo, po czym podniosłam się i wywaliłam swoje ciało na fotel.
- Na podłodze? O czym ty mówisz... - prychnęłam, podpierając się o podłokietnik przyłączony do fotela. - Myślę, że powinnaś wybrać się do okulisty... Twój wzrok naprawdę się pogarsza... - dodałam, robiąc jeden gwałtowne odepchnięcie nogą. Zaczęłam się kręcić. Ha. Ha. Ha. Vane znowu odwala palma.... Zapraszamy wszyscy na pokaz dziecka z zoo...
- Przestań - w tym samym momencie wstrzymała przedmiot, na którym siedziałam ręką. Na moją twarz mimowolnie wpłynęło pełne wyrzutów spojrzenie. Rzucając je w stronę dziewczyny, wyraźnie wyczułam bijącą z jej mimiki irytację. Wywróciłam oczami, wygodnie rozsiadając się w swoim ukochanym foteliku.
- Co cię tu sprowadza, moja przenajdroższa Resney? - wypaliłam, unosząc pytająco brwi do góry. Wyczułam jak złośliwy uśmieszek, dosłownie sam pojawia się na moich ustach.
- Czy możesz łaskawie przestać zachowywać się jak niedorozwinięte, pozbawione umysłu dziecko?! - sapnęła, mrużąc swoje skupione na mojej osobie oczy. Co do nich - chyba miała ochotę mi je wydłubać.
- Nie lubię być obrażana... - westchnęłam, zakładając obie ręce za głowę. - Ale kontynuuj, zirytowani ludzie pod presją mówią prawdę, a i tak trochę mało wiem na temat wydarzeń sprzed ostatniego roku - posłałam jej pełen różnorakich emocji uśmieszek. Chyba moje kąciki ust za często są unoszone... Ach tak, w końcu nikt nie będzie za mnie udawał, że "wszystko jest w porządku, nie martwcie się o mnie, czuję się dobrze". I tak noszę w sobie wiele bólu od samego dzieciństwa, a teraz jeszcze spada na mnie wiadomość o śmierci Kiby i Peter'a.
- Lecz inaczej... - ugryzła się w język, przez co jej kontynuowanie przekomarzanek słownych zostało przerwane. Nabrała powoli otaczającego nas powietrza, po czym spokojnie wypuściła je z ust. - Jak się czujesz? - zadała kolejne z rzędu pytanie, bardziej opanowana.
- Zależy pod jakim względem - ponownie przybrałam na siebie maskę "tajemniczy uśmieszek nr. 2", w głębi duszy cicho się śmiejąc. - Bo psychika dawno wysiadła, lecz fizycznie czuję się dobrze. Niestety, rzędy bliżej niewyjaśnionych snów wciąż mi towarzyszą... - powiedziałam nieco ciszej, odwracając wzrok w lewo. - Powiedz mi, kto jeszcze zginął? - dodałam, nawet na moment nie odrywając oczu od podłogi.  Chyba ją odrobinkę zamurowało. Przez kilkanaście kolejnych sekund, jedynie stała i najprawdopodobniej przetwarzała sobie wszystko w głowie. Przerwało jej to, moje nieco zniecierpliwione spojrzenie.
- Mogę? - zapytała, wskazując wzrokiem na stojącego przede mną grata, na którego pulpicie było od cholery różnych niepotrzebnych plików.
- Ależ proszę bardzo... - w momencie podniosłam się na równe nogi i niczym szofer, lekko się schyliłam, tworząc coś na rodzaj ukłonu. - Kawę, herbatę? - dorzuciłam, za pomocą jednej ze swych mocy przenosząc się do stojącego kilka metrów dalej ekspresu.
- Nie dzięki... - wymruczała w odpowiedzi, wpisując jakieś rozmaite kody na moim sprzęcie. To nie był dobry pomysł. Właśnie w tym momencie dałam jej dostęp do wszystkich rzeczy, które odjebałam w internecie. Czysty, idealnie odjebane potknięcie. Aż śmiechłam.
- Tutaj jest lista wszystkich, należących do któregokolwiek klanu żołnierzy zarejestrowanych w głównej bazie danych - wyjaśniła, odjeżdżając na czarnym krzesełku kilka centymetrów do tyłu.
Odwróciłam się, przy tym szybko przybliżając swoją głowę do ekranu. Prześledziłam wzrokiem kilka bardziej i mniej znanych nazwisk, które były pozaznaczane różnymi kolorami. Nagle, zatrzymałam się przy jednym imieniu, które nosił już nie żyjący członek klanu Tsume. Gilbert Nightray...
- Znałam go - wskazałam palcem jeden punkcik na ekranie. - Czyli Mały Gilbercik, który śmiał się nazywać mnie dzieckiem, również nie żyje? - uniosłam wzrok na Resney, która nerwowo zaczęła przygryzać element swojego palca. Jakby wyrwana z transu, spojrzała mi w oczy.
Dlaczego mam wrażenie, że Gilbert jakoś... Cholera, nie mam pojęcia w jaki sposób mogę to określić... Czułam coś dziwnego w brzuchu, gdy ktoś wypowiadał jego imię, lecz zaraz później to wszystko zamieniało się w rozpacz i nienawiść do otaczającego mnie świata. Cholera, chyba coś jest ze mną nie tak... Spuściłam wzrok. Kapelusz, który trzymałam w rękach...  Chwila.
- To jest... - wyszeptałam, podnosząc przedmiot wyżej, aby dokładniej mu się przyjrzeć. - Kapelusz Małego Gilbercika... - przed oczami pojawiła mi się scena, gdy wsadzam jego zabrudzone od krwi i błota ciuszki wraz z papieroskami do prania. Tak, on na pewno musiał należeć do mężczyzny... Pamięć, proszę, nie zawiedź mnie...
- Kto przy mnie był podczas śpiączki? - wyrwałam się nagle, jak po swego rodzaju zastrzyku energii.
- Odwiedzało cię naprawdę wiele osób... On chyba też pojawił się raz, czy dwa... - dostrzegłam jak mina jej zrzędnie, przez co po chwili staje się przysłowiowym kłębkiem nerwów. Wyprostowałam się do pionu.
Dobra, przynajmniej rozwiązałam jedną zagadkę... - mruknęłam do siebie w myślach, siadając na śnieżnobiałym blacie. Założyłam nogę na nogę, przy tym mrużąc oczy i w końcu skanując Resney wzrokiem.
- Byłaś cały czas przy mnie...? - delikatnie przekrzywiłam głowę, widocznie zainteresowana narzuconym na mnie tematem.
- Rewanż, za pomoc przed tym całym syfem - westchnęła cicho, odwracając wzrok w bok. Skupiła go na stojącym nie daleko śmietniku. - Uważam cię za przyjaciółkę i po prostu nie mogłam cię wtedy zostawić... Kiba i Rocket musieli zająć się klanem, który stracił przywódcę - dopowiedziała, z powrotem przywracając swoją głowę do poprzedniej pozycji.
Teraz, to mnie wryło w fotel. Zachowywałam się w stosunku do niej tak chamsko, podczas gdy ona zajmowała się mym bezwładnym ciałem i podtrzymywaniem życia przez kilkanaście miesięcy. Mi zrobiło się widocznie głupio. Zaczerwieniona, zeskoczyłam z powrotem na ziemię.
- Dziękuję... - szepnęłam i do tego skinęłam głową. - Nie wiedziałam, że zrobiłaś dla mnie tak wiele.. - nadmieniłam, przysłaniając swoją zarumienioną twarz, białą grzywką.

<Dialog, ale bardziej w moim stylu. Resney?>

wtorek, 19 września 2017

Od Vane CD Resney

Wyczekiwałam odpowiedzi. Mimo wszystko, przez dłuższy czas towarzyszyła mi cisza. Irytowało mnie to. W momencie zmrużyłam oczy i zrobiłam kilka kroków w stronę dziewczyny, która wzrok miała wlepiony w podłogę. Coś tu zdecydowanie nie grało...
- Wyrażam się niejasno? - zapytałam, chwytając ją za oba ramiona, na co jakby oparzona błyskawicznie się ożywiła i uniosła na mnie wzrok.
- Lepiej usiądź... - wyszeptała, odsuwając się o krok do tyłu.
Niepokój. Chyba tak można nazwać to, co aktualnie czułam. Nie miałam pojęcia czego mogę się w tej chwili spodziewać. Informacji. Tak, to było oczywiste, Ale jakiej?
- Słuchaj... Po tym wszystkim, twój organizm był w naprawdę złym stanie... - zaczęła z widocznym trudem, który dosłownie miała wymalowany na twarzy. - Przez co samoistnie zapadł w jakiś rodzaj śpiączki... Na prawie rok... - dostrzegłam, jak nerwowo obwiązuje sobie wokół palca kosmyk włosów. To chyba stres. - Podczas tego dużo się zmieniło... Egzekucji poddano Chu i Kib- - w tym momencie jakby ugryzła się w język i jak wryta wpatrywała się w podłogę.
- Dokończ - warknęłam stanowczo, chyba zupełnie sama siebie nie poznając.
Czy taka byłam? Chyba tak. Skoro coś takiego nasunęło mi się na język... Rok, to dosyć długi okres czasu. Rozumiem, że śpiączka, śpiączką, ale naprawdę nic nie dało się ze mną zrobić?
- W sensie... - zacisnęła kurczowo swą dłoń, na skrawku bluzy.
- Nie wciskaj mi kitu - wbiłam swoje paznokcie w ramię, które od dłuższego czasu przytrzymywałam ręką. - Chcę wiedzieć, co się działo - przysiadłam z powrotem na kanapę, przy okazji podnosząc z niej ciemny kapelusz.
Do kogo on należy? Czułam, jak w głowie mi coś świta, lecz za nic nie potrafiłam przypomnieć sobie imienia osoby, której głowę przyozdabiał. "Cholera..." -  warknęłam w myślach, po czym z powrotem uniosłam wzrok na wciąż stojącą dziewczynę. Nerwowo przygryzała wargę. To chyba nie koniec...
- Egzekucji poddano łącznie cztery osoby... Chu, Shadow, Kiba i Peter... - powiedziała w końcu, spojrzenie mając zwrócone w zupełnie inną stronę.
Dziwne uczucie. Oczy zaczęły mnie dziwnie piec, a w sercu poczułam coś na wzór bólu. Podsunęłam kolana tuż pod brodę. "Dlaczego jestem taka beznadziejna i dałam się postrzelić?" - wyszeptałam sama do siebie, bez mrugania przyglądając się podłodze. Zarówno nos jaki i usta schowałam za złączonymi rękoma, tym samym oczy, pozostawiając wlepione w ziemię. Dokładnie widziałam, jak podłoga zostaje pokryta kilkoma, malutkimi kropelkami.
- Daj mi telefon... - szepnęłam, wycierając jedną z dłoni mokre od płaczu policzki. Czekałam na reakcję kilka sekund. Lecz nie pojawiła się ona, nawet nie byłam pewna, czy wiadomość dotarła do Resney. Podniosłam się na równe nogi, spoglądając na nieruchomą postać piorunującym wzrokiem. - Gdzie jest mój telefon?! - dodałam zdecydowanie głośniej niż poprzednio.
W momencie wyciągnęła go ze swojej tylnej kieszeni spodni. Odblokowałam w połowie rozładowanego grata, po czym... Spojrzałam na tapetę z kolorowymi lamami, które... Były ujeżdżane przez pandy?
- Co to za chore... - nie dokończyłam, ze zmarszczonymi brwiami wpatrując się w przedmiot. - Z resztą... Zadzwoń po Rocket'a, a ja idę ogarnąć się do łazienki... - mruknęłam, wciskając dotychczas trzymany w ręce przedmiot, na głowę.
***
Siedząc spokojnie przy swym białym biureczku, z nogami równo ułożonymi na podłodze, przeglądałam wszystkie dostępne w mojej skromnej kolekcji, komplety soczewek. Począwszy od kolorów błękitu, przechodząc przez biel, aż kończąc na czerni. Dosłownie cała paletka kolorów. W końcu, musiałam czasami zakryć swój naturalny kolor oczu, gdy szłam np. na jakieś ważne... Mordy. No właśnie. A jeśli już o nich mówimy, tych dopuściłam się w minionym czasie, co najmniej kilku. Pokolenie ścigających znacznie wzrosło w siłę, co było niemal równoznaczne z tym, że stali się dla naszej społeczności głównym celem. Sama nie wiem. Skądś po prostu czułam czystą nienawiść do tych mutantów. Nawet widok tych kreatur w internecie potrafił mnie przysporzyć o wenę do zabijania...
Ostatecznie wybrałam różowo-niebieskie soczewki. Co prawda, nie należały one pod żadnym względem do odcieni tęczówek, które występują u normalnych ludzi, ale... Nic nie poradzę. Po prostu je lubię. link
Nie wiem co mnie skusiło, lecz po chwili dosłownie wyjebałam się na zimną podłogę. Mając w dupie otaczający mnie wszechświat, jedyne co w teraz mnie interesowało, to zabawianie się kapeluszem, z którym od dłuższego czasu dosłownie się nie rozstawałam. Po prostu podobał mi się on... Nie wiem dlaczego, ale czułam do niego jakiś dziwny sentyment.
- Vane, Resney przyszła - nagle z radyjka, które leżało na biurku, rozbrzmiał dobrze znany mi głos.
- Lubię podłogę... - prychnęłam zupełnie nie na temat, uśmiechając się delikatnie.
- A ja nie umiem robić rozgrzewającej herbatki. Jak będziesz chora, to najwyżej zdechniesz... - burknął w odpowiedzi, zakańczając połączenie. 
Dosłownie pokazałam środkowy palec ścianie. A idźcie wszyscy w...

<Resney?>

niedziela, 17 września 2017

Od Vane

Gdybym wiedziała wcześniej... Gdybym miała świadomość, że ten jeden dzień może odmienić całe moje życie... Za nic w świecie nie dałabym się wyciągnąć z domu. 
***
Uniosłam wzrok na mężczyznę, który szedł tuż obok mnie. Rozmyślał nad czymś. Wciąż zdawał się być wpatrzony w jeden, dla innych niewidoczny punkt. Trochę mnie to niepokoiło. Cisza jest czymś normalnym, lecz ta chwila miała zupełnie inny aromat niż te poprzednie.
- Coś się stało...? - zapytałam cicho, owijając swoje obie ręce wokół rękawa jego kurtki. Wtuliłam się w cieplutki materiał, wciąż wzrok pozostawiając wlepiony w jego twarz.
Odpowiedziała mi głucha cisza, a Gil jakby nigdy nic dalej wpatrywał się w dal. Zmrużyłam oczy, nieco napuszając policzki. W momencie go wyprzedziłam i stanęłam naprzeciw.
- Ignorujesz mnie? - skrzyżowałam ręce pod piersią, mocniej zaciskając zęby.
- Słodko wyglądasz, gdy chcesz kogoś zabić wzrokiem... - zaśmiał się cicho, a na jego ustach pojawił się szeroki uśmiech.
- Pff! - burknęłam pod nosem, zaczynając powoli iść tyłem. - Grabisz sobie... - przeskanowałam go od góry do dołu swoim widocznie zdenerwowanym - chyba w przenośni - spojrzeniem.
- A ty jesteś brudna od loda - wypalił, już zupełnie nie powstrzymując się od śmiechu.
Zatrzymałam się, po czym w momencie dorwałam do rąk telefon, który dotychczas przetrzymywałam w kieszeni. Dosłownie zamarłam, gdy moim oczom ukazały się kąciki ust, całe brudne z mrożonych słodkości. W pewnym sensie przypominałam Jokera...
- Nie mogłeś wcześniej?! - szybko przetarłam dłonią swoje usta. - Czy to dlatego, wszyscy ludzie się tak na mnie... - myśląc, że zaraz spalę się ze wstydu, błyskawicznie strzepałam na oczy białą grzywkę.
- Spookojnie... - odetchnął, obejmując mnie w pasie. - Bycie dosłownie słodkim, też nie jest złe... - wyszczerzył się szerzej.
Czułam jak moje policzki przybierają czerwonawą barwę. "Wstyd, zażenowanie..." - powiedziałam do siebie w myślach, nerwowo przygryzając opuszek wskazującego palca. Teraz to ja, jak zaczarowana przypatrywałam się jednemu punktowi. Czy nikt nie robił zdjęć? Cholera, chyba popadam w dziwną paranoję...
Wtedy na swej głowie wyczułam charakterystyczny przedmiot. Tak, to z pewnością był kapelusz. Z tego co mi wiadomo, dotychczas przyozdabiał jedynie głowę Gilberta. Uniosłam swoje pytające spojrzenie w górę, na nieco zmniejszony uśmiech mężczyzny.
- Niech cię chroni przed wszystkimi gapiami! - wygłosił dumnie swoją zadziwiająco długą przemowę, unosząc do góry dłoń, niczym jakiś natchniony filozof. - Przez kilka najbliższych godzin... Bo później wraca do mnie... - sprostował, spoglądając na mnie kątem oka.
- Nie ma opcji, już nigdy go nie odzyskasz! - zaśmiałam się, a przedmiot szybko wylądował w moich dłoniach.
Ta, bardzo śmieszny żarcik. Pewnie, już najprawdopodobniej nigdy do ciebie nie wróci...
Chwila nie uwagi. Chwila beztroski. 
Jeden nabój. Jeden cel.
Jedna chwila. 
Pociągnięcie za spust, krew. 
Dużo krwi.
Wszystko działo się w spowolnionym tempie. Czułam, jak moje powieki otwierają się o wiele szerzej niż zwykle. Gilbert, szykował się do spotkania z ziemią. Jego włosy zaczęły lśnić od bordowej cieczy. Upadł.
- Gil? - wydukałam, zupełnie nie rejestrując, co właśnie przed chwilą się stało.
Przez moment myślałam, że to żart. Zwykły, nie do końca zabawny dowcip. Lecz w końcu dotarło do mnie, że przed momentem ktoś pozbawił go życia. Rzuciłam się ze szklankami w oczach na chodnik, przy tym kalecząc swoje kolana.
- GILBERT! - wydarłam się, już nawet nie powstrzymując łez.
Uchwyciłam jego twarz w swoich dłoniach. Pozbawione życia powieki, brak pulsu, żadnego znaku życia. Nie było go już na tym świecie. Nie oszczędzałam słonej cieczy.
Jak mogłam do tego dopuścić?
Dlaczego akurat teraz?
Gdzie mój dalszy sens życia?
Zadawałam sobie te pytania, chociaż na myśl nasuwało mi się wiele innych. Był moim wsparciem, powodem dla którego wstawałam rano z łóżka. Ratunkiem, gdy wszystko się waliło. Ciepłą poduszką na zimne dni i osobą, przy której mogłam się wypłakać. Już go nie ma. Właśnie przed chwilą zniknął.
Uchwyciłam jego nadgarstki. Również nie wyczuwam pulsu.
Wróć...
Nic nie trwa wiecznie. Podobno. Nawet ten moment został mi odebrany. Przeszywający moją głowę ból, który po chwili rozniósł się po całym ciele. Wyraźnie, niewyraźny widok. Ciemność.
***
Ciemność... Cholera, naprawdę nie wiem, czy jest ona dla mnie czymś uspakajającym, czy dodatkową irytacją. 
Pustka, która mnie otacza. Jest naprawdę przerażająca. Nie czuję nic. Bólu, ani szczęścia. Gdzie jest coś, cokolwiek? 
Kim ja w ogóle jestem?
Otworzyłam oczy. Pokój. Jestem w czyimś domu? Chwila. Co się stało? Gdzie jestem... Kurwa mać, za dużo pytań, a żadnej odpowiedzi... Poderwałam się gwałtownie do pionu - błąd. W momencie przerażający ból przeszył całą moją czaszkę. Piłam? Czy to był zwykły kac? Nie wiem. Co wiem? Nic. Z mojej głowy spadł jakiś czarny kapelusz. Należy do mnie? Moment. Czy cokolwiek z otaczających mnie rzeczy, jest moją własnością?
Ta bitwa... Dobrze ją pamiętam... Zaraz. Dostałam kulkę, rzeczywiście.
Kiba. No własnie... Gdzie on teraz jest? Przecież poszedł się pieprzyć... No tak.
Rocket. Hah, po tym szopie mogłabym spodziewać się wszystkiego.
Chwila, a Resney? Tak, dobrze pamiętam. Też tam była...  Co z nią?
Ale... Czekaj. Było coś jeszcze... No właśnie - co? Czuję, jakby z mojej głowy zostało coś... Usunięte? Wyrwane? Hyh, chyba tak to określę. Rozejrzałam się po pokoju. Znajome miejsce...
- Dom Resney? - powiedziałam do siebie, powoli podnosząc się z kanapy.
Zignorowałam ból.  Przyćmiły go te wszystkie pytania. Co się stało...?

Nwm czy ktoś ma zamiar na to odpisywać. Najwyżej będzie CD
Ktoś, coś?

sobota, 9 września 2017

Od Vane CD Gilbert

W tym akurat sklepie łóżek było co niemiara. Dosłownie w każdych kolorach i różnych rozmiarach. O stopniach wygody nie wspominając. Jak można było się spodziewać, każde z nich miały swoje zalety i wady. Szukałam tego idealnego, mięciutkiego łóżeczka, na które z przyjemnością będę kłaść się wieczorem.
- Może łóżko wodne...? - mruknęłam sama do siebie pod nosem, przyglądając się wystawie poświęconej właśnie takiemu typowi posłania. Mój wzrok dokładnie skanował tabliczkę przy niej umieszczoną. - Chociaż... Jak pęknie, to może być problem... - dodałam, podtrzymując swój podbródek dłonią.
Nie miałam zamiaru przesiedzieć całego dnia na wyborze odpowiedniego łóżka, lecz... Jak dla mnie to nie jest rzecz, którą wybiera się z rozmachem. Dostrzegałam wyraźne zniecierpliwienie dosłownie emanujące od Gilberta. Starałam się zrobić to szybko, okay? Po prostu nie umiem wydawać pieniędzy na coś, co później jedynie będzie przyprawiać mnie o nerwy.
Kilkanaście minut później byłam już prawie gotowa do uroczystego ogłoszenia, że to jest właśnie ono. Jedno z droższych, ale wygodniejszych łóżek, które spełniało dosłownie każdy mój wcześniej ustalony wymóg.
- Bierzemy je! - klasnęłam w dłonie, uśmiechając się szeroko.
Przysiadłam na mięciutkim, białym materacu. Pomacałam go jeszcze dla pewności dłonią, po czym uniosłam wzrok na stojącego nade mną mężczyznę. Westchnął cicho, zrezygnowany kręcąc głową.
- Już myślałem, że będziemy tu nocować... - prychnął, delikatnie unosząc kąciki swoich ust.
- Myślę, że... - szepnęłam, szybko podnosząc się na równe nogi. Owinęłam swoje obie ręce wokół jego szyi, przy tym odrobinę dodając sobie wzrostu, poprzez stanie na palcach. Zatrzymałam się zaledwie kilka centymetrów od twarzy mężczyzny. - Trzeba będzie sprawdzić to łóżko... - dodałam, delikatnie przygryzając dolną wargę.
Gilbert jedynie rozglądnął się, żeby po chwili jednym ruchem powalić mnie na łóżko. No tak... Nikogo o tej godzinie już nie interesuje wybieranie łóżek... Wpatrywałam mu się w oczy z wymownym uśmieszkiem.
- Jeszcze trzeba kupić jakieś wino... - podkreśliłam, wplątując swoje palce w jego włosy. - Stary zboczuchu... - dorzuciłam, mrużąc nieco oczy.
- Za tą męczarnię, którą musiałem z tobą dzisiaj przeżyć... - mruknął cicho, również zaczynając się bawić moimi srebrzystymi włosami.
- Ja tam nie potrzebuję snu w nocy - prychnęłam. - Wymęczę cię... - uzupełniłam, minę pedofila mając wymalowaną na całej twarzy.
- Pff... Uwierz, że na tą porę jestem pełen energii - parsknął cichym śmiechem, po czym na kilka sekund wpił się w moje usta.
***Magjiczny tep w czasie...***
Tak, w końcu musiał nadejść ten moment przygotowywań do ślubu. Wszystko jak zwykle miałam perfekcyjnie opanowane. W różowym segregatorze trzymałam najpotrzebniejsze faktury, reklamy różnych usług oraz podpisane wcześniej umowy. Jeszcze nie zdążyłam wszystkiego dokładnie przedstawić Gilbertowi. W końcu to miał być NASZ dzień, co idzie z tym, że wszystko powinniśmy wybrać razem. Salę mieliśmy wstępnie zarezerwowaną w jednym z lokali, który dosłownie sąsiadował z kościołem, w którym miał odbyć się ślub. Dekoracją obu tych budynków miała zająć się obsługa, dzięki czemu miałam chociaż jedną rzecz z głowy. 
Aktualnie w towarzystwie wszystkich domowników, jechaliśmy autem prosto do butiku z odzieżą weselną. Cała podróż odbyła się w grobowej ciszy, której towarzyszyła muzyka z radia. Podczas gdy Gil prowadził, Rocket wpatrywał się w okno, a Yuri spał, ja ponownie przeglądałam swój notatnik trzymany od jakiegoś czasu w torebce. W końcu - nie miałam zamiaru targać ze sobą całego segregatora. Najważniejsze rzeczy zapisywałam właśnie w nim. Zorganizowanie wesela nie jest takie łatwe, jak wcześniej myślałam... 
- Jesteśmy - z rozmyśleń wyrwał mnie głos ciemnowłosego, który zaraz po wypowiedzeniu słowa wydostał się z samochodu. 
Zrobiłam to samo, żeby w następnej kolejności wyciągnąć z fotelika synka. Ułożyłam go w wózku, który uprzednio został rozłożony przez mężczyznę. Na całe szczęście, Yuri nadal spał.
- Ogólnie rzecz biorąc, to powinieneś jeździć w foteliku - wypaliłam nagle w stronę szopa, który stał ze skrzyżowanymi łapami obok.
- Co ty tam mruczysz pod nosem dziecko? - prychnął, unosząc na mnie swoje zabójcze spojrzenie.
- Jesteś niski - dodałam, odblokowując koła wózka. - Załatwię ci jakąś podkładkę... - zaśmiałam się cicho, ruszając z miejsca w stronę wejścia. 
Uchyliło się ono automatycznie, dzięki czemu mogłam bez problemu wjechać z wózkiem do środka. Na wstępie przywitała nas dosyć obszerna wystawa sukni i garniturów. Nie mogłam się napatrzeć na to wszystko... Przecudowny widok!
- Bierzecie Yuriego? - mój wzrok wędrował pomiędzy szopem, a o wiele wyższym od niego mężczyzną. 
- Taskanie ze sobą dwójki dzieci? Wykluczone! - prychnął Rocket, poprawiając swój sprzęt na nadgarstku. - Jeden, duży dzieciak mi wystarczy... - kątem oka rzucił Gilbertowi złośliwe spojrzenie. 
- Nie zapominaj, że miejsce takich zwierzaków jak ty jest w lesie... - mruknął w odpowiedzi żółtooki.
- Dziewczynki, przestańcie się kłócić! - wtrąciłam nieco zirytowana zachowaniem dwójki. - Rocket, pobawisz się w najlepszą przyjaciółeczkę Gilberta... - dodałam, a na moje usta wkradł się delikatny uśmiech. 
Nie czekając na reakcję, zniknęłam za wieszakami i półkami... Zaczyna się kolejna zabawa, trwająca kilka godzin...
***
Jednej kobiecie z obsługi chyba aż za bardzo spodobało się dopieranie do mnie odpowiedniej sukni. Obrzucała mnie różnymi rodzajami tego ubrania, chyba zupełnie zapominając, że jestem jej klientem. Jej zachowanie bardziej przypominało... Przyjacielską pomoc? Tak, chyba właśnie tego słowa szukałam. Zabawne. W końcu, nie posiadam żadnej "najlepszej przyjaciółki", która mogłaby mi pomóc w wyborze odpowiedniego stroju... W końcu, chyba nie zawsze to zadanie będzie zwalane na obcych ludzi...
- Obie leżą na pani idealnie! - stwierdziła, przyglądając się obu sukniom, które przed chwilą przymierzałam. 
"No zrób ten pierwszy krok..." - warknęłam w myślach, zaciskając zęby. Nie mogę na zawsze pozostać kobietą, która zależna jest jedynie od płci przeciwnej. Pora znaleźć kogoś, z kim porozmawiam bez zahamowań na babskie tematy...
- Proszę mi mówić po imieniu... - powiedziałam cicho, nieco speszona wyciągając dłoń w stronę kobiety - Jestem Vane - dodałam, nerwowo przebierając palcami drugiej dłoni.
Na szczęście jej reakcja była pozytywna. Uścisnęła moją rękę z szerokim uśmiechem na ustach.
- Miło mi cię poznać, nazywam się Sara - przedstawiła się krótko. - A wracając... Jakieś dodatki? Welon, czy może...
- Rękawiczki - wtrąciłam niemalże od razu. 
- Niech będą nawet rękawiczki, ale welon to podstawa! - zaśmiała się, wykonując kolejne kilka kroków w stronę dalszych półek. - Ten pasuje do tamtej z kołnierzykiem - wyciągnęła z samej góry szare pudełko, w którym znajdował się materiał. 
Spojrzałam przelotnie na chłopczyka, który aktualnie grzecznie siedział w swoim wózeczku, wpatrując się w nasze osoby. Posłałam mu delikatny uśmiech, po czym podeszłam do dziewczyny. 
- Yhm... - przytaknęłam głową, skanując wzrokiem przedmiot. 
- A tutaj po drugiej stronie, mamy całą galerię rękawiczek! Te bez palców, tylko na dłonie... I wiele innych! - zrobiła obrót o 180 stopni. 
Zdjęłam z nadgarstków materiał, dotychczas przeznaczony do przykrywania kilku, wciąż widocznych blizn. "Za nic tego nie przysłonię..." - warknęłam do siebie w myślach, przed oczami mając obrazek samej siebie tworzącej owe rany. W mgnieniu oka wsunęłam jeden z kompletów. 
- Chyba powinien pasować - stwierdziłam, spoglądając na suknię wiszącą na wieszaku kilka metrów dalej.
- Na pewno tak będzie! - potwierdziła skinięciem głową. - Jeszcze tylko wezmę twoje miary - wyciągnęła z małej nerki centymetr. 
- A dla dzieci też coś macie? - zapytałam nagle, unosząc delikatnie koszulkę do góry, żeby mogła owinąć pasek wokół mojego brzucha. 
- Oczywiście! Zaraz się tam wybierzemy - odpowiedziała z wymalowanym uśmiechem.
***
Po prostu nie mogłam oderwać wzroku od garniturków dla dzieci. Wszystkie były równie słodkie, a po wyobrażeniu sobie Yuiego w nich, musiałam powstrzymywać się od wydania z siebie radosnych pisków. Co prawda ubranko dla synka wybrałam o wiele szybciej niż dla siebie. Jeden z małych strojów po prostu był stworzony dla niego! Z uśmiechem na ustach zmierzałam w stronę, gdzie powinna się znajdować reszta towarzystwa. Na szczęście udało mi się szybko odnaleźć dwójkę, która w idealnie wyprasowanych garniturach stała przed lustrem. Myślałam, że zemdleję. Dlaczego wyglądają tak przeuroczo!?
- Po prostu zrobię zdjęcie i oprawię w ramkę! - krzyknęłam podekscytowana, stając za nimi.

<Gil? xD >

niedziela, 3 września 2017

Od Vane CD Gilbert

Nie potrafiłam wydusić z siebie najmniejszego słówka. Przyglądałam się mężczyźnie, który klęczał przede mną od kilku sekund. Podniosłam się z krzesła, mimowolnie przykładając swoją rękę do serca. Przymknęłam oczy, po czym uśmiechnęłam się pod nosem. Wzrok co najmniej połowy gości jak i obsługi zostały skierowane w naszą stronę.
- Gilbert... Ja też nie wyobrażam sobie bez ciebie dalszego życia... - wyszeptałam, z powrotem uchyliłam powieki. Zanurzyłam się w jego spojrzeniu, podczas gdy z moich oczu zaczęły wyciekać pierwsze łzy. - Chcę z tobą zostać na zawsze... - upuściłam mimowolnie ręce. - Więc, tak!
Również się uśmiechnął, po czym wyciągnął w moją stronę rękę.  Ułożyłam swoją dłoń na jego dłoni. Mężczyzna w momencie wsunął na mój palec pierścionek zrobiony z dwóch rodzajów złota. Gdy tylko podniósł się na równe nogi, rzuciłam mu się na szyję z szerokim uśmiechem na twarzy. Otaczający nas ludzie zaczęli bić brawo.
- Uważaj, bo mi marynarkę ubrudzisz - wyszeptał i zaśmiał się pod nosem.
- Czy ty uważasz, że mam więcej tapety niż twarzy? - uniosłam wzrok do góry, nieco mrużąc oczy.
- Ależ skądże... - uchwycił od dołu mój podbródek. - Jedynie się z tobą droczę - powiedział, po czym złączył nasze usta w pocałunku.
Zaśmiałam się cicho, chwytając jego rękę. Spojrzałam kątem oka na ludzi, którzy wciąż bili brawo. Nieco zawstydzona przysiadłam z powrotem na swoim krześle, zasłaniając swoje oczy jasną grzywką. Widocznie spięta zaczęłam nerwowo bawić się otrzymanym przez niego pierścionkiem,
- Naprawdę, bardzo ładny... - powiedziałam, obracając go kilka razy na swoim palcu.
- Nie stresuj się tak - uśmiechnął się łagodnie, wciąż stojąc nade mną. - Patrz tylko na mnie i udawaj, że ich nie ma - dodał, poprawiając włosy opadające na moją twarz. - Dobrze? - ponownie uniósł mój podbródek do góry.
- Postaram się... - spojrzałam do góry z lekkim rumieńcem na twarzy.
- Chyba powinienem częściej zabierać cię do tego typu miejsc, bo twoja zaczerwieniona twarz jest naprawdę... Ups... Chyba powiedziałem to na głos - zaśmiał się, zasiadając po drugiej stronie stolika.
- Nie prowokuj mnie - prychnęłam cicho, strzepując dopiero co poprawioną grzywkę. - Właśnie przed chwilą skazałam się na ciebie - wciąż siedząc wyprostowana, spoglądnęłam na mężczyznę złośliwym wzrokiem.
- Mam się do ciebie zwracać Vane Nightray już teraz, czy może wolisz... - nie dokończył, zapewne wyczuwając wyraźny ból w okolicach kostki. Nawet siedząc przy stole mogę jakoś zmotywować go do zamknięcia się... "Chyba jednak siedzenie w restauracji nie jest takie złe" - stwierdziłam w myślach, delikatnie się uśmiechając.
- Co zamawiasz? - zmieniłam w momencie temat, szczerząc się.
***
Po skończonym jedzeniu kelnerzy odebrali nam puste talerze i wystawili rachunek. Gilbert chyba już wcześniej przygotowany wyciągnął z portfela pieniądze i wsadził je do specjalnie przyszykowanej sakiewki. Gdy tylko podniosłam się z krzesła, ten w momencie znalazł się przy mnie i wziął mnie sobie pod rękę. Nieco zdziwiona spojrzałam na niego, na co on odpowiedział delikatnym uśmiechem. W następnej kolejności podał mi płaszcz i pomógł go założyć. 
- Jesteś za miły - mruknęłam pod nosem, poprawiając guziki przy rękawach kurtki.
- Przez resztę dnia jestem twój... - odpowiedział, wcześniej przybliżając swoją głowę do mojego ucha. - Więc, gdzie sobie życzysz? - dopowiedział, otwierając przede mną drzwi od samochodu, który czekał zaledwie kilka metrów od wejścia restauracji. 
Można powiedzieć, że czekałam tylko na to pytanie. Ostatnio udało mi się znaleźć naprawdę ładne miejsce, w które zapragnęłam zabrać się razem z Gilbertem. Przysiadłam na fotelu drugiego pasażera.
- Ustawię ci nawigację - powiedziałam tajemniczo się uśmiechając.
- Niech będzie - zasiadł na kierownicą, po czym przekręcił nieduży kluczyk w stacyjce. 
Dorwałam się do wbudowanego sprzętu, żeby w momencie wpisać adres ulicy przy której znajdowało się to miejsce. Oczywiście uwzględniłam fakt, że musimy gdzieś zostawić auto. Na całe szczęście z tego co zapamiętałam znajduje się tam przejazd. Uśmiechnęłam się, gdy tylko kobiecy głos wskazał drogę którą trzeba jechać.
***
Gdy tylko silnik samochodu przestał działać, w momencie wyparowałam z pojazdu. Po kilku sekundach znalazłam się przy krańcu klifu na którym akurat się znajdowaliśmy. Z tego miejsca rozprzestrzeniał się naprawdę cudowny widok... Gwiazdy, które zwisały tuż nad rozciągającą się panoramą miasta nocą. Kolorowe światełka były naprawdę piękne z tej perspektywy. Westchnęłam cicho, zupełnie zanurzając się w tym widoku... Wpatrywanie się w niego godzinami, chyba nie sprawiłoby mi większego problemu.
- Podoba ci się tu? - szepnęłam, wyczuwając owijające się wokół moich bioder ręce. 
Odsunęłam się nieco do tyłu, aby zanurzyć się w jego płaszczu. Było mi zimno, a on znowu wykazał się swoimi umiejętnościami grzewczymi. 
- To miejsce jest naprawdę niesamowite... - stwierdził, zgodnie przytakując głową.
- Ale... - zaczęłam, nieco spuszczając wzrok w dół. - Chciałam cię tu zabrać, bo... - wydukałam, w momencie zwracając głowę w jego stronę.
- Nie bój się...  Mów... - przeczesał swoimi palcami moje włosy, które w tym momencie dosłownie błyszczały w świetle księżyca. 
Spuściłam nieco wzrok, wzdychając cicho. Westchnęłam. "Prosto i bez przeciągania, nie bój się powiedzieć, że tego chcesz..." - powiedziałam do siebie, po czym w momencie spojrzałam mu prosto w oczy. Uchwyciłam kołnierzyk jego płaszcza w swoim uścisku. Jednym, stanowczym szarpnięciem przyciągnęłam twarz mężczyzny bliżej swojej.
- To, tu i teraz - powiedziałam z wyraźnym błyskiem w oku.
- Z dnia na dzień coraz bardziej mnie zaskakujesz... - westchnął, uśmiechając się szeroko. - Czego tylko sobie życzysz... - w momencie przyciągnął mnie do siebie.
Wpiłam się w jego usta, wciąż trzymając kołnierzyk należącej do niego kurtki. Zrobiliśmy kilka współgrających kroków w stronę samochodu, na którego maskę zostałam w ułamku sekundy zepchnięta. Przeskanował moją postać, śmiejąc się cicho pod nosem. Stojąc nade mną, w końcu po momencie z powrotem zbliżył się do mojej twarzy. 
- Nimfomanka... - szepnął, zabierając się za zsunięcie ze mnie białej sukienki.
- Stary pedofil - odburknęłam, czując przyśpieszający rytm serca
***Ej, chyba mogę coś zachować dla siebie? ( ͡° ͜ʖ ͡°)***
Obudziłam się... W łóżku? Cholera, czy to co wydarzyło się wczoraj było snem? Nagle poderwałam się do pionu, skanując wzrokiem pomieszczenie. Byłam tu sama... Wygramoliłam się spod kołdry, poprawiając przy tym swoją koszulę nocną. "Zimno..." - mruknęłam niezadowolona, a na moją twarz wpłynął wyraźny grymas. Dorwałam się do swojej półki, z której dorwałam dobrze znaną bluzę. Kiedyś udało mi się ją zwędzić Gilowi... Zanurzyłam się w niej w momencie, podwijając przy tym rękawki. Wyciągnęłam z jej środka swoje długie włosy, żeby w następnej kolejności założyć kaptur. 
- Czyli to nie był sen... - westchnęłam, spoglądając na pierścionek widniejący na mym palcu.
Wybyłam za drzwi. W krótkim czasie udało mi się podejść pod schody. Starałam się zejść na dół tak cicho, jak tylko mnie było w tej chwili na to stać.
- Śpiąca królewna się obudziła! - dotarł do mnie głos z dołu.
Westchnęłam cicho, przyśpieszając kroku. Na dole nie zabrakło nikogo. Yuri siedział grzecznie w swoim bujaczku, Rocket majstrował coś w swoich rzeczach, a Gilbert aktualnie siedział przy stole wpatrując się we mnie. 
- Wczoraj... - zaczęłam, podchodząc do stołu. - Czy wczoraj było wczoraj? - zmrużyłam oczy, spoglądając na ciemnowłosego.

<Gil? C; >


sobota, 2 września 2017

Od Vane CD Gilbert

- Mówiłeś, że bolą cię plecy - uśmiechnęłam się pod nosem, wciąż opuszkami palców delikatnie gładząc jego skórę na plecach.
- Po tym jak od ciebie oberwałem, bolą mnie jeszcze bardziej - burknął pod nosem, podpierając swoją głowę o złożone ręce. - Chyba nie potrzebuję twojej pomocy - dodał, prychając cicho.
- Noo przepraszam... - położyłam się na jego plecach.
Moja głowa była ulokowana na barkach mężczyzny, natomiast ręce wcisnęłam pod jego klatkę piersiową. Wtulając się bardziej, jedynie przymknęłam oczy. Był taki ciepły... Dzięki temu moje ciało mogło się chociaż trochę ogrzać. Nie wiem dlaczego, lecz cały czas znikąd czuję dziwny chłód...
- Nie zrobię ci krzywdy - uniosłam delikatnie kąciki swoich ust, owijając sobie wokół palca jeden z jego kosmyków włosów. - Obiecuję! - w momencie się poderwałam do równego pionu.
- Ugh... Czuję, że ostro tego pożałuję... - mruknął, przymykając oczy.
Podekscytowana klasnęłam w dłonie. Szczerze, to sama nie miałam pojęcia od czego zacząć, lecz w końcu po krótkim przefiltrowaniu wszystkich myśli wzięłam się do pracy. Z początku jedynie robiłam nieduże okręgi obiema dłońmi na całej powierzchni jego grzbietu, żeby ostatecznie zabrać się za kark i barki mężczyzny. Nie zaprzestając swoich działań, zaśmiałam się pod nosem.
- Dobrze ci? - zapytałam z wyraźnie falistą kreską na ustach.
- Czy to jest podchwytliwe pytanie? - zachichotał, kątem oka wpatrując się we mnie.
- Nawet o tym nie myśl - prychnęłam, osuwając się na przestrzeń łóżka, tuż obok Gilberta.
Skrzyżowałam ręce, wlepiając swój wzrok w sufit. Mężczyzna wciąż nie powstrzymują się od śmiechu, jedynie wyciągnął w moją stronę dłoń. W krótkim czasie jego ręka znalazła się na mojej głowie.
- Co ty robisz... - burknęłam pod nosem, zezując na palcach, które wplatały się w moją srebrną grzywkę.
- Wiesz... Gdy pupilek jest grzeczny, zazwyczaj w nagrodę głaszcze się go po łbie - wyszczerzył się, nadal nie dusząc w sobie wyraźnego śmiechu.
W momencie przewróciłam się na bok, marszcząc nos. Zmrużyłam oczy z widocznym grymasem na twarzy.
- Mam dużą ochotę... - zatrzymałam się w momencie, patrząc, jak chce zrobić na swojej twarzy typowego lenny face'a. - Czyli jednak... Jesteś po prostu chory psychicznie... - westchnęłam.
- No wiesz... - podłożył rękę pod mój podbródek. - Od kogoś się uczę... - wydukał, już prawie się krztusząc własną śliną.
- Lubisz mnie denerwować? - zmarszczyłam brwi, przy tym mrużąc oczy.
- Gdy się denerwujesz, czuję jeszcze większą ochotę, aby tobie dokuczać - pstryknął mnie w nos.
- Tak bardzo chcesz oberwać...? - warknęłam, powoli unosząc dłoń.
Ten, w momencie zanurzył swoje usta w moich. Nie wiem ile tak trwaliśmy. Moje serce jak zwykle w takich momentach zaczęło szybciej bić, Oddech mimowolnie przyśpieszył, a policzki spowił wyraźny rumieniec. Uchwycił mnie w pasie... Po kilku minutach oderwaliśmy się od siebie, nabierając tchu.
- Upiekło ci się...
***
Gilbert wciąż spał na górze, podczas gdy ja szykowałam syna do wyjścia. Mój "plan" miał szansę wypalić dopiero w momencie, gdy tej dwójki nie będzie w domu. Do dosyć dużej torby wpakowałam odmierzone porcje mleka w proszku, jakieś ubrania, pieluszki, chusteczki, krem, śliniaki i inne tego typu rzeczy. Co prawda ledwo to wszystko upchnęłam, ale ostatecznie jakoś zapięłam zamek. 
- Czy mam ci wszystko jeszcze raz wytłumaczyć? - przykucnęłam przy szopie, który za moment miał wsiąść do samochodu. 
- Spokojnie mamuśka, Ryszard będzie ze mną bezpieczny! - zaśmiał się, ustawiając swój sprzęt trzymany na nadgarstku. 
- Wiesz jak co, gdzie masz... 
- Uspokój się, bo sam zaraz zacznę się o siebie martwić - prychnął, wsiadając do żółtego samochodu. - Jak coś się stanie, nie będę dzwonić! - w momencie zamknął drzwi, najwidoczniej nie mając zamiaru czekać na moją odpowiedź. 
Wymruczałam kilka przekleństw w jego kierunku, mając bardzo dużą ochotę uderzyć. Jeżeli coś się stanie Yuriemu, bez czekania dorwę jakąś golarkę i całkowicie pozbawię go sierści. Podczas gdy on szukał kluczyków, podeszłam do szyby za którą w foteliku leżał niemowlak. Zapukałam kilka razy, po czym pomachałam mu z uśmiechem. Wpatrywał się we mnie z czymś na wzór wyrzutów sumienia. "Tylko ten jeden raz..." - westchnęłam, patrząc jak samochód wjeżdża na ulicę.
Weszłam z powrotem do domu. Głucha cisza... To i lepiej. Przynajmniej miałam pewność, że Gilbert wciąż śpi. Wparowałam do łazienki, w której już czekało wcześniej przygotowane przeze mnie pudełko. Otworzyłam je, po czym wyciągnęłam ze środka cały komplet widocznie fikuśnego ubranka. Nie wiedziałam, czy mu się spodoba... Wybierałam sama, a jako że dzisiaj są walentynki chciałam mu zrobić jakąś "niespodziankę". W końcu nie zbyt często będzie nam się nadarzać okazja na zostanie tylko we dwójkę w domu. Ściągnęłam z siebie pidżamę, którą aktualnie miałam na sobie, po czym wcisnęłam się w koronkowy materiał. Swym wyglądem miał chyba przypominać strój pokojówki... Takie tam. Było na przecenie. Powoli wychyliłam się zza drzwi, mając na sobie prześwitujący szlafrok. Był w zestawie. Zbliżyłam się do schodów, żeby po chwili stanąć przy drzwiach od naszej sypialni. 
- No i co mam powiedzieć... - mruknęłam pod nosem, już mając chwytać za klamkę.
Moja dłoń zadrżała, a wzrok pozostał w nią wlepiony. "Co mam powiedzieć" - powtórzyłam w myślach. Nagłe przechylenie się drzwi totalnie wywróciło mój tok myślenia. Odskoczyłam kilka metrów dalej, dobijając plecami do przeciwległej ściany do tej, na której znajdowały się drzwi. Nie potrafiłam wydusić z siebie żadnego słowa.

<Gil? ( ͡° ͜ʖ ͡°) >

czwartek, 31 sierpnia 2017

Od Vane CD Gilbert

Smaczny sen... Boże, jak ja kocham tą otaczającą mnie ciemność. Moje ciało się regeneruje, a ja spokojnie mogę oddać się czarnej otchłani. Co prawda w moim przypadku graniczy to z cudem, lecz ostatnio jakoś daję radę przytrzymać się przy śnie...
Tak, daję radę. Dopóki nie wytrąca mnie z tego wszystkiego delikatne łaskotanie na policzku. Przetarłam oczy ręką, po czym powoli podniosłam się do równego pionu. Uniosłam swoje pytające spojrzenie na mężczyznę, który jedynie cicho zachichotał. Skrzywiłam się, nie rozumiejąc za bardzo o co mu chodzi.
- Vane, czy pamiętasz, że... - zaczął, lecz w momencie jego wypowiedź została przerwana przez moją nagłą reakcję. Oberwał poduszką prosto w swoją dotychczas rozbawioną twarz. Korzystając z okazji w momencie rzuciłam się na podłogę, skąd droga do ubrań była bardzo prosta. Wbiłam się w koszulę Gilberta, która była najbliżej mnie. Z wrednym uśmieszkiem wychyliłam się zza łóżka.
- Zbereźnik! - fuknęłam, wciąż mając banana na twarzy.
- Czy muszę przypominać kto wczoraj zaczął...? - wyszczerzył się, przybierając na swoją twarz minę pedofila. - Poza tym, chyba nie masz się czego wstydzić, gdy jesteśmy sami - dodał, cicho się śmiejąc.
- Gdyby nie fakt, że nie mieszkamy tu sami... Ta kwestia byłaby przeze mnie przemyślana... - prychnęłam, wspinając się z powrotem na łóżko.
Przysiadłam na kolanach, tuż naprzeciw wpatrującego się we mnie mężczyzny.
- Dlaczego mnie budzisz? - przechyliłam pytająco głowę. - Miejmy nadzieję, że posiadasz jakiś dobry powód, bo w przeciwnym razie... Nie ręczę za siebie - przybrałam wyraźnie poważniejszy ton. Wstawanie z łóżka... Jedna z najgorszych kar z samego rana.
- Przygotowałem dla ciebie śniadanie - uśmiechnął się, delikatnie unosząc mój podbródek do góry. Spojrzał mi prosto w oczy. - Chyba, że masz ochotę na co innego... - mruknął, szczerząc się pod nosem.
- Jeżeli sobie zasłużysz - prychnęłam, przysuwając swoją głowę jeszcze bliżej. - Albo przekonasz mnie w odpowiedni sposób - uzupełniłam, po czym jak na zawołanie wzięłam się za przygotowany posiłek.
Nie ukrywam, że bardzo mi on smakował. Gofry idealnie komponowały się z tymi kwaśnymi, jak i słodkimi owocami. Do tego wszystkiego herbata z mlekiem, wprost idealnie.
- Powiedz A - uśmiechnęłam się delikatnie, na widelczyku mając niedużą truskawkę.
- Huh? - skrzywił się delikatnie.
- Powiedz A - powtórzyłam, przybliżając czerwony owoc do jego ust.
Przyglądał mi się dziwnie. Ostatecznie jednak rozchylił delikatnie swoje wargi, a ja wsunęłam truskawkę prosto do  jego buzi. Z uśmiechem na ustach, drugą ręką pogłaskałam go po głowie.
- Grzeczny Gilbercik - zaśmiałam się pod nosem.
Ten ewidentnie chciał już coś powiedzieć, lecz w momencie w jego ustach wylądował kolejny owoc. Co chwilę z moich ust wydobywał się śmiech.
- Jaki piesek... - dodałam pod nosem, tym razem sama konsumując banana. - Chyba lubisz otrzymywać nagrody? - zapytałam, szczerząc się.
- A kto nie lubi? - prychnął, kończąc jeść ostatniego gofra.
Gdy przełknął ostatni kęs, delikatnie nachyliłam się w jego stronę. Z uśmiechem pocałowałam go w usta, po czym wzięłam do rąk tacę.
- Było naprawdę pyszne! - oceniłam, podnosząc się z łóżka.
***
Po południu wybraliśmy się wraz z Yurim na zakupy. Na celowniku tym razem był sklep zoologiczny. Akurat tak się złożyło, że kilkadziesiąt kilometrów od domu znajduje się dosyć obszerny "supermarket dla zwierząt". Chyba należał on do tych górujących na listach Rekordów Guinessa, jeśli chodzi o sklepy zoologiczne. Podobno można w nim kupić praktycznie wszystko. 
Gdy byliśmy już na miejscu, zajęłam się synkiem, podczas gdy Gilbert rozpoczął poszukiwania koszyka na zakupy. W kilka minut udało się jakoś wszystko ogarnąć i wejść przez ruchome drzwi. Na samym wstępie przywitała nas masa kolorowych reklam produktów takich jak jedzenie dla psów, czy płyny do usuwania pcheł. Wysokie na trzy metry półki oddalone były od siebie o jakieś kolejne dziesięć. Nie mam pojęcia ile metrów kwadratowych ma ten sklep, ale z pewnością swą wielkością dorównywał obszernemu parkingowi dla aut.
- Więc zacznijmy od podstaw - stwierdziłam, spoglądając na półki z jedzeniem. 
Wtedy w mojej głowie odbyło się mnóstwo obliczeń. Chciałam kupić jak najlepszą karmę przeznaczoną dla młodych psów w dobrej cenie. 
- Chyba za duży wybór... - mruknął Gilbert, skanując wzrokiem opakowania.
- Myślę, że... - uniosłam rękę do góry, żeby po chwili wskazać nią odpowiedni produkt. - Tą! - stwierdziłam, odstając trochę od wózka. 
Yuri również śledził wzrokiem otaczające go rzeczy. No tak, w końcu jesteśmy w nowym miejscu... Całe szczęście, że nie zaczął płakać. Wtedy z zakupów wyszłyby nici.
- I kto to będzie targał do samochodu!? - mężczyzna zrobił "obrażoną" minę, wpatrując się w dosyć duży przedmiot. - Stary jestem! Moje plecy w każdym momencie mogą odmówić posłuszeństwa - prychnął, krzyżując ręce.
- Wierzę w ciebie, KOTKU - wyszczerzyłam się szeroko.

<Gil? Heheh c: >

środa, 30 sierpnia 2017

Od Vane CD Gilbert

Znowu zrobiłam się cała czerwona, przy tym mimowolnie wywołując na swojej twarzy delikatny uśmiech.
- Ja ciebie też... - wyszeptałam, wtulając się jeszcze bardziej w jego t-shirt.
Yuri jak zaczarowany wpatrywał się w dwójkę zwierząt, które cały czas podejrzliwie się obwąchiwały. Miałam nadzieję. że nie wyniknie pomiędzy nimi typowy konflikt pomiędzy psem, a kotem. W końcu będą się wychowywać razem, więc powinny się do siebie przyzwyczaić.
- Jakieś pomysły na imiona? - zapytałam w końcu, śledząc wzrokiem towarzyszące mi stworzenia rozumne.
- Kot Andrzej i pies Adam - Rocket wyrwał się niemalże od razu, po czym w momencie zaczął się śmiać.
Zmrużyłam oczy, ponownie śledząc szopa zabójczym wzrokiem. Jemu pomysły na imiona chyba nigdy się nie skończą... Chyba bardzo zależało mu, na oberwaniu w swój głupi łeb.
- To nie kot, tylko kotka! - zaprotestowałam po chwili, mimo wszystko cicho się śmiejąc.
- Nie obrażaj Andrzeja! - mruknął, szczerząc się złośliwie w moją stronę. - Naprawdę, ładny z niej Andrzej!
- Nie chcę wiedzieć jakie genialne imię wymyśliłeś dla psa... - westchnęłam z lekko skwaszoną miną. - Więc słucham? - dodałam krótkie pytanie.
- Adam - skrzyżował łapy, triumfalnie się uśmiechając. - Adam, Andrzej i Ryszard... Trzy, wspaniałe imiona! - powiedział widocznie "podekscytowany". - Lepszych imion nie dacie rady wymyślić - prychnął pod nosem, wciąż się szczerząc.
- Vic-chan - przerwał nam nad wyraz spokojny głos Gilberta. - Vic-chan, tak nazwiemy psa - powtórzył na wszelki wypadek, gdyby KTOŚ z towarzystwa do końca nie zrozumiał.
- Jestem za - wtrąciłam zaraz po upewnieniu się, że mężczyzna siedzący obok skończył. - A dla kotki imię Neko - dopowiedziałam, cicho się śmiejąc.
- Niech będzie i takie... - chyba w tym momencie po plecach mężczyzny przeszły ciarki.
No tak. Neko w wolnym tłumaczeniu znaczy kot... Cholera, ale dlaczego Gil tak strasznie boi się tych małych, puchatych i słodziutkich stworzonek? Może gdy był mały jakiś facet wyskoczył w stroju kota i zaczął go gonić, przez co... "Ja pie*dole, chyba coś jest z tobą naprawdę nie tak Vane"
- Może jutro pojedziemy wygrawerować obroże? - zaproponowałam, śledząc każdego obecnego w salonie wzrokiem.
Gilbert jedynie skinął głową, natomiast Rocket nie odezwał się nawet słowem.  Był wpatrzony w telewizor, na którym aktualnie puszczony został program z wiadomościami. Wpatrywałam się w matowy ekran, na którym aktualnie ukazany był krzywy ryj dobrze znanego mi gościa.
- Wyłącz to, zanim całkowicie przez przypadek w mojej ręce znajdzie się jakiś ostry przedmiot, który uderzy prosto w środek jego głowy... - syknęłam. - Chyba, że wolisz jutro otrzymać nową obrożę smycz i do tego jeszcze kaganiec...
Przemówienie tego chorego na mózg człowieka, jedynie przyprawiło mnie o jeszcze większą złość. Na swój sposób zrezygnowana podniosłam się z kanapy, wciąż trzymając Yuriego na rękach. Chłopczyk widocznie przysypiał. Idealna wymówka...
- Idę na górę - powiedziałam krótko.
Zrobiłam tak samo, jak wcześniej powiedziałam. Będąc już na pierwszym piętrze domu, ułożyłam synka w łóżeczku. Na całe szczęście dno tego małego kojca było na tyle wysoko podniesione, że bez problemu mogłam stać i trzymać niemowlaka za rączkę. W sumie... To on przytrzymywał mój palec w swojej malutkiej dłoni.
- Ty to jednak masz najlepiej... - westchnęłam, drugą ręką podbierając się o drewniany element łóżeczka.
Cicha melodyjka pozytywki uspokajała również mnie. Nic dziwnego, skoro czasami posiadam naprawdę dziwne odchyły i zachowuję się jak dziecko. Przymknęłam delikatnie oczy, wsłuchując się w kojące dla uszów ciągi nut. Kroki. Wyraźnie je słyszałam. Odchyliłam delikatnie głowę w stronę drzwi, w których pojawiła się znajoma postać.
- Coś się stało? - spojrzałam mu prosto w oczy, nie odsuwając się nawet o milimetr od Yuriego.

<Gilbercik? ( ͡° ͜ʖ ͡°) >
Mia Land of Grafic