Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Shawn. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Shawn. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 grudnia 2017

Od Shawn'a i Kevin'a CD Furry i Corrinne

** Per. Shawn **
Z całej siły trzasnąłem dosyć ciężkimi, frontowymi drzwiami. Nie miałem pojęcia do kogo w tym momencie mam mieć największy żal. Nie minęły 72 godziny odkąd tu jestem, a już wszystko zaczęło się sypać. Z resztą... Czego ja mogłem się spodziewać? Życie po prostu jak zwykle kopnęło mnie w dupę. I to solidnie. Ponownie. Zostawiając mnie samego. Hah... Nic nowego. Nie ważne, jak bardzo bym się starał niczego nie zjebać. Wszystko szlag trafia. Idzie się przyzwyczaić.
Najwyżej zniknę na kilka kolejnych tygodni, miesięcy, może nawet lat. Nie przywróci to życia Flurry, ani szczęścia Corrinne, lecz przynajmniej będę miał czas, na znalezienie tego dupka. Gdy tylko do tego dojdzie, nie ręczę za siebie. Najmę jakiegoś psychopatę. Niech go poćwiartuje jeszcze żywego, albo... Rozczłonkuje, po czym części ciała przyszyje jeszcze raz, nie na swoich miejscach. Jego ból musi być długi, rozłożony na raty. Zamordowanie go od tak, nie przyniesie mi odpowiedniej satysfakcji. Będzie cierpieć do czasu, aż sam nie umrę. Ewentualnie, do momentu, gdy on sam zdechnie z wycieńczenia. Chociaż... Będę starał się pociągnąć te męczarnie, możliwie jak najdłużej... Zasługuje skurwysyn. Potraktuję go gorzej, niż zrobiłby to najgorszy psychopata tego świata. Zrobię również wszystko, żeby jego męki ciągnęły się nawet po śmierci. Po tym wszystkim i tak nie będę mieć szans na rozgrzeszenie więc... 
 Spotkamy się w piekle
A kończąc swe psychodeliczne myśli, sięgnął do jednej z kieszeni, gdzie kilka minut wcześniej ukrył otrzymany od siostry przedmiot. Uniósł swój dobrze znany, stary notatnik do góry, tym samym stając w bezruchu. Przekartkował kilka stron, z pamiętnymi zapiskami... Na jego twarz wkradł się lekki rumieniec, gdy uświadomił sobie, jak mocno nasilony był w tedy jego syndrom GSA. No tak. W końcu młodzieńczy wiek... Przeglądając dalej, jego oczom ukazały się zupełnie nowe, wcześniej nie widziane ciągi zdań. Podświadomie bardzo dobrze wiedział do kogo one należą. Po prostu to czuł. Wszystko, co działo się zaraz po jego odejściu oraz dobrze znany list, przyczepiony zszywką do kartki. Kilka lat temu, zaraz po rozstaniu, rozpoczął on krótką korespondencje rodzeństwa. Jego głowę zaczęło krzątać wiele myśli. Tutaj znalazł odpowiedź na nurtujące go w dzieciństwie pytanie - dlaczego Corrinne, w pewnym momencie przestała odpisywać? Lecz wraz z nią.. Nasunęło się kolejnych kilka. Ostatecznie została przygarnięta, więc mogła kontynuować pisanie z bratem... Lecz do tego nigdy nie doszło... 
A odpowiedź, którą znalazł na następnej stronie...
...została opisana z najdrobniejszymi szczegółami...
Upadł na ziemię, zaczynając krztusić się własną śliną...
~ Co oni ci zrobili... ~ wyszeptał jedynie do siebie...
...mając ochotę zwrócić zjedzone kilkanaście minut wcześniej ciasto.

** Per. Xerxes **
Jakby nigdy nic, przyglądałem się oknu, przez które kilkanaście sekund temu wyskoczyła Corrinne. Nie było słychać krzyków, więc najwidoczniej przeżyła. Drugi, w trakcie ostatnich dwudziestu czterech godzin. Nieźle. Fizycznie mam trochę ponad dwudziestkę, ale wątpię, czy nie połamałbym sobie kolan. I przy okazji nie zdechł. Generalnie, inaczej sytuacja wygląda pod postacią ścigającego. Bycie zwierzakiem... Cholera jasna, czy naprawdę teraz będę sobie krzątać myśli, dzikimi rozkminami na temat pieprzonych skoków? Moja umiejętność skupienia, ostatnio wskoczyła na nowy poziom... Załamać się można. 
Koniec końców, podszedłem do tej dziury zwanej oknem, po czym z delikatnym uśmiechem nieco się wychyliłem. Przeskanowałem wzrokiem okolice... Hmf, żadnego śladu po Corrinne... Porusza się całkiem szybko, jak na osobę, której się spadło z drzewa. Czego się dziwić... Kobiety to bliżej niezidentyfikowane stworzenia... Ani to zrozumieć, ani oswoić...
Planowałem dla Corrinne małą terapię szokową. Przynajmniej tak to sobie podświadomie określałem. Chciałem ją poddać pewnej próbie. Z pozoru zdawała się być ona nieco szalona i głupia, lecz chciałem pobawić się w psychologa. "Tak, tak... Taki psychol jak ja będzie świetnym PSYCHOLogiem... Chyba w złym znaczeniu..." - wymruczałem do siebie w myślach, gdy tylko doszły do mnie pierwsze skrzypy okien. Aktualnie stała prosto przede mną. Wpadła w pułapkę. Idealnie... Korzystając z osłony mroku, który spowił całe pomieszczenie, błyskawicznie się przemieściłem i stanąłem tuż za nią. Tym samym tarasując ostatnią drogę ucieczki, która jej pozostała. Na mojej twarzy automatycznie pojawiła się mina psychopaty, gdy zacząłem wykonywać pierwsze kroki w jej stronę. Czułem ten lęk, który bił z głębi jej serca. Może nie o to głównie chodziło w moim eksperymencie, lecz... Skoro mam okazję, to się z nią trochę pobawię. Przynajmniej te kilkanaście sekund... To może wpłynął na rezultat, lecz chciałem chociaż spróbować. Chwilę później już siedziała nieruchomo pod ścianą, mrucząc coś pod nosem. Przykucnąłem tuż przy niej, przybierając neutralny wyraz twarzy. Westchnąłem pod nosem, skanując ją dokładnie wzrokiem.
- Proszę... Pokaż mi swoją rękę... - powiedziałem delikatnie, wyciągając swoją dłoń w jej stronę. Odpowiedź jakby automatycznie została wymalowana na twarzy dziewczyny. Nie rozumiała, o co w tym wszystkim chodzi... Hm... Chyba dobrze mi idzie. 
- Zostaw mnie... - wydukała jedynie, jakby starając się zatopić w zimnej ścianie, do której przylegały jej plecy. 
- Skoro tak bardzo chcesz sprawiać ból... - spuściłem nieco wzrok i korzystając z jej oszołomienia, wydobyłem z jej kieszeni nieduże narzędzie cięć. Ożywiła się nieco, w wyniku próby odebrania mi należącego do niej przedmiotu. Na tym mi zależało. Gdy tylko znalazł się w jej palcach, szybko uchwyciłem jej nadgarstek. W następnej kolejności, przyłożyłem owe narzędzie, trzymane przez nią, prosto do swojej skóry. Przesunąłem nieco swoje palce, prosto na te należące do niej. Spojrzałem jej głęboko w oczy. 
- Jeśli chcesz się ciąć. Proszę bardzo. Spójrz mi w oczy, przytrzymaj moją rękę i zadaj mi tyle bólu, ile zadałabyś sobie... - wyszeptałem, nawet na moment nie opuszczając wzroku.
Przypatrywała mi się, swoimi zaczerwienionymi zwierciadłami. Dostrzegłem, jak jej usta zaczynają z lekka drżeć. Pociągnęła nosem.
- Nigdy nie zrobiłabym czegoś takiego! - wykrzyczała, starając się oderwać swoją rękę spod tej, która należała do mnie. Nie pozwoliłem jej na to. Jeszcze nie w tym momencie... Kilka sekund... Kilka chwil...
- Corrinne... - wypowiedziałem cicho jej imię, delikatnie podkładając dłoń pod jej podbródek. - Pamiętaj, że zadając ból, w ten sposób... Ranisz również bliskie sobie osoby... - wyszeptałem, obserwując uważnie łzy, które wypłynęły z kącików jej oczu. - Wyżyj się na czymkolwiek, lecz błagam... Nie na sobie... - zwinnym ruchem palców, żyletka znowu znalazła się w moim posiadaniu. - Nie jestem dobrym psychologiem... Możliwe, że wszystko jedynie pogarszam... Za każdym razem, gdy dotkniesz tego - przekręciłem kawałek metalu pomiędzy palcami. - Umiera jakaś cząstka ciebie, dobrze to widzę, ja to po prostu wiem - delikatnie się uśmiechnąłem. - Też tak kiedyś robiłem... - dołączyłem do tego śmiech. - Lecz w trochę inny sposób... - opuściłem dłoń. - Przyjdź za piętnaście minut na dół, pomogę ci zrobić nowy opatrunek, bo ten na nic się nie nadaje - przeskanowałem spojrzeniem nieco przesiąknięte materiały. - Mam ci jeszcze tyle do powiedzenia... - nachyliłem się, po czym złożyłem na jej czole krótki pocałunek. 
Bez dalszego gadania, podniosłem się i podszedłem do drzwi. Z kieszeni wyciągnąłem klucz, żeby szybko uporać się z zamkiem. Zszedłem na dół, zostawiając pomieszczenie lekko uchylone... Może zostanę tym psychologiem?
<Corri? <3 >

poniedziałek, 25 grudnia 2017

Od Kevina i Shawna CD Corrinne

** Per. Xerses'a **
- Minęło naprawdę dużo czasu, odkąd ostatni raz się widzieliśmy - zaczął rozmowę, stojący naprzeciw mnie facet.
Na jego wypowiedź, moje kąciki ust automatycznie się uniosły. Miałem świadomość, że w tym momencie przypominam psychopatę. Nie ukrywam, że ten fakt jedynie bardziej nakręcał mnie do działania.
- Huh... Lecz ty najwidoczniej praktycznie w ogóle się nie zmieniłeś, Xerxesie Break - dodał, przerywając krótką ciszę, która zapanowała między nami. Wyczułem na sobie, jego rządne krwi spojrzenie. Czymże aż tak bardzo zawiniłem? Robiąc go w konia?
- Nie mogę tego powiedzieć o tobie... Stałeś się pieskiem pana - wymruczałem pod nosem, opierając się wyszczerzony o towarzyszącą mi laskę. - Jakie to urocze... - dodałem cicho, wzruszając znacząco brwiami. - Sypiasz mu w nogach? - wypaliłem nagle.
- Nadal żarty na ty-ym...
- Pewnie brat Corrine, musi jeszcze po nim sprzątać, gdy nasra na dywan - wtrąciła Emily, po czym wybuchnęła gorzkim śmiechem. W tym momencie, również nie mogłem się od niego powstrzymać. Zasłoniłem usta przydługim rękawem, nie zaprzestając czynności.
- Emily... Uważaj, bo możesz urazić jego uczucia... - rzuciłem w jej stronę, sztucznym szeptem, żeby w następnej kolejności wyprostować się do pionu. - W końcu... Jest naszym NAJDROŻSZYM PRZYJACIELEM - przedłużyłem specjalnie ostatnie sylaby, robiąc kilka kroków w jego stronę, przy okazji odwracając się i sprawdzając, czy nie ma w okół świadków morderstwa, którego mam zamiar dokonać. Na całe szczęści, owych nie dostrzegłem. Gdy ten zdechnie, pozbycie się brata Corrinne będzie bardzo proste...
*
Przynajmniej byłoby, gdyby w tym samym momencie, 
stojący naprzeciw mężczyzna nie odbezpieczył 
swojego sprzętu ogłuszającego i nie wystrzelił
w stronę siedzącej na drzewie 
Corrinne, tym samym zyskując szansę, na załatwienie 
białowłosego, wcześniej przygotowaną strategią c:
*
** Per. Shawn'a **
Bez przerwy przyglądałem się filiżance, która stała nieruchomo na stoliku. Dobrze wiedziałem, co Vincent zamierza zrobić. Przynajmniej miałem takie okropne przeczucie. 
W końcu nie wytrzymałem i momentalnie poderwałem się z krzesła, tym samym zwracając na siebie uwagę broni, wciąż przebywającej w pokoju dziewczyny. Ignorując celownik namierzony prosto na mnie, zbliżyłem się do okna. Mimo, że światło stojącej obok owej dwójki latarni, było dosyć słabe, mogłem dostrzec te dwie, błyszczące się krwią tęczówki. Chciał to zrobić.
- Musimy do nich iść - rzuciłem w stronę różowowłosej, która nadal trzymała broń w tym samym miejscu. - Inaczej obydwoje się pozabijają! - dodałem, poprawiając szybko swój szaliczek.
- Skąd mam mieć pewność, że to ty ostatecznie nie pociągniesz za spust? - prychnęła w odpowiedzi, przyglądając się mojej osobie. 
- Bo ten białowłosy najwidoczniej jest przyjacielem mojej siostry?! - widocznie skrzywiłem się z twarzy.
- Pfff... Słaby argument - mruknęła, po czym najwidoczniej "z nudów" wzięła się za przeglądanie swojej zabawki. 
Wywróciłem oczami. Ignorując dalsze zachowania dziewczyny, ruszyłem w stronę otwartego przejścia, prowadzącego do korytarza i wyjścia. 
- Nie będzie mi dziecko rozkazywać... - dodałem specjalnie na tyle głośno, żeby dobrze usłyszała co sądzę na jej temat. 
Lecz tym razem, zamiast bronią, postanowiła pogrozić mi swoją niską osobą, tarasując przejście. Jedynie przeskanowałem drwiącym spojrzeniem, niższą od siebie nastolatkę. "Shawn, pamiętaj, dzieci bez kasku i kobiet bić nie wolno" - powiedziałem do siebie, wsadzając ręce do kieszeni. 
- Życie Corrinne też jest zagrożone - w końcu wydusiłem z siebie, prawdziwy powód chęci wyjścia na zewnątrz. - A z tego co zauważyłem, strasznie ci na niej zależy...
- Jak ma mi na niej nie zależeć, skoro po twoim odejściu zostałyśmy same, zdane tylko na siebie?! - wykrzyczała jakby z wyrzutami, w końcu patrząc mi prosto w oczy. Ten wzrok i błysk, który w tym momencie dostrzegłem. Widziałem go wiele razy. W dzieciństwie, w tym małym piekle. Niewątpliwie, to właśnie ona...
- Flurry... - wyszeptałem, spuszczając wzrok w stronę podłogi.
- Idiota! - wykrzyczała, po czym złożyła na moim policzku mocne uderzenie. Po nim już byłem w stu procentach przekonany, że to ona. 
Uśmiechnąłem się delikatnie, znowu zwracając twarz w stronę jej zaszklonych oczu. Zawsze ją sobie ceniłem, prawie tak samo mocno jak Corrinne. Byłem gotowy na wykonanie tego chaotycznego ruchu... 
- Nigdy nie zdążyłem ci tego powiedzieć... 


** Może jeszcze na moment Break? **
Mogłem się z nim tak droczyć godzinami, tym samym trzymając go na grubej smyczy, jeśli chodzi o zrobienie czegokolwiek. Lecz... Jak by to określić. Po prostu kończyła mi się wena twórcza, na dalsze wymyślanie tekstów, które miałbym kierować w jego stronę. 
- Eh... Będzie mnie po tym boleć głowa - wymruczałem pod nosem, już podświadomie przyzywając do siebie swoje ukochane przekleństwo, zwane łańcuchem. 
- Tak... Jak dostaniesz kulką w łeb - doszły do mnie równie ciche słowa Vincent'a, za plecami którego dopiero w tym momencie dostrzegłem jakieś małe badziewie. Czyżby udało mu się zmienić towarzysza? 
- Życie wam nie miłe? - prychnąłem, czując już otaczający mnie mrok dobrze znanej postaci. - To coś, co masz za sobą nie może się równać łańcuchowi, który za jednym pociągnięciem całkowicie cię niszczy - zacisnąłem mocniej dłoń na rękojeści swojej ukochanej, ukrytej broni, szczerząc się. 
- W zasadzie to tak... - przyznał, robiąc kilka kroków w towarzystwie swojego podopiecznego. - Lecz może zaatakować kontrahenta...
*
Wiązka bliżej nieokreślonej energii została
wycelowana w stronę jednookiego. 
Przytrzymywany przez nieznaną siłę,
opuścił bezradnie ręce, tym samym
wypuszczając trzymany w dłoni przedmiot.
Jego moce zostały zapieczętowane,
w wyniku braku możliwości porozumienia się
ze swoją podświadomą zdolnością.
*

** Wracamy do Shawn'a **
...który jak się okazało, zdecydowanie oszołomił dziewczynę. Przypatrywała mi się w osłupieniu, chyba nie wiedząc co powiedzieć. 
- ...lecz teraz - zacząłem - chodźmy... nie ma czasu... - dokończyłem, delikatnie ocierając swoją dłonią, tę, należącą do niej. 
Praktycznie niezauważalnie skinęła głową. Nie czekając dłużej, wybiegliśmy razem na zewnątrz. Vincent wykorzystał jedną ze swoich mocy, wiedziałem o tym. W zasadzie, było to widać. Sparaliżował białowłosego. Jestem pewien. 
- Vincent, przestań! - wydarłem się w stronę mężczyzny, przyśpieszając kroku. Miał w dłoniach to jebane działo. Wystarczy jeden strzał. Przeładował broń i... Ostatecznie pociągnął za spust...
- Xerxes! - towarzysząca mi w tym momencie dziewczyna, ignorując otaczającą nas wszystkich sytuację, ruszyła w stronę nieruchomego mężczyzny. W trakcie nie długiego biegu, zdążyła zmienić swą postać... W dobrze znanego ścigającego. Rzuciła się w skoku, prosto na jasną kulę energii, która bezlitośnie trafiła ją prosto w klatkę piersiową. Bez żadnych śladów. Bez krwi. Za pomocą tego śmiecia, zatrzymywało się pracę serca, mózgu i innych organów. 
- F-Flurry?! - wydukałem bezradnie, czując, jak dłonie zaczynają mi dziwnie drżeć. Moje kolana zetknęły się z ziemią. - T-Ty pieprzony śmieciu! - po chwili skierowałem swoje wyzwisko, w stronę stojącego kilka metrów dalej złotowłosego. 
- Gdzie jest Corrinne?! - wydarłem się, zaciskając ręce na rosnącej pode mną trawie.
Nie może ten chuj też jej dorwać. Nie pozwolę na to. Muszę myśleć logicznie, nie zniosę nagłej straty obu bliskich osób. Poderwałem się z ziemi, ocierając niewielką łzę, która pojawiła się na moim policzku. Mój wzrok został skierowany w stronę nieco zarośniętego miejsca. Skoro miała ich pilnować, musiała się gdzieś schować... Ale... Skoro jej tu nie ma... "Cholera jasna!" - wydarłem się w myślach, prawie potykając się przy startowaniu w stronę zarośli. Chyba myślimy podobnie. Na jej miejscu właśnie to miejsce, wziąłbym za kryjówkę.
- Corri! - wypaliłem, ponownie brudząc sobie spodnie cholerną, brudną glebą.

** Break **
Nieopanowany gniew, mieszany z głębokim żalem. Tylko to w tym momencie czułem, wpatrując się w martwe ciało leżące tuż pod moimi stopami. Dlaczego oddała życie za kogoś takiego jak ja... Nie chcę umierać, ale... Zasługiwałem na to bardziej, niż ona. Była zbyt młoda. Unosząc wzrok, ujrzałem tą mimo wszystko pełną zdziwienia twarz Vincenta. Nie potrafię określić, jak mocno w tej chwili pragnąłem jego bólu. To uczucie, zmieszane wraz z cierpieniem, które mnie ukuło... Samo wyzwoliło mnie z objęć jego mocy, tym samym pozwalając mojemu łańcuchowi dokończyć niwelowanie jego towarzysza. ON. Nie chciałem, żeby zginął w taki sposób. Jego śmierć będzie długa.

Umrze w mękach, przyrzekam. Zadam mu tyle bólu, ilu osobom on go sprawił. Przyrzekam. Zemszczę się.
<Corri? Per. Flurry? <3 >

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Od Shawna CD Corrinne

Moje pełne niezadowolenia spojrzenie, bacznie obserwowało oddalającą się z sekundy na sekundę dziewczynę. Czułem wyraźny niedosyt. W końcu, nie widzieliśmy się jakieś pieprzone dziesięć lat. Nie potrafiłem ukryć zawodu, związanego z jej aktualną postawą... Eh, pewnie już ułożyła sobie życie z jakimś fagasem. Rzecz jasna nie mam jej tego w żaden sposób za złe. Właśnie - dobrze. Ważne, żeby była szczęśliwa.
W końcu, po zaprzestaniu tego dzikiego rozmyślania, ująłem w dłonie telefon. Nie minęła minuta, a ja już byłem na linii z mym "opiekunem". Po kolejnych paru sekundach otrzymałem informację o jego aktualnej lokalizacji. Westchnąłem pod nosem, przy tym niewielkim przyciskiem na mych dousznych słuchawkach, łącząc je z telefonem. Szybko wybrałem swoją ulubioną playlistę, po czym ruszyłem powolnym krokiem w umówione miejsce.
***
Z tego co było mi wiadomo, dzisiejszego dnia miałem wraz z Vincentem wybrać się - w jak to on określał - "ciekawe miejsce". Jako, że poniekąd traktuję go jak przyjaciela, zgodziłem się. Miałem całkowitą świadomość, że ten heterooki może wymyślić coś naprawdę chorego, lecz w końcu za tą cechę trzymałem go tyle lat przy sobie. Przynajmniej nie muszę się zanudzać typowymi pracami tak zwanej "grubej ryby". I dobrze.
Cały dzień zleciał dosyć szybko. Podczas niego zdążyłem pozałatwiać kilka spraw przyszywanego ojca, w wyniku czego reszta pobytu w Nowym Jorku będzie szła pod moje dyktando. No dobra, może w jakimś stopniu Vincenta. W każdym razie, aktualnie wraz z długowłosym blondynem staliśmy przy bramce wejściowej do jakiegoś domu. Z tego co mnie powiadomił, mieliśmy "spłacić stary dług" u jakiegoś gościa. Tsa, mogłem się domyśleć, że dla tego psychola "ciekawe miejsce" to określenie budynku, w którym dojdzie do pojedynku. Eh... I jak tu zachowywać się normalnie, gdy otaczają cię chorzy psychicznie ludzie?
- Przygotowałeś broń? - niespodziewanie wtrącił się w moje myśli, stojący obok. Przejrzał moją postać swoim uważnym spojrzeniem.
- Jak zawsze, gotowy - uśmiechnąłem się delikatnie.
- Więc wchodzimy - westchnął, uchylając mocniej i tak już otwarte okno. 
Widocznie osoba mieszkająca tutaj, chciała sobie wywietrzyć mieszkanko. Jak szkoda, że najprawdopodobniej robi to po raz ostatni... 
Wszedłem do środka praktycznie bez żadnego szelestu, podobnie z resztą jak mój towarzysz. Sam nie mam pojęcia dlaczego, lecz przy tym wszystkim towarzyszył mi dziwny, wymowny uśmieszek. Jakbym domagał się tej krwi... Kuźwa, chyba całkowicie mi odbija. 
Zrobiłem kilka kroków na przód, ku progu w którym można było dostrzec przestrzeń salonu. Z naszego krótkiego zwiadu, wynikało, że jakieś dwie postacie przebywają własnie w nim. Westchnąłem cicho, a będąc już na pograniczu korytarza z wejściem do salonu, delikatnie się wychyliłem. Ku mojemu zdziwieniu - nikogo w środku nie było. 
Rzuciłem widocznie zaskoczone spojrzenie w stronę mężczyzny, który stał po drugiej stronie framugi. W myślach zacząłem wymieniać kolejne przekleństwa, przekraczając próg oddzielający dwa pomieszczenia. Vin szybko poszedł w moje ślady... Nie minął ułamek kolejnej sekundy, a przy swojej skroni dostrzegłem lufę jakiegoś gnata. Na całe szczęście zdążyłem w porę zareagować i również przyłożyć swoją broń, do głowy... Przeciwniczki? Myślałem, że zawału dostanę gdy dostrzegłem przed sobą Corrinne. Te niebieskie włosy i oczy... Bosz.. Jaka ona urocza...
- I znowu się spotykamy...?

<Corri?>

niedziela, 12 listopada 2017

Od Shawna

Przyjrzałem się uważniej tarczy zegarka zawieszonego na ścianie. Czas zdecydowanie za wolno mija... Dzisiaj był dzień mojej kilkudniowej delegacji w strony Nowego Jorku. Miasta, w którym się urodziłem i spędziłem połowę swojego dzieciństwa. Dawno tam nie byłem, w zasadzie, pożegnałem się z jego urokiem zaraz po adopcji. Podobnie jak z siostrą. Wymieniliśmy ze sobą kilka listów, a później kontakt nam się całkowicie urwał. Od tego czasu nie było nawet jednego dnia, w którym nie myślałem o niej. Po prostu się martwię, tak jak bliźniak o bliźniaka...
- Znowu tłoczą cię te same myśli? - zagadnął starszy mężczyzna, który wpatrywał się w mą osobę od dłuższego czasu. Westchnąłem cicho, podnosząc się z aktualnie zajmowanego fotela.
- Jesteś bardzo spostrzegawczy - skinąłem głową, pośpiesznym krokiem kierując się w stronę  jednej z komód. Otworzyłem ją z mocnym impetem, żeby w następnej kolejności wyciągnąć ze środka talię kart. Od razu poleciała ona na duży stół, dotychczas świecący pustkami. Mężczyzna od razu jakby się ożywił.
- Może partyjka na odstresowanie? - rzuciłem pytanie w stronę Vin'a, na którego twarz w momencie wpłynął szeroki uśmiech.
- Nigdy nie odmówię, tego typu rozrywce...
***Tararam, tararam, tepu, tepu***
Spoczywałem aktualnie na siedzeniu drugiego pasażera, w specjalnie zakupionym na tę okazje samochodzie. Podczas gdy złotowłosy robił za kierowcę, ja rozkoszowałem się dawno nie widzianymi widokami, które w tym momencie wyjątkowo mnie wzruszyły. To miejsce niosło ze sobą wiele wspomnień, tych lepszych, ale za równo tych gorszych, o których wolałbym zapomnieć. Pomyśleć, że otaczające mnie budowle nawet w najmniejszym stopniu się nie zmieniły. Niesamowite...
- Gdzie chciałbyś najpierw podjechać? - nagle wtrącił się w moje myśli towarzyszący mi chłopak. - Rozmowę z owym fagasem mamy dopiero za dwa dni - dodał, cicho się śmiejąc.
- Huh, jest jedno takie miejsce... - westchnąłem, wpisując w panelu dotykowym ponad moją głową nazwę ulicy i numer budynku. Po chwili na nawigacji znajdującej się przed prowadzącym pojawiły się wskazówki dotyczące dojazdu. 
Kilkanaście minut później staliśmy już pod drzwiami dosyć wysokiego wieżowca. Z tego co dostrzegłem przy jego podnóżach dobudowano wcześniej przeze mnie nie widzianą halę. Zapewne w niej produkowano broń. Całość została wybudowana nieco na uboczu miasta, dzięki czemu sprawiała wrażenie najzwyklejszej, prywatnej fabryki. To się dorobiła...
- Zastanawiam się, czy nie sprzedać ich lokalizacji za grubą kasę - wypalił w pewnym momencie Vin, szturchając mnie delikatnie łokciem. 
- Z moich źródeł wynika, że Vane zna twojego najdroższego antagonistę - wzruszyłem znacząco brwiami, spoglądając w jego stronę kątem oka. Uwielbiam to chore droczenie się.
- Hah... Całkiem zabawne... - wydukał, sztucznie się krztusząc. - Lepiej wejdźmy już do środka, zanim zrobi się nie miło...
- Oczywiście, oczywiście - prychnąłem, otwierając drzwi tak gwałtownie jak zwykle. Na samym wstępie przywitała mnie grupka fagasów z gnatami większymi od mojej głowy. Serio, że aż tak starają się chronić to miejsce? Nigdy nie lubiłem się bić, czy coś. Jestem bezkonfliktowym człowiekiem. Jeśli już tak bardzo chcą, to możemy zagrać w wojnę karcianą. To wychodzi mi najlepiej.
- Vincent McQueen - skinąłem głową, nieco się szczerząc. - Byłem umówiony w sprawie zakupu broni, wraz ze swoim menadżerem - wskazałem na stojącego obok mężczyznę. - Tak?
- Pokój 21 - fuknął, zaraz potem znikając w korytarzu po lewej.
Zadowolony z siebie wraz z Vin'em przeszedłem we wcześniej wskazane miejsce. Na całe szczęście droga nie była długa, a ja mogłem w krótkim czasie znaleźć się przy drzwiach. Wbiłem do środka nawet nie myśląc o pukaniu, czy innych zasadach kultury. Najwidoczniej rozpieszczone dzieciaki już tak mają, nie myślę się zmieniać.
- Kto, jak i dlaczego bez pukania!? - krzyknęła w moją stronę jasnowłosa dziewczyna, jakby zaskoczona podnosząc się z podłogi na której przed chwilą siedziała. Wszędzie dookoła były porozwalane jakieś papiery, segregatory i teczki. Po niedługiej chwili wyraz twarzy Vane całkowicie się zmienił. Wlepiła we mnie swój zdumiony wzrok tych czerwonych oczu. Praktycznie w ogóle się nie zmieniła.
- T-Ty... - wydukała, robiąc kilka kroków w moją stronę. - A-Ale ja wt-e-edy... - nieco upuściła głowę i z tego co dostrzegłem zaczęła płakać. Nagle upadła przede mną na kolana... Jakby starając się prosić o wybaczenie. - Wyrzuciłam cię wtedy z domu! - powiedziała po krótkiej chwili, zalewając się łzami. - Zostawiłam waszą dwójkę na pastwę losu! - przysłoniła usta obiema, zaciśniętymi w pięści rękami nie zaprzestając łkania. - Przepraszam! 
Widocznie zamurowany, sam w tym momencie nie miałem pojęcia co zrobić. Z tej perspektywy nie zdążyłem jej poznać... Czy może jednak stało się coś, o czym nie wiem? Mam nadzieję, że chociaż Corrinne wciąż pozostała sobą... W końcu po to tu przybywam. Żeby się z nią w końcu spotkać, po osiągnięciu pełnoletności. Faktury to przy tym sprawa podrzędna.
- Hej... - zacząłem spokojnie, z uśmiechem przykucając przy zapłakanej dziewczynie. - Nie mam ci niczego za złe... Po tej akcji przynajmniej moje życie się dobrze ułożyło - zaśmiałem się cicho.
- Naprawdę? - uniosła nieco wzrok, ocierając oczy przydługim elementem przypominającym rękaw. Skinąłem w odpowiedzi głową.
- Lecz teraz naprawdę mi zależy na odzyskaniu relacji ze swoją prawdziwą rodziną - wyczułem jak w moim oku pojawia się dobrze znany błysk. Corrinne. Moja najdroższa Corrinne. Bezcenna. 
- Ought... No tak... W końcu jesteście rodzeństwem... - zaśmiała się nerwowo. Eh, z tego co mi wiadomo ona podobnie jak ja rozstała się ze swoim bratem, a moim ojcem na kilkanaście lat. Cóż, historia lubi się powtarzać.
- Myślę, że... - zacząłem, ale wtedy przerwał mi towarzysz:
- Nie rań swych kolan, klęczeniem przed nim... - urwał na moment i podszedł w stronę kobiety, po czym pomógł jej się podnieść. Moje oczy chyba miały zamiar wylecieć z orbit, gdy znany mi mężczyzna posunął się dalej i objął zdecydowanie niższą od siebie kobietę. Ought, od strony kobieciarza jeszcze go nie przyszło mi poznać! Białowłosa zarazem zdziwiona, jak i zawstydzona i zestresowana nawet nie śmiała się ruszyć. Przybiłem krótką piątkę z twarzą.
- Chcę się dowiedzieć, co z Corrinne - wyznałem w końcu swój dokładny cel przybycia, wciąż nieco zamurowany przyglądając się Vincentowi, który przytulał oraz głaskał Vane niczym małe dziecko po głowie. A o dziwo, ta nie protestowała. Dodatkowo, w jej dłoni znalazł się mały lizak najprawdopodobniej podarowany przez stojącego za nią mężczyznę. 
- Z Corri wszystko w porządku - stwierdziła spokojnym tonem, skupiając całą swoją uwagę na słodkości trzymanej w ustach.
- Uhm... Wiesz może, gdzie przebywa...? - zadałem kolejne z rzędu pytanie, na co niestety dostałem odpowiedź negatywną.
- Ale za to wiem, kto może wiedzieć - uśmiechnęła się delikatnie, odwracając wzrok w bok. Zapowiadało się ciekawie...
***
I właśnie w taki sposób skończył się mój upragniony spokój. Nie minął mój pierwszy dzień w tym mieście, a już zostałem posłany na jakąś akcję. Atak naszych zwierzęcych przyjaciół, zmusił mnie oraz mojego drogiego przyjaciela do przerwania wybierania idealnego mieszkania na te kilka dni delegacji i ruszenia prosto w miejsce zbiórki. Tym razem ścigający posunęli się do podłożenia ładunków wybuchowych, prosto pod budynek zajmowany przez istoty magiczne. Ta technika jakoś mnie nie urzekała... W końcu, na ich miejscu zagrałbym w pokera, stawiając wszystko za wszystko. Najzwyczajniej w świecie. Bez wojen, bez walk, bez krwi, bólu, ani martwych. 
Lecz nie! Bo oni wolą się napierdalać i zabijać.
Między innymi właśnie dlatego nie wyrwałem się z domu - powrót do tego miejsca, byłby zarówno przegraną, jak i wygraną. Z jednej strony odzyskałbym siostrę, natomiast z drugiej - zostalibyśmy wkręceni w wojnę, na której zapewne stracilibyśmy życie. Wiem, mój tok myślenia jest dosyć dziwny, lecz za nic w świecie nie zamierzam go zmieniać. Zawsze spotykałem się z krytyką swojego poglądu. Przez swój sceptyczny stosunek do wszelakich bójek, uznawano mnie za słabeusza. Kiedy się już na nie decydowałem, używając swoich własnych sztuczek krzyczano na mnie "noob". Nigdy nie traktowałem zasad na poważnie, co odnosiło się ze sporą krytyką. Reguły są strategią stworzoną przez słabeuszy. Dlatego wolałem je omijać na wszelkie możliwe sposoby. Gdy wykraczałem poza wszelkie normy w przypadku gier - wyzywano mnie od kanciarzy. Podsumowując, osoby sprzeciwiające się przyjętym zwyczajom są krytykowane. To naturalne. Po prostu nigdy nie chciałem żyć jako zwykły pionek - prayers, lecz jako równy przeciwnik - players.
Wracając do samej akcji. Wolałem w tej wojnie posługiwać się wcześniej obmyśloną strategią, która przy pomocy jednego z oddziałów zbuntowanych mogła dać nam szanse na wygraną. Przynęta oraz oczekiwanie z boku - w walce z rządowymi staje się dobrze zbudowanym planem. Jako, że wolałem swoje sumienie co do mordu pozostawić czyste, objąłem posadę pierwszego z wymienionych. Wraz z Vincentem, jakby nigdy nic przechadzaliśmy się przy uboczach pola bitwy. Jedynie czekałem na atak ze strony któregoś zwierzaka... Doszło do niego dosyć szybko. Już po kilku minutach miałem okazję spojrzeć prosto w oczy futrzastej istocie. Z tego co zdążyłem zarejestrować, była to przedstawicielka płci pięknej. Nie ukrywam, że mą uwagę szczególnie przykuły jej lazurowo-cyjanowe tęczówki. Nieco przypominały mi te, należące do Corri... Huh, ale to stworzenie na pewno nie miało z nią nic wspólnego. Celowała do nas na delikatnie ugiętych nogach. Nie mam pojęcia dlaczego, w jej oczach w tym momencie dostrzegłem dziwne zawahanie. Opuściła broń i zsunęła palce ze spustu. Czy tak właśnie zachowują się ścigający, czy może po prostu oczarowałem ją swym urokiem?
- Zwierzęce ścierwo... - burknął pod nosem mój towarzysz, uśmiechając się dyskretnie. Zadał drugi z kolei strzał naszemu niedoszłemu napastnikowi. Ta widocznie przymroczona, czmychnęła w bok.
- Nie tak agresywnie... Trzeba przyznać, że takiego zwierzaczka da się zagłaskać na śmierć - powiedziałem, przy tym cicho prychając. - Nie naszym zadaniem jest jej dobicie - wzruszyłem ramionami. - Lecz nie ukrywam, że rzeczywistość zdecydowanie różni się od jakiegoś FPS-a - dodałem, krzyżując ręce poniżej klatki piersiowej.
Odpowiedziała mi cisza. Nieco zdziwiony brakiem odzewu ze strony towarzysza, skierowałem spojrzenie w jego stronę. Przyglądał się nieco przyciemnionemu ekranowi telefonu. Zaciekawiony wyjrzałem do niego zza ramienia.
- Co to za romanse?! - zaśmiałem się złośliwie, starając się uchwycić w swoje dłonie urządzenie. W odpowiedzi starszy mężczyzna jedynie ukuł mnie swym łokciem w bok. Widocznie niezadowolony przekląłem pod nosem. - I jaki agresywny... - wypaliłem, wielce urażony.
- Mogę upiec dwie pieczenie na jednym ogniu... - wymruczał pod nosem, chowając telefon do kieszeni. - Mam nadzieję, że jesteś wystarczająco dorosły i się nie zgubisz? - skierował się tym razem w moją stronę. 
- Wątpisz we mnie?! - fuknąłem, po czym niczym jakiś szlachcic poprawiłem dumnie owijający moją szyję szalik.
- Dokładnie tak! - wypalił, wbijając we mnie spojrzenie swych czerwono-żółtych oczu. - Czego można się spodziewać po prawiczku, który sam po nocach szlaja się po mieście...
- Powiedział człowiek, którego zdolnością jest manipulacja ludźmi... - spoważniałem, patrząc na niego spode łba.
- Widzisz? Każdy ma swoje zdolności! Twoją jest wkurwianie ludzi i naginanie zasad we wszelkich grach - puścił mi oczko, odsuwając się kilka kroków w cień. - Zadzwoń, jak będziesz mnie potrzebował... - dodał nieco mroczniej niż zazwyczaj. Psychol...
- Czy mogę wiedzieć, gdzie idziesz?
- Pora się policzyć z dwoma sobowtórami... - wytłumaczył się krótko, żeby zaraz później magicznie zniknąć. Jak to miał z resztą w zwyczaju. Westchnąłem cicho, badając zawartość swych kieszeni. Telefon, chyba portfel, zegarek i kluczyki od samochodu. No tak, tyle powinno mi na razie wystarczyć. Przynajmniej do czasu, aż nie będę zmuszony iść na to pieprzone spotkanie. Co by tu porobić...
***
Z tego co do mnie doszło, Vincent aktualnie załatwiał jakieś tam sprawy z owymi sobowtórami. Postanowiłem wykorzystać chwilę samotności i przejść się do pewnego miejsca... Resztki mojego domu, w którym spędziłem połowę życia. Te najlepsze spojrzenia związane z siostrą, mamą i tatą. Co prawda, sprawiają mi one niewyobrażalny ból i chęć do płaczu, lecz były one jednymi z najmilszych wydarzeń w moim życiu. 
Gdy tylko dotarłem na miejsce, w oczy rzuciło mi się jedno z drzew, które wyrastało dumnie w samym środku naszego byłego ogródka. Tak, to było to, które zasadziliśmy wszyscy razem tamtego dnia... Corri jeszcze wtedy była na wózku. Dobrze pamiętam tamten dzień... Zbliżyłem się do dużej rośliny, której liście powiewały na chłodnym, północnym wietrze. Liście nieustannie się z niego sypały, prosto na świeżą trawę. Stanąłem tuż pod konarem... Gdy wtedy... Dostrzegłem drobną postać siedzącą przy samej ziemi, po dotychczas nie przeglądanej stronie pnia. Jej jasnoniebieskie oczy, od razu zostały skierowane prosto na mnie. Z początku te należące do mnie, również wpatrywały się w nią jak w lustro. Oniemiały, nie potrafiłem wydusić z siebie najmniejszego słówka... Czy to moja najdroższa Corrinne? Można powiedzieć, że się zmieniła, lecz mimo wszystko cały czas widziałem w niej tą samą, małą Oreo. 
Upadłem tuż przy niej na kolana, po czym nadal nie odzywając się nawet słowem przytuliłem ją bardzo czule do siebie. Spodziewałem się oporą, lecz tym razem Corri nie dając skończyć się ciszy jedynie wtuliła się w mój tors, dzięki czemu w końcu mogłem poczuć jej przyjemne ciepło. Brakowało mi jej, nawet nie ma pojęcia jak bardzo... W końcu jesteśmy rodzeństwem...
- Przepraszam, że nie wróciłem do ciebie... - wydukałem w końcu, gładząc delikatnie jej niebieskie włosy, lśniące w świetle księżyca. - Corrinne, tak bardzo tęskniłem... - objąłem ją bardzo mocno, przy tym czując napływające do mych oczu łzy. - Kocham cię, naprawdę...
<Corri?>

sobota, 4 listopada 2017

Shawn Quill


"Chcę chronić własnymi rękoma... Właśnie, ja tylko chcę chronić."

Podobny obraz

Imię i Nazwisko: Shawn Kojou Elvis Nutella Aveo Lucien Hart Quill
Pseudonim: Zazwyczaj osobom postronnym, przedstawia się jako Vincent McQueen
Płeć: Chyba facet...
Wiek: 18 lat
Rasa: Wilk
Orientacja: Biseksualny
Zauroczenie: -
Klan: Guardians of the Galaxy, lecz mimo wszystko rzadko zdarza mu się udzielać w życiu zbuntowanych.
Stanowisko: Generalnie wpisany jako pirotechnik 
Żywioł: Światło i Ogień
Moce: 
- Władza nad ogniem
- Władza nad światłem
- Tworzenie kuli ognia, tarcz itd.
Ale ogólnie rzecz biorąc, jest osobą magiczną, która bardzo rzadko korzysta ze swych umiejętności. Przyzwyczaił się do życia bez nich.
Umiejętności:
- Potrafi bardzo dobrze grać na gitarze.
- Zaliczę tutaj manipulowanie innymi "bogaczami". Zawsze udaje mu się coś ugrać na swoją korzyść.
- Granie w gry (zarówno te komputerowe, jak i karciane i planszówki). 
- Podczas rozrywek za każdym razem udaje mu się obmyślić idealny plan wygranej.
- Potrafi niezauważalnie kantować.
Charakter: Jest osobą, która uwielbia targować się za pomocą kart, czy innych gierek. Dosłownie uzależniony od tego typu rozgrywek, wszystkie, nawet najmniejsze problemy rozwiązuje właśnie za pomocą nich. Chociaż jego "szalony" wygląd o tym nie świadczy - jest bardzo inteligenty i sprytny, potrafi świetnie manipulować innymi i oszukiwać przy każdej możliwej okazji. Z jednej strony jest strasznym egoistą - nigdy nie opuszcza myśli, że za każdym razem uda mu się wygrać - natomiast z drugiej - troskliwości w nim nie mało. Niegdyś jedynym oczkiem w głowie była dla niego Corrinne, lecz po utracie całkowitego kontaktu i zagrzebaniu jej w swych odległych marzeniach, widocznie przytłoczony został zmuszony do odnalezienia nowego celu. W tamtym momencie zbliżył się do swojego "prywatnego służącego" i jak później się okazało, najbliższego przyjaciela - Vincenta. Generalnie nawzajem dbają o siebie, niczym przyszywane rodzeństwo. Jeden uzupełnia drugiego, co zapewne jest jedynym powodem dla którego siedzi jeszcze na ziemi.
Cechy Charakterystyczne: Niebieskie włosy które o dziwo naturalne, zwracają uwagę praktycznie wszystkich dorosłych mijających na ulicy. W lewym uchu zawsze posiada małą słuchawkę, dzięki której może się komunikować ze światem lub wręcz przeciwnie - odciąć się od niego, poprzez słuchanie muzyki. Oczy, które swym wyglądem przypominają dwa, puste jeziora widać z dobrych kilku metrów. Ogólnie, to cały wyróżnia się z tłumu. Zazwyczaj przyodziewa na siebie przyduże płaszcze i ukochane szaliczki.
Ciekawostki: 
- Posiada siostrę bliźniaczkę.
- Boi się ciemności.
- Jest uzależniony od gier.
- Zawsze ma na sobie szalik.
- Jest przybranym synem grubej ryby w Stanach Zjednoczonych.
- Uwielbia słuchać muzyki.
- Lubi jeść lody.
- Ma lekki Syndrom GSA
Głos: link
Właściciel: Hw-Asia1509, Email-asiasimsy@gmail.com
1 2 3

poniedziałek, 2 października 2017

Od Shawna CD Corrinne

Nie chciałem jeść. Siedząc przy stole, jedynie dłubałem ozdobnym widelczykiem w jedzeniu... Nie mam na nic ochoty, jeżeli nie jestem pewien, że moja siostra jest bezpieczna. Chciałbym znowu zobaczyć jej uśmiech, delikatny, ciężko złośliwy, ale jednak uśmiech... Chociaż na kilka chwil mieć ją przy sobie...
- Paniczu, dlaczego nie jesz? - zapytał w końcu przydzielony do mnie "prywatny sługa", zginając się w pasie, żeby po chwili być na moim poziomie.
Moje zaspane oczy chyba mówiły same za siebie... Nie potrafię w nocy ani na moment odpłynąć, jedynie przewracam się z boku na bok rozmyślając nad tą całą sytuacją. Chyba coś ze mną nie tak.
- Nie musisz do mnie mówić "Paniczu", wystarczy Vincent lub Vin... - mruknąłem, wzdychając ciężko. Uczucie bezradności... Znowu wyniszcza mnie od środka.
- Och... Jak sobie życzysz... - urwał na moment, prostując się. - A tak przy okazji... Również mam na imię Vincent - wyczułem jak delikatnie się uśmiecha.
Z mojego gardła wydobyło się coś na wzór śmiechu... Może zacznę kantować? Szczerzyć się, nawet, jeżeli od środka mnie coś wyniszcza? Znam wiele osób, które tak grają. Chyba do nich dołączę...
- Coś cię trapi? - wypalił w pewnym momencie, wbijając się w punkt moich rozmyśleń i tworząc dla mnie swego rodzaju test. 
- Nic, wszystko w porządku! - uśmiechnąłem się najszczerzej jak na tą chwilę było mnie stać, przy tym wlepiając oczy w chłopaka. Kłamanie chyba nie jest takie trudne jak myślałem. Z pewnością o wiele prostsze od tłumaczenia, co cię zabija od środka. 
- Czyli ci nie smakuje? - skrzywił się delikatnie.
- Niee!! Już zjadam! - zaśmiałem się, biorąc do ust pierwszy kęs.
***
Wpatrywałem się w pustą, białą kartkę i długopis tuż obok niej. Chciałem napisać list do Corrinne... Zapewnić, że wszystko u mnie w porządku i podpytać, jak się czuję... Tylko, nie miałem pojęcia od czego zacząć. W tym czasie zacząłem bazgrać coś sobie na nadgarstku... Ught, dlaczego to jest takie trudne?
- Droga Corrinne... - zacząłem wypisywać pierwsze litery, które tworzyły słowa, natomiast z tych skonstruowałem zdania...
... nie mam pojęcia, czy ta wiadomość kiedykolwiek do ciebie dojdzie, ale... No cóż, zawsze staram się chociaż spróbować... 
W każdym razie... Cholera, nie mam pojęcia od czego zacząć. Przepraszam. Po prostu strasznie mi ciebie brakuje. Żałuję, naprawdę bardzo żałuję, że wtedy jak zwykle musiałem się do czegoś przyczepić. Nie chciałem wyjeżdżać, to wszystko stało się za szybko. Pod wpływem złych emocji zapomniałem o Tobie, przepraszam. Obiecuję, że jeszcze kiedyś się zobaczymy. Nie wiem czy w tym roku, nie wiem czy w przyszłym, lecz na pewno w końcu ponownie ujrzę twoją cudną twarz. Przyrzekam, że nigdy nie rozstanę się z podarowanym mi przez Ciebie naszyjnikiem. Nie ważne jak bardzo się zmienimy i ile czasu minie, zawsze będę myślą przy Tobie...
Kocham Cię najmocniej na świecie
~Shawn
Zapieczętowałem skromny liścik, do środka wkładając najpotrzebniejsze rzeczy, żeby Corr chociaż spróbowała mi odpisać. Dorzuciłem kilka banknotów, po czym oddałem całość czuwającemu tuż obok chłopakowi. Skinął mi delikatnie głową, żeby po chwili ruszyć nadać list.

<Corrinne?>

sobota, 30 września 2017

Od Shawna CD Corrinne

Westchnąłem głośno, rzucając się na swoje nierówno zaścielone łóżko. Nienawidzę tego miejsca... Dorwałem do swoich rąk długopis i notes, w którym starałem się krótko opisać każdy, spędzony dzień w tym chorym miejscu. Co prawda był już prawie cały zapełniony, lecz wciąż kilka stron pozostało pustych... Mruknąłem coś niezrozumiałego pod nosem, wypisując na niewielkiej karteczce absolutnie WSZYSTKO co mnie trapi. To co boli, co denerwuje, natomiast na drugiej stronie pojawiły się pozytywy tego miejsca. A było ich... Mniej niż dwa. Na środku jedynie napisałem drukowanymi literami "Corrinne", po czym rzuciłem przedmiotem o kąt. Chcę wrócić do rodziców...
- Vincent, zbiórka na dole! - rozległ się dobrze znany mi głos jednej z babek prowadzących ośrodek. Stała za drzwiami, za które po chwili wybyłem. Rzuciłem na nią swoje pełne znużenia spojrzenie.
- Czwarty raz w tym tygodniu będziecie robić nam jakieś testy? - mruknąłem, na samą myśl o tych wszystkich dziwacznych testach, robiąc się śpiący od środka.
- Dzisiaj przyjedzie do nas ktoś bardzo wyjątkowy - uśmiechnęła się promiennie. Ta,to jej pierwszy rok w tych bramach. Jeszcze nie zdążyła się znudzić zabawianiem dzieci... Wciąż o dziwo darzyła każdego uśmiechem. Bezinteresownie. Chora psychicznie, wiem to.
- Wprost fenomenalnie! - wypaliłem pod nosem, wymijając ją.
Czułem jak jej gały cały czas są wlepione we mnie... Ugh, nigdy wkurzonego człowieka nie widziała? Niech wie, w co się wpakowała...
***
Stałem grzecznie w rzędzie, wraz z innymi chłopcami w moim wieku. O dziwo byli to sami nudziarze, których nikt nie lubi... Pff, po co tu ja?
- Proszę o ciszę! - dyrektorka tego więzienia dla dzieci, klasnęła kilka razy w dłonie. W momencie zapadła cisza. Nikt nawet nie odważyłby się do niej podskakiwać. Ta, to najbardziej walnięta z towarzystwa. - Dzisiaj, z wysuniętego na Północny-Wschód państwa, przybył do nas członek, bardzo zamożnej rodziny. Przedstawiam wam dzieci, Pana Zayn'a McQueen'a - wypowiedziała jego nazwisko, a drzwi z impetem zostały otworzone przez dwóch szoferów.
W nich po chwili pojawił się mężczyzna, o złotych, długich włosach. Były one dokładnie posplatane i związane czerwoną wstążką. Posiadał nawet ładną, również sporych rozmiarów brodę. Wszyscy patrzyli na niego podekscytowani. Boże, co za patola... Westchnąłem pod nosem, wywracając oczami. Jakby nigdy dorosłego faceta nie widzieli...
- Witajcie - skinął delikatnie głową w stronę naszych opiekunek, które chyba miały zemdleć z oniemienia. Huh, pewnie mogą sobie tylko pomarzyć o mężczyźnie, chłopaku, czy tam mężu. Pff... Same wybrały opiekowanie się obcymi dziećmi, od założenia rodziny. - Nie mam zamiaru owijać w bawełnę i prawić was niepotrzebnym kazaniem. Wszystkie testy, które odbyły się w tym tygodniu zostały zrobione na moje życzenie - delikatny uśmiech wpakował się na jego twarz. - Miały one wybrać dziecko, które w najbliższej przyszłości stanie się kimś naprawdę docenianym i sławnym... A dokładniej mówiąc. Jesteś nim ty - niespodziewanie jego wzrok został przeniesiony na mnie. Czy na pewno nie patrzy się na kogoś innego? Cholera jasna, w co ja się wpakowałem? Zabijcie mnie, proszę. 
- J-Ja? - wydukałem mimowolnie, robią mały kroczek do przodu.
Skinął delikatnie głową, podobnie jak poprzednio. Nie wiem dlaczego, ale czułem jak robię się z lekka czerwony. Stres? Lęk? Strach? 
- Masz pół godziny na spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy. Zaraz po przekroczeniu bram tego miejsca, pojedziemy do mojego krawca.
Hah, dlaczego wtedy nie pamiętałem o swojej siostrze?
Dlaczego znowu zgubiła się w moich myślach?
Nie wiem.
***
Otworzyłem oczy. To łóżko jest naprawdę wygodne, w porównaniu do tych, które posiadają w sierocińcu. W sumie, nie mogłem porównywać tamtej rudery do tego miejsca... Tutaj jest po prostu wspaniale! Moja "komnata" jest wielkości stołówki domu dziecka. Poderwałem się do pionu, przy tym rozglądając się po pomieszczeniu. W kącie dostrzegłem jakąś postać... Miała na sobie przydługi płaszcz, przez co nie potrafiłem dostrzec twarzy, czy chociażby postury ciała. 
- Kim jesteś? - wypaliłem na wstępie, nie odrywając swoich niebieskawych oczu od ktosia. Przerażający.
Odwrócił się, jak się okazało mężczyzna. Miał na oko osiemnaście lat, nie dałbym mu więcej. Pod płaszczem dostrzegłem idealnie wyprasowany garnitur. Kolejne kilka pytań nasuwało mi się na język.
- Dzień dobry, paniczu - skinął w moją stronę głową. Boję się go. - Pan McQueen przydzielił mnie do ciebie. Od dzisiejszego dnia jestem twoim prywatnym sługom - wlepił we mnie swoje zielone oczy.
Chwila. Jeszcze raz.  Co się wczoraj wydarzyło... Obudziłem się u boku Corrinne, no właśnie.. MOMENT!
- Gdzie jest... Gdzie jest moja siostra?! - wypaliłem jakby znikąd, na co nieznajomy zmarszczył zdziwiony brwi. - Gdzie jest Corrinne?! - podniosłem ton, wyraźnie przerażony.
- Nie mam pojęcia o co paniczowi chodzi... - powiedział, przekrzywiając delikatnie głowę w bok. - Czy może chodzi paniczowi o Lily?
- TAK, LILY! Skąd o niej wiesz?! Gdzie ona jest?! - wydarłem się, chwytając go za element płaszcza na nadgarstku. - Tutaj?! Bezpieczna?! Nic jej nie jest, tak?! - jego gałki oczne nieco się zmniejszyły. Oniemiał.
- Nikt paniczowi nie powiedział...? Zostaliście oficjalnie rozdzieleni, a panicz nosi od dzisiaj nazwisko McQueen.
Czuję jak umieram od środka słysząc te słowa...
Rozdzieleni
Przez moje codzienne narzekanie, musiała wyjść
Przeprszam
Tak bardzo cię potrzebuję, tak samo jak ty mnie
Zniszczyłem wszystko
Chcę cię mieć przy sobie, obiecałem wierność, obiecałem, ze cię obronię
Lecz nasze drogi się rozchodzą
Moja najdroższa.
Przepraszam
<Corr?>

środa, 20 września 2017

Od Shawna CD Corrinne

Widocznie niezadowolony kłamstwami siostry, spojrzałem na nią pełnym wyrzutów wzrokiem. Może był to jakiś sposób przed uniknięciem niepotrzebnych kontroli, lecz i tak zawsze wolałem wygadać całą prawdę, ni jeżeli później żyć z wyrzutami sumienia...
- Zobaczysz, wsadzą nas do domu dziecka... - mruknąłem pod nosem, ze skrzyżowanymi rękami przyglądając się sufitowi. - Wolałbym zdechnąć w labolatorium, niż żyć w tej patologii... - prychnąłem, widocznie marszcząc nosek.
- Więc zdychaj. Ja wolę przeżyć - burknęła, szczerząc się złośliwie w moją stronę. - Jestem przekonana, że rodzice kazaliby nam kłamać - wzruszyła ramionami, równie wygodnie rozkładając się na krześle, co na łóżku.
Westchnąłem głośno, jedynie niedowierzająco kręcąc głową. To na pewno źle się skończy...
***
Telefon, słuchawki, broń oraz komunikator - jedyne przedmioty, które udało mi się zachować. Nie wspominając oczywiście o szaliku, który dumnie przyozdabiał moją szyję. Wyglądałem aktualnie przez okienko samochodu, w którym nadarzyła nam się okazja znajdować. Przewozili nas do tego psychiatryka dla dzieci... Nie dość, że pewnie źle tutaj karmią, to na dodatek zapewne będę musiał dzielić pokój z innymi chłopcami... Istna patologia. 
- Wysiądźcie - wydała w naszą stronę polecenie, jasnowłosa kobieta siedząca za kierownicą.
Mój wzrok jedynie przez ułamek sekundy, był skupiony na jej twarzy. Wybyłem z pojazdu najszybciej jak tylko potrafiłem, nie zważając uwagi na mrożący krew w żyłach wzrok, faceta jadącego z nami. Ta dwójka miała się zająć naszym ulokowaniem w budynku. 
- Witajcie! - na samym wstępie przywitała nas kobieta w średnim wieku, której krótkie włosy delikatnie opadały na twarz. Miała dziwnie szare oczy...
- Vincent i Lily - przedstawiła nas opiekunka, która chwilę przed tym zamknęła samochód. - Z patologicznej rodziny - dodała, utrzymując kontakt wzrokowy z ciemnowłosą babką.
- Możliwe, że nie mam zbyt dużo do powiedzenia, ale chciałbym mieć pokój z siostrą - wypaliłem w pewnym momencie, przez co spojrzenia wszystkich zostały skierowane w moją stronę. 
W odpowiedzi, jedynie przysunąłem się bardziej do stojącej obok Corr i objąłem ją ramieniem. 
<Corr?>

wtorek, 5 września 2017

Od Shawna CD Corrinn

Ostatni raz rzuciłem okiem na ciocię, która w momencie trzasnęła drzwiami. Po chwili rozległ się huk, zupełnie, jakby ktoś upadł na ziemię. Chciałem z powrotem podejść, lecz w momencie powstrzymała mnie od tego Corr, poprzez nagłe przyciągnięcie mnie do siebie. Zwróciłem wzrok w stronę siostry, która ze łzami w oczach trzymała mój rękaw kurtki. Chwyciliśmy się za ręce, po czym ruszyliśmy chodnikiem w stronę miasta... Chyba... Tak mi się wydaje, że właśnie tam się ono znajdowało. Jako iż nieznacznie byłem od niej wyższy, ułożyła swoją głowę na moim ramieniu.
- Znajdziemy jakąś pomoc... - szepnąłem, opatulając ją swoim ramieniem.
- Shawn, proszę... Nie opuszczaj mnie... - wydukała, wtulając się mocniej w moją rękę,
Spojrzałem na nią z pełnym bólu wzrokiem, po czym przeczesałem jej niebieskawe włosy dłonią. "Za nic w świecie cię nie opuszczę..." - powiedziałem do siebie w myślach, robiąc kolejne kilka kroków na przód.
***
Cholera. Wtopienie się w tłum nie jest takie łatwe. Szczególnie, gdy posiadasz jako dziecko niebieską czuprynę... Nie dość, że wyglądasz jak dziwoląg, to jeszcze każdy wytyka cię palcami. Corr chyba bardzo chciała się we mnie wtopić. Wiedziałem to, gdy nie potrafiła odwrócić wzroku od swoich butów. Siedzieliśmy aktualnie na ławce, szukając jakiegokolwiek pomysłu co ze sobą zrobić. 
- Hej, wy tam! - wrzasnął w pewnym momencie głos w naszą stronę.
W sekundzie uniosłem głowę. Otaczało nas kilka babek. Spośród nich wychyliło się dwóch facetów, najprawdopodobniej straż miejska, albo jakiś patrol... Wpatrywałem się w dwójkę puszystych mężczyzn z lekka zaspanym wzrokiem. Nie było tajemnicą, że tej nocy nie zmrużyłem oka. Opierająca się o moje ramię siostra dotychczas zaspana, uchyliła powieki. 
- Gdzie macie rodziców? - zadał pytanie w naszą stronę, nieco się nachylając.
- Szczerze? Nie mam zielonego pojęcia... - mruknąłem jedynie w odpowiedzi, powoli podnosząc się wraz z Oreo. 
- Czyli, zgubiliście się? - w tym momencie miałem bardzo dużą ochotę przywalić mu prosto w łeb.
Pewnie zrobiłbym to, gdyby nie fakt, że był dwa razy wyższy, pięć razy cięższy i ze swoją siłą mógłby mną bez problemu rzucić o ścianę. Na piersi dumnie nosił dosyć charakterystyczną odznakę. "Rządowy pies" - warknąłem w myślach, śledząc go swoim zabójczym spojrzeniem. Miałem kolejne złe przeczucia. Oni na pewno mają coś wspólnego ze zniknięciem naszych rodziców.
- Nie wiemy gdzie są nasi rodzice... - szepnęła Corrinne, delikatnie unosząc wzrok na faceta.
- A...  Gdzie ostatni raz ich widzieliście? - dodał o wiele przyjaźniej stojący obok niego funkcjonariusz.  Wyglądał o wiele młodziej. Pewnie dopiero się uczy.
- W domu... Bo... Musieliśmy... Uc-ciec... - nie dokończyła, jedynie spuszczając wzrok z powrotem w dół.
"Dalej Shawn, musisz coś wymyślić" - warknąłem do siebie w myślach, nerwowo miętoląc w dłoni materiał kurtki.
- Rodzice nas bili, więc uciekliśmy! - wypaliłem w końcu, sam do końca nie dowierzając co właśnie powiedziałem.
Dostrzegłem kątem oka błysk w oku Corrinne, chyba coś wymyśliła.
- I dlatego mamy niebieskie włosy... Chcieli stworzyć swoje wymarzone dzieciaki, nie z tej ziemi - dowaliła, w momencie odzyskując wcześniejszą pewność siebie.
"Przepraszam mamo, przepraszam tato..." - jedynie powiedziałem w myślach, wzdychając ciężko. Nie miałem zamiaru oczerniać tak dobrych ludzi, lecz w tym wypadku sytuacja nas do tego zmusiła.
- Pójdziecie z nami... - oznajmił po kilku sekundach facet przy kości, prostując się. - Na razie pojedziemy na komendę...
***
Pewnie nie dla jednego ludzkiego dziecka przejażdżka radiowozem byłaby czymś wspaniałym, lecz nawet po długi namawianiu przez funkcjonariuszy, nawet nie tknąłem się żadnego ze sprzętów. Siedziałem cicho, wciąż będąc bardzo blisko swojej siostry. Nie mogłem pozwolić, żeby cokolwiek jej się stało. Aktualnie jesteśmy zdani jedynie na siebie, a jako że to ja właśnie jestem mężczyzną, chyba logiczną rzeczą jest, że powinienem chronić płeć przeciwną. Będąc w budynku, niemalże od razu poproszono nas o przejście do jakiegoś pokoju. Jak w krótkim czasie się okazało, było to pomieszczenie należące do psychologa. 
- Koloryzujemy...? - spojrzałem kątem oka na siostrę, która nawet na moment nie potrafiła się ode mnie odkleić.

<Corr? c: >

niedziela, 27 sierpnia 2017

Od Shawna CD Corrinne

- Dobra, dobra... - mruknąłem pod nosem. - Ale jak mam tym jeść? - uchwyciłem wzrokiem dwa, drewniane patyczki zapewne służące do jedzenie.
Dziewczyna spojrzała na mnie widocznie zmieszana. Westchnęła cicho, po czym wzięła malutki sprzęcik służący do nabierania jedzenia. Wcisnęła mi je w dłoń i ustawiła pod odpowiednim kątem.
- Teraz spróbuj - oderwała się ode mnie, śledząc każdy, najmniejszy ruch wykonywany przeze mnie wzrokiem.
Powoli zacząłem jeść. Z minuty na minutę coraz bardziej łapałem o co chodzi.
- Smaczne... Powiedz kucharce, że świetnie się spisała -  uśmiechnąłem się, ocierając brudną twarz ręką.
- Shawn idioto... Tu nie ma kucharek! - krzyknęła oburzona, odbierając mi tacę.
- Ugh... Kucharzowi? - wyszczerzyłem się szerzej. - Po prostu, było pyszne! - wykonałem kilka gwałtownych gestów rękami.
- Tobie chyba seryjnie odwala po zetknięciu się z ziemią... - westchnęła, odbierając spod mojego nosa tacę - Zaraz wracam... - dodała, wychodząc z pomieszczenia i tym samym zostawiając mnie samego.
Rozejrzałem się po pomieszczeniu... Całkiem tu ciekawie. Podniosłem się powoli z ziemi, przy tym poprawiając swoją niebieskawą czuprynę dłonią. Mimo, iż Corrinne wytłumaczyła mi wszystko, wciąż kilka luk pozostało w mojej głowie. Nadal myślałem o rodzicach, których de facto nie widziałem od kilku dni...? Godzin...? Nie mam zielonego pojęcia. Spałem przez jakiś okres czasu, który dotychczas nie został mi bliżej określony. Ugh... Nienawidzę uczucia nie-wiedzy...
- Już jestem! - dotarł do mnie ten sam, znajomy głos Corr.
- Cieszę się... - burknąłem pod nosem, cały czas wpatrzony w ozdoby ścienne.
W końcu po chwili odwróciłem się przodem do niej. Trzymała bardzo dziwny przedmiot w ręce...
- I mam coś dla ciebie... - uśmiechnęła się złośliwie, unosząc do góry coś na wzór białego kimona. - Przebieraj się - podała mi komplet.
- NIE MA TAKIEJ OPCJI! - warknąłem w momencie odsuwając się do kąta. - W tym, starym i funkcjonalnym ubraniu posiadam bardzo dużo fajnych skrytek!

<Corr? Zmusisz mnie? ( ͡° ͜ʖ ͡°) >

piątek, 25 sierpnia 2017

Od Shawna CD Corrinne

Wpatrywałem się w siostrę, która była coraz dalej. Chciałem za nią pobiec. Czułem, że może stać się jej coś naprawdę złego. Nie dałbym rady sobie tego wybaczyć. Przejechałem ręką po widocznie czerwonym policzku. Chyba mi się należało.
Westchnąłem cicho, po czym odwróciłem się na pięcie w stronę drzwi. "Będą się martwić..." - stwierdziłem, przyglądając się wejściu do domu.
- Ale mimo wszystko... Corrinne jest ważniejsza - uśmiechnąłem się delikatnie, po czym ruszyłem w stronę którą odleciała.
Miałem świadomość, że mogę pożałować tej decyzji. W końcu wybieranie się pieszo za osobą zdolną do latania, jest jak ściganie się w pływaniu z rybą... Lecz dla niej, mógłbym nawet skoczyć w ogień...
***
- To chyba nie był zbyt genialny pomysł.. - mruknąłem pod nosem, przyglądając się zegarkowi na nadgarstku. 
Błąkałem się po tym głupim lesie od dobrych dwóch godzin. Za żadne skarby nie mogłem znaleźć choćby malutkiego piórka ze skrzydła siostry... To przynajmniej można by było zaliczyć do tropu. Oparłem się jedną z rąk o drzewo. Moje nogi naprawdę zaraz odmówią posłuszeństwa... Przysiadłem pod rośliną, uprzednio służącą jako rzecz do podparcia się. Czułem, że pomiędzy mną, a moją siostrą istnieje pewna więź ciągnąca nas do siebie, lecz teraz nie potrafiłem jej uchwycić. Zgubiłem się w lesie - no nieźle.
- Jesteś idiotą... - warknąłem sam do siebie, wpatrując się w zabłocone buty. Jeszcze rano były białe... - Muszę ją znaleźć za wszelką cenę! - poderwałem się w oka mgnieniu z ziemi.
Przemierzyłem kolejne kilka kilometrów, grzebiąc się pomiędzy drzewami. Naprawdę czułem, że zaraz nogi mi odpadną, gdy nagle... Jak znikąd pojawił się przede mną dosyć spory budynek. Kilkanaście pytań w momencie pojawiło się w mojej głowie. Ratunek! I tak już od kilkunastu minut dosłownie zdychałem z przemęczenia. Bieg i brak dostępu do wody - bardzo złe połączenie. Zbliżyłem się do drzwi równie szybkim krokiem co wcześniej. Czułem jak powoli odpływam... Walnąłem kilka razy ręką w twardą powierzchnię. Nie zdążyłem dostrzec następnego ruchu, a już znalazłem się przy ziemi.
***
"Cholera! To głupie światło strasznie daje po oczach" - warknąłem, najwidoczniej budząc się ze snu. Mojemu umysłowi zajęło chwilę zarejestrowanie wszystkiego... Przeskanowałem wzrokiem całe pomieszczenie, w którym aktualnie się znajdowałem. Dostrzegając dobrze znaną mi postać, niemalże od razu się ożywiłem. Dotychczas chyba mi się uważnie przyglądała, lecz nagle po moim przebudzeniu odwróciła wzrok w zupełnie inną stronę. Poderwałem się szybko z maty na której leżałem.
- CORRINNE! - chciałem rzucić się na nią z uściskami, lecz w porę przypomniała mi się nasza kłótnia. Spuściłem delikatnie wzrok, podobnie jak ona przed momentem. 
- Dlaczego tu przyszedłeś? - zapytała cicho, bawiąc się jednym z elementów swojego białego kimona z czerwonymi paskami. - Mog- - nie zdążyła dokończyć.
Ostatecznie nie wytrzymałem i rzuciłem się na nią z otwartymi ramionami.
- Przepraszam, że jestem takim głupim egoistą! - krzyknąłem. - Za nic w świecie nie chcę cię zostawiać!
<Corr? c: >

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Od Shawna CD Corrinne

- Spróbuj tylko powiedzieć co jeszcze, a przysięgam, że dostaniesz w pysk... - warknąłem pod nosem, kątem oka przyglądając się chłopakowi.
- Ktoś taki jak ty, będzie próbował do mnie podskoczyć? - prychnął wyraźnie rozbawiony.
"Shawn, opanuj się..." - mruknąłem do siebie, zaciskając ręce w pięści. Wycofałem się o kilka metrów do tyłu, po czym uruchomiłem zawieszoną na uchu słuchawkę. W sekundzie rozbrzmiał mój ulubiony, de facto dosyć stary kawałek typu nightcore. Taak, jestem chłopakiem i słucham takiej muzyki, jakiś problem?
Już sięgałem w stronę szyi, aby poprawić... Tsa, prawie zapomniałem, że szalik został w domu. Pewnie wciąż wiruje w bębnie pralki. Westchnąłem cicho, już zupełnie zrezygnowany. Ostatecznie wyciągnąłem z małej sakiewki w kurtce drugą, bezprzewodową słuchawkę. Włożyłem ją niemalże od razu do ucha, tym razem, całkowicie wyłączając się na świat. Chciałem wrócić do domu. Życie moje, jak i zarówno mojej rodziny wisi na cienkim włosku, co bardzo mi się nie podobało.
- Idioci... - dodałem pod nosem, przyglądając się zgrai chłopców, którzy przyglądali się mojej siostrze jak jakiejś zdobyczy.
Przyglądałem się wysokiej kobiecie, która prowadziła za rękę co najmniej dwuletnią dziewczynkę. Biedne dziecko... Możliwe, że w tak młodym wieku straci dach pod głową. Jednak z drugiej strony... Nie będzie widzieć różnicy. Zapewne za kilka lat nawet nie będzie pamiętać, że kiedykolwiek posiadała matkę. Prześledziłem wzrokiem kolejnych kilkunastu chłopców, aż dotarłem do dobrze znanej mi postaci. Corrinne rozmawiała z jakimś najwidoczniej osieroconym. Westchnąłem cicho, odwracając wzrok w zupełnie inną stronę. Gdyby nie fakt, że aktualnie świat jest poza mną, to zapewne znalazłbym się już przy niej.
Po kilkunastu minutach ciągłej drogi, zatrzymaliśmy się przy jakimś zawalonym domu. Co prawda - połowa z niego wciąż była "zdatna" do zamieszkania. Przeskanowałem dokładnie budynek wzrokiem, po czym niemalże w ułamku sekundy znalazłem się przy siostrze.
- Coś czuję, że to nasz tymczasowy dom... - powiedziała, wyczuwając moją obecność.
- Pff... Akurat ten świat nie jest naszym problemem. Możemy równie dobrze wrócić do D O M U - mruknąłem pod nosem, patrząc jak grupa wchodzi do środka.
- Jak możesz tak mówić? - dziewczyna delikatnie zmrużyła oczy.
- Huh? No co. Taka prawda... - warknąłem, stojąc przed nią z twarzą przysłoniętą włosami.
Chyba ta cała "zazdrość" wyniszcza mnie od środka. Zachowuje się chamsko w stosunku do swojej siostry, bo po prostu wkurzył mnie jakiś mały szczyl. Jakież to LOGICZNE!
- Martwię się o rodziców, okay?! - krzyknąłem, podnosząc głowę delikatnie do góry. - Matka gdzieś zniknęła, a ojciec poszedł ją szukać... To może się źle skończyć... - mruknąłem, odchodząc w stronę drzwi.
<Corrinne? c: >

sobota, 5 sierpnia 2017

Od Shawna CD Corrinne

Kątem oka spojrzałem na siostrę, która wciąż kurczowo trzymała się mojego rękawa. Jakby za nic w świecie nie chciała mnie w tym momencie pościć...
- Hej... Jak się nazywacie? - brunetka przykucnęła przy nas.
Miała na sobie dosyć skąpe ubrania... Było jej widać cały dekolt.
- Jesteście tacy słodcy!!! - pisnęła jak dziecko, widocznie podekscytowana.
- Ja jestem Shawn, a to jest moja siostra Corrinne - powiedziałem, spoglądając kątem oka na siostrę. Trząsła się z zimna... Tak jak wtedy nad fontanną.
- Ouhh!!! Jak bardzo miło mi was poznać! - pisnęła, a jej dekold aż podskoczył.
Na co ja się patrzę...
- Ustawcie się za innymi dziećmi - wskazała na kilkanaście ludzi naszego pokroju.
Cholera... Byli praktycznie sami chłopcy. Tylko jedna dziewczyna, na dodatek młodsza... Miała chyba 3 lata.
- Jak tam? - zacząłem, gdy ruszyliśmy za grupą - tak jak się spodziewałem - w stronę schronu.
- Źle... Chcę do mamy... - wyszeptała, wciąż nawet nie mając zamiaru oderwać się ode mnie.
- Cześć, jestem Bob (Homunculubulubulus) - odezwał się chłopak, który szedł przed nami.
Przeskanowałem go wzrokiem... Nie byłem pewien, czy Corrinne będzie bezpieczna w jego towarzystwie. Zmrużyłem oczy, patrząc, jak wlepia swój wzrok w siostrę. Ściągnąłem z siebie marynarkę i bez namysłu zarzuciłem nią na odkryte ramiona Oreo.
- Jestem Shawn - warknąłem.
"Och... Chyba ktoś dołączył do kolekcji głów na ścianie... Wszyscy, którzy gapili się na Corrinne... Wspaniale..."
<Corrinne? 50 twarzy Nutelli xD>

piątek, 4 sierpnia 2017

Od Shawna CD Corrinne

- Daj mi rękę - powiedział ojciec, wyciągając w moją stronę dłoń.
Lekko się zawahałem, lecz ostatecznie wyciągnąłem w jego kierunku kończynę. Owinął nas jakiś dziwny, srebrny wiatr... Wszystko zniknęło, a my staliśmy po środku nicości. Wpatrywałem się prosto przed siebie, czekając na jakąkolwiek zmianę widoku. Stało się to, a przede mną pojawił się ogromny zamek. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom... PRZENIEŚLIŚMY SIĘ DO ŚREDNIOWIECZA?!
- Co to za miejsce? - zapytałem, puszczając dłoń ojca.
- Tutaj twoi rodzice się ostatecznie spiknęli - wyszczerzył się głupawo, ruszając prosto w stronę wejścia do budowli.
Nie odezwałem się słowem. Po prostu ruszyłem za ojcem.
***
Drzwi otwarły nam jakieś dwie obce kobiety. Uśmiechały się serdecznie w moją oraz mojego ojca stronę. Nie odwzajemniłem gestu - nie znałem ich. Poprowadziły nas one przez korytarze tego jakże ogromnego zamku. Na serio... Wszystko wyglądało, jakby na serio zostało zbudowane w średniowieczu. Shawn - za dużo gier...
Dotarliśmy w końcu do miejsca, gdzie... Stały dwie, najpiękniejsze kobiety na ziemi. Zgadza się - moja matka, wraz z Corrinne. Zarówno mi, jak i ojcu szczęka opadła, gdy zauważyliśmy skrzydła, które wyrastały prosto z ich pleców. 
- O mój... - wymruczał pod nosem ojciec, mając wzrok wlepiony w mamę. 
Przypatrywałem się Corrinne. Gdy tylko zauważyła mój wzrok na sobie, na jej twarzy pojawił się charakterystyczny rumieniec... Wygląda tak słodko, gdy to robi... 
- Chodźcie się przebrać - mama uśmiechnęła się w moją stronę, podchodząc bliżej. 
Chwyciła mnie za rękę i pociągnęła za sobą w stronę - jak mogłem się spodziewać - garderoby. Bez jakiejkolwiek mojej ingerencji wciśnięto mnie w czarny garnitur, założono muszkę i ubrano buty. Wyglądałem jak mały bogacz... Jeszcze tylko okularów brakowało...
- Jak słodko wyglądasz! - stwierdziła mama, mając na swojej twarzy szeroki uśmiech.
- D-Dziękuję? - wydusiłem, poprawiając jedną ze sznurówek swojego buta. 
- Chodźmy na salę! Twoja siostra i tata już czekają.

Rzeczywiście tak było. Corrinne stała wraz z tatą przy bufecie. Siostra trzymała w rękach soczek jabłkowy, natomiast ojciec zajadał ciasto. 
- Zaczekacie kilka minut? Tatuś z mamusią idą na balkon - schylił się do naszego poziomu wysoki mężczyzna. 
Niepewnie przytaknęliśmy głowami. Rodzice szybko zniknęli za drzwiami balkonowymi... Spojrzałem na siostrę. Najchętniej wpatrywałbym się w jej oczy godzinami...
- Co tam? - zapytała pierwsza, odkładając pusty kartonik na stolik.
- Zatańczymy? - uśmiechnąłem się delikatnie.
<Corrinne?> C:

Od Shawna CD Corrinne

Do mojego mózgu nie dochodziło, co się w tej chwili dzieje. Gdy tylko propozycja mężczyzny odbiła się wokół moich uszu, moje oczy mimowolnie otwarły się dwa razy bardziej.
- Z tym debilem?! - warknąłem pod nosem w taki sposób, aby tylko stojąca obok mnie siostra mogła usłyszeć to krótkie stwierdzenie.
Spojrzenie ojca było bardzo wymowne - usłyszał moje słowa. Przekląłem głośno ślinę, widząc jego zaskoczony głos na sobie... Chyba do mamy również dotarła ta informacja, poprzez telepatyczne porozumiewanie się z ojcem. Oj... Chyba czeka mnie pogadanka w domu.
- Myślę, że... - ojciec spojrzał wymownie na matkę, która jedynie delikatnie przytaknęła głową, przy tym wywracając oczami.
- Taa... Przystaniemy na tej propozycji - westchnęła cicho, wciąż mając skwaszoną minę.
Nie, nie i jeszcze raz nie! Dlaczego moi rodzice nagle stali się tacy ślepi! Ten chłopak chce nas zabić, a nie wspólnie zabić!
- Chyba cierpię na sklerozę, przepraszam... To jest mój syn, Beniamin - ułożył swoją dłoń na jego głowie, po czym delikatnie poczochrał jego włosy.
- Dzień dobry... - zrobił maślane oczka... Jak nigdy dotąd...
- Ought... Chyba chodzisz z naszymi dziećmi do przedszkola, czyż nie? - mama zmierzyła go podejrzliwym wzrokiem.
Ten tylko przytaknął delikatnie główką. "Ja pie*dole..." - warknąłem w myślach, już wyobrażając sobie jak wykręcam mu łeb.
- Shawn... Masz bardzo złe myśli - przeczesałem dłonią swoją niebieską czuprynę.
- Coś się dzieje? - Corrinne spojrzała na mnie kątem oka.
- Błagam. Zadzwoń po jakiegoś terapeutę, bo już na serio nie wytrzymuję psychicznie...
***
Ach... Jak zwykle! Rodzice prowadzą pogawędkę, a dzieci won się bawić. Musieliśmy siedzieć na tym samym placu zabaw, z tym samym idiotą... Jezu Chryste, niech ta męka się już skończy (;_;)
- Bawimy się w Simon Mówi! - krzyknął chłopak, stojąc kilka metrów od nas.
- Em... Nie - skrzyżowałem ręce. - Cały czas bawimy się w to co ty chcesz! Teraz nasza kolej, żeby wybrać zabawę! - zmrużyłem oczy.
- Nooo proszę, proszę... Mały Shawn znowu się postawia? - na jego twarzy pojawił się złośliwy uśmiech.
- Tak, a żebyś wiedział! - warknąłem. - Najchętniej... - miałem przejść do gorszego wyzywania Beniamina, lecz powstrzymał mnie delikatny dotyk siostry.
Odwróciłem się w jej stronę. Spojrzałem prosto w jej niebieskie oczy... Jest dla mnie najważniejsza na całym świecie...
- Nie zniżaj się do tego poziomu... - doszedł do mnie jej cichy szept.
Dalej wpatrywałem się w nią bez słowa. Jej oczy tak pięknie błyszczą...
Całą "magię" tej chwili zepsuł wyraźny śmiech chłopaka. Odwróciłem się z powrotem w jego stronę.
- Czego rżysz? - mruknąłem.
- Pułapka! - jego słowa mnie zdezorientowały... Co miał na myśli?
Spojrzałem w dół... Cholera... Z jak dotychczas myślałem "parkietu" prysnęła woda. Staliśmy na fontannie, która jak na złość została wbudowana w ziemię. Corrinne stała na jednym z paneli, który wypuszczał wodę... Zorientowała się za późno... Po chwili stała przed nami, przemoczona do suchej nitki. Przez zmoczoną sukienkę można było dostrzec... Ekhem... Różne części jej ciała. Wlepiłem w nią swój wzrok... Zanim strumień wody ustał, rzuciłem się w stronę siostry i niemal natychmiast okryłem ją swoją suchą bluzą. Chociaż... Nie wiem dlaczego, ale ten widok mi się podobał...

<Corrinne? Lenny lenny... *

poniedziałek, 31 lipca 2017

Od Shawna CD Corrinne

Spojrzałem na kalendarz, który wisiał nad moim łóżkiem. Przeskanowałem wzrokiem rząd cyferek...
- Dzisiaj jest... - mruknąłem pod nosem, przeczesując swoją niebieską czuprynę dłonią. - URODZINY?! - wydarłem się.
- Shawn, czy mógłbyś się... - doszedł do mnie głos siostry, która najprawdopodobniej nie spała od kilkunastu minut.
Siedziała na swoim wózku ubrana w śnieżnobiałą sukienkę. Gdzieniegdzie posiadała ona niebieskie elementy...
- Ślicznie wyglądasz... - wyszeptałem, patrząc jej prosto w oczy.
- Ubieraj się... - mruknęła pod nosem, szybko odwracając ode mnie swoje spojrzenie.
Mozolnie wygrzebałem się spod pierzyny, po czym wcisnąłem swoje stopy w czerwone kapcie. Podszedłem do szafy...
- Gdzie jest mój szalik! - krzyknąłem przerażony, przyglądając się miejscu, gdzie powinna się znajdować moja ulubioną część garderoby.
- W praniu - burknęła będąca kilka metrów dalej dziewczyna.
- COOOO?! - wydarłem się niemalże na cały dom.
- Uspokój się! - dotarł do mnie głos siostry.
Był dosyć niewyraźny, ponieważ w ułamku kilku sekund znalazłem się w łazience. Rzeczywiście... W bębnie kręcił się dobrze znany mi materiał.
- Nie!!! - krzyknąłem, uderzając pięścią w szybę.
Zanim zdążyłem cokolwiek zrobić, za drzwiami usłyszałem wołanie mamy. Zebrałem się powoli z podłogi... "Ale on jeszcze nie był taki brudny" - mruknąłem w myślach. "Prałem go... Em... No... Prali go w sklepie! Na 100%".
***
- Wszystkiego najlepszego! - powiedzieli chórkiem rodzice, którzy najwidoczniej czekali na nas w kuchni.
Wraz z Corrinne staliśmy w wejściu do pokoju... Trzymałem jej wózek (a raczej opierałem się o niego łokciem, ale to zupełne inna kwestia...)
- Dlaczego mój szalik... - chciałem mówić dalej, lecz zatrzymało mnie mordujące spojrzenie siostry. Zapewne nie chciała, żeby rodzice musieli zajmować się teraz jakimś "głupim" szalikiem. Odpuściłem. Podjechałem wraz z Corrinne do małego stoliczka, na którym stało niebieskie ciasto.
- Pomyślcie życzenie - uśmiechnęła się w naszą stronę mama.
Spojrzałem na siostrę, której wzrok od kilkunastu sekund był wlepiony w kilka małych płomyczków. Patrzyła na nie jak zaczarowana. Chwyciłem ją za rękę.
- Na trzy? - uśmiechnąłem się delikatnie.
Spojrzała na mnie. Jej niebieskie oczy... Wyglądały w tym momencie jak dwa, blade jeziora... Zupełnie pozbawione życia i jakiegokolwiek szczęścia... Przytaknęła delikatnie głową.
- Raz...
- Dwa... - dodała.
- Trzy!
W tym samym momencie z naszych ust wypłynął lekki podmuch wiatru, który od razu zgasił świeczki. Tata wystrzelił konfetti, a mama zaczęła klaskać. Nadal nie byłem szczęśliwy... Nie potrafiłem się śmiać, u boku przyglądając się cierpieniu Corrinne.
- Wszystko okay? - zapytałem cicho.
Znowu spojrzała na mnie. Zacisnęła mocniej swoją rękę na mojej dłoni, po czym... Wstała... Jej oczom jakby od razu został przywrócony ten sam blask, który nie połyskiwał od kilku miesięcy...
- Ty! CHODZISZ! - wydarłem się praktycznie tak samo głośno, jak wtedy, gdy opłakiwałem swój szalik.
- Em... No... - wyszeptała coś pod nosem.
- Nawet nie wiesz jak się cieszę! To najlepszy prezent na urodziny! - krzyknąłem, przytulając się do niej.
<Corrinne? AWWWW C: >

piątek, 28 lipca 2017

Od Shawna CD Corrinne

Wychodziłem właśnie z łazienki, gdy dostrzegłem jasnookiego chłopca... Przekroczył pewną granicę, której nie pozwalałem przekroczyć żadnej z osób trzecich.
- Spróbuj tylko... - warknąłem pod nosem.
Uchwycił obie rączki wózka, po czym pociągnął siostrę w stronę jedego z ciemniejszych zakątków. Czułem jak coś we mnie zaczyna się gotować. Poprawiłem szalik, po czym niemalże od razu ruszyłem za nimi.
Widząc jak upada na ziemię... Serce zaczęło mi krwawić... Nie potrafiłem znieść tego widoku.
- Po co ci oko, skoro i tak nic nie widzisz? Zabawmy się! - zaśmiał się chłopak, podnosząc swą prawą rękę do góry. W mgnieniu oka znalazłem się tuż obok... Uchwyciłem jego dłoń w powietrzu. Wszystko jakby na chwilę się zatrzymało. Mina mu zrzedła, gdy mnie zauważył.
- Po co ci mózg, skoro nie umiesz go używać? - warknąłem pod nosem, zaciskając swoją dłoń w pięść. - Tkniesz jakąkolwiek dziewczynę... Nie śmiej się nazywać w przyszłości mężczyzną - odepchnąłem go na ziemię, jak najdalej od siostry.
- Corr, nic ci nie jest...? - zapytałem, kucając tuż obok niej.
Otrząsnęła się... Wlepiła we mnie swój niewyraźny wzrok.
- Teraz znowu nie da ci spokoju... - wyszeptała, wciąż widocznie szukając mnie wzrokiem.
Objąłem jedną ręką jej drobną twarzyczkę. Skierowałem ją prosto na siebie...
- O mnie się nie martw...
Już szykowałem się do podniesienia siostry, gdy... Wyczułem bardzo nieprzyjemny ból z tyłu głowy.
- Ty... - warknąłem pod nosem, przejeżdżając dłonią po niebieskich włosach na głowie.
Odwróciłem się... Stał z kilkoma kamieniami w ręce. Jakoś udało mi się podnieść...
- I komu jest teraz do śmiechu? - mruknął stojący przede mną chłopak.
- Temu, który może cię zabić w każdym momencie - warknąłem, biorąc krótki zamach.
W mojej dłoni pojawiła się mała kulka światła, którą trafiłem prosto w jego jasne oczy. Syknął z bólu, cofając się o kilka kroków. Szybko uchwyciłem kamień, który wypadł mu z ręki... Rzuciłem nim prosto w jego nogę. Upadł.
- Masz coś jeszcze do powiedzenia?! - krzyknąłem, przytrzymując jego szyję w objęciach swojej dłoni.
- Kiedyś tego pożałujesz...
Przycisnąłem mocniej... Chciałem go zabić...
<Corr? :3 >

czwartek, 27 lipca 2017

Od Shawna CD Corrinne

Nie mogłem spać. Cały czas o niej myślałem. Byliśmy bliźniakami - Ja i Corrinne, rodzeństwo na zawsze. Niemal identyczne rysy twarzy, kolor oczu oraz ubarwienie włosów. Wpatrywałem się w szybę, po której spływały kropelki deszczu... Chcę do Corrinne...
Usłyszałem, wyczułem, a zarazem dostrzegłem otwierające się drzwi. Za nimi stała ciocia.
- Nie chcesz nic zjeść? - zapytała cicho, jedną nogą wchodząc do pomieszczenia.
- Co z Corrinne? - odpowiedziałem pytaniem na pytanie.
- Nie mam... Ona... - przysiadła na krześle, kilka metrów dalej od łóżka. - Skąd masz scyzoryk? - słysząc ostatnie słowo, automatycznie uniosłem na nią wzrok.
- Nie wiem o co chodzi - mruknąłem pod nosem, udając, że jestem zmęczony i chce mi się spać.
- Vane, chodź! - "uratował mnie" głos partnera cioci, który chyba był na dolnym piętrze.
- Jeżeli będziesz chodzić do szkoły, mogę ci podrzucić inne zabawki - powiedziała, odchodząc.
Wtuliłem się w kraniec zielonej kołdry... Nie wziąłem z domu swoich zabawek... Co będę robić przez następne kilka dni?
***Następny dzień, krótka wstawka z przedszkola***
Ciocia rozmawiała z panią, podczas gdy ja, przebierałem buty. Nie chciałem tu przychodzić. Nienawidziłem tego miejsca... To właśnie tutaj musiała się wydarzyć ta tragedia.
- Odbiorę go po obiedzie... Tuż przed leżakowaniem...
- Dobrze, dobrze...
Rozmowa dwóch kobiet tylko przelatywała mi obok uszu. Praktycznie nic nie docierało do głowy...
- Chodź Shawn, idziemy do dzieci - uśmiechnęła się w moją stronę przedszkolanka.
- Nie chcę - powiedziałem, dobrze zdając sobie sprawę z tego, że na głównej sali będą dzieci z różnych grup.
- Hej... Po przedszkolu pojedziemy do Corrinne, okay? - kolejne słowa, które nie do końca trafiły do mojej głowy.
- To ich wina... - szepnąłem pod nosem, myślami przenosząc się do sytuacji sprzed kilku godzin.
- Co masz na myśli...? - zbyłem pytanie, wbiegając do sali.
Od razu ich zobaczyłem. Moje oczy przybrały dziwnie krwisty kolor... W mgnieniu oka znalazłem się obok starszych chłopców.
- To wasza wina! - krzyknąłem, zaciskając ręce w pięści.
- Czego? - warknął jeden z nich.
- TO WASZA WINA, ŻE CORRINNE JEST W SZPITALU!  - wydarłem się, już nie mając pojęcia, czy chce mi się płakać, czy może uderzyć ich z pięści.
- Co ty gadasz maluchu? - prychnął.
- Wczoraj... To przez was... - wymruczałem pod nosem.
- A nie przez ciebie? Musiała bronić swojego głupiego braciszka...
Odsunąłem się o krok. "Moja wina...?" - zapytałem samego siebie w myślach. Odwróciłem się. Puste spojrzenia wszystkich dzieci.
- To twoja wina! - krzyknęli wszyscy, łącznie z panią, która właśnie wchodziła do sali.
- Nie... - szepnąłem, śledząc wszytko dookoła.
- To twoja wina! - powiedzieli znowu chórkiem.
- Nie! - wydarłem się.

Boisz się... To twoja wina... Przez ciebie Corrinne leży w szpitalu!

Corrinne wyszła ze szpitala. Jeździ na wózku, słabo widzi. Nie może sama funkcjonować. Do przedszkola chodzi tylko jeden, czasami dwa razy w tygodniu. Zdażają się sytuacje, gdy nie ma jej przez cały tydzień, albo nawet kilka pod rząd. Wtedy najczęściej muszę spędzać te kilka godzin samotnie... Często rodzice muszą jeździć z siostrą gdzieś daleko. Wtedy zostaję u cioci. Wszystko się zmieniło... Praktycznie w ogóle nie rozmawiam z siostrą. Nie mam z nią relacji takich jak kiedyś. Oddaliśmy się od siebie. Nie widujemy się... Spełniły się moje najgorsze sny.
***
Noc. Nie potrafiłem zasnąć. Ciągle męczyły mnie myśli i wizje. Tak. Cały czas miałem przed sobą ten moment. Moment upadku, który całkowicie zniszczył życie siostry, a po części rowież moje.
- To moja wina... - wyszeptałem pod nosem, patrząc na jasne lampki, które wisiały mi nad głową.
- Co? - zamarłem słysząc głos siostry. Podniosłem się. Siedziała oparta o ścianę przy swoim łóżku. Był w końcu środek nocy... Myślałem, że śpi.
- Dlaczego nie śpisz? - kontynuowałem pierwszą, tylko i wyłącznie naszą konwersację od jakiś kilku tygodni.
- Co miałeś na myśli, mówiąc, że to twoja wina?
Zapadła chwila ciszy. Nie wiedziałem co powiedzieć... Ona... Tamten kamień...
- To przeze mnie teraz nie chodzisz! - wyznałem to, co od kilku miesięcy trzymałem tylko w swojej głowie. - To moja wina, że nie potrafiłem ciebie wtedy obronić! - krzyknąłem. - Gdybym nie stchórzył, nadal byś chodziła!
<Corrinne?>


niedziela, 23 lipca 2017

Od Shawna CD Corrinne

- Shawn, unieś głowkę do góry - mama delikatnie uśmiechnęła się w moją stronę, przy tym przykładając do moich nosdrzy jeden z wacików.
- Boli - szarpnąłem się, czując nieprzyjemne uczucie, które przeszywało cały mój brzuch.
- Co cię boli? - odsunęła się kilka centymetrów, przyglądając mi się pytającym wzorkiem.
Wskazałem palcem na brzuch. Mama powoli odsłoniła koszulkę, a gdy zobaczyła kilka siniaków... Dostrzegłem jej osłupione spojrzenie, podczas wpatrywania się w wynik "wywrotki".
- Peter, podaj mi lód! - krzyknęła w stronę ojca, który szykował obiad z pomocą Corrinne.
- Chwila! - odkrzyknął.
Nie minęła zaledwie minuta, a do pokoju w którym się znajdowaliśmy, wkroczył tata. W ręce trzymał przezroczysty woreczek z lodem, który pod wpływem dosyć wysokiej temperatury w pomieszczeniu zaczął delikatnie ociekać. Bez słowa wlepiłem w niego swe niebieskie ślepia.
- Co ku- - chyba chciał powiedzieć bardzo brzydkie słowo na literę "k", lecz powstrzymał się zauważając mordujące spojrzenie mamy.
- Daj to - warknęła stanowczo, podchodząc i odbierając tacie worek.
Chwyciła mnie za rękę, po czym odprowadziła do pokoju. W krótkim czasie zostałem zmuszony do położenia się na łóżku i nie ruszania się.
- Szczypie... - szepnąłem, zaciskając ręce w piąstki.
- Musi trochę poszczypać, żeby przestało boleć - delikatnie przeczesała moją niebieską czuprynę dłonią. - Bądź dzielny...
***
Dlaczego tak jak inne dzieci, nie niewam koszmarów, ani snów z dobrym zakończeniem? W nocy, gdy moje ciało odpoczywa, mózg ukazuje mi wizje. Zawsze w jakiś dotąd niezrozumiały przeze mnie sposób, łączą się one z wydarzeniami, które po jakiś czasie spotykają rzeczywistość...
Płomień...
Ucieczka...
Krzyczący rodzice...
Czarna postać...
Deszcz...
Dwa nagrobki...
Krzyk. Obudził mnie donośny krzyk siostry. Gwałtownie podbiałem się do góry. Zakręciło mi się w głowie.
- Corr, co jest? - zapytałem z lekka zaspanym głosem, poprawiając włosy opadające mi na czoło.
- Ała! - pisnęła nieco ciszej, chwytając się za tył głowy. - Nie mogę się ruszyć... 
Zerwałem się z łóżka, po czym szybko podbiegłem do tego, które należało do siostry. 
- Mam wołać rodziców? - zapytałem, wyczuwając jak ręce zaczynają mi się trząść. Widziałem kilka dni temu Corrinne, która pod jakimś wpływem zostaje wbita w łóżko.
Zaczęła mdleć. Jej oczy pozwoli się zamykały... 
- Melanie! - krzyknąłem, szturchając ciałem, które powoli przechodziło w stan spoczynku.
- Ciemność... - wyszeptała.
- Nie zamykaj oczu! Co się dzieje?! - wykrzyczałem. - Corrinne! - wydarłem się, mając łzy w oczach.
Skrzyp otwieranych drzwi, rodzice... Wszystko działo się strasznie szybko. Ojciec, który dzwoni po pogotowie, matka trzymająca siostrę w ramionach. Ja... Stojący przy łóżku. Bezradny. Nie mogłem nic zrobić. Zacisnąłem zęby... To oni jej to zrobili... Przez moje oczy przepłynęła jasna iskierka. Włosy delikatnie zaczęły falować i emanować dziwną energią, a w dłoniach pojawiła się mała kulka światła. Niemalże od razu oświeciła ona całe pomieszczenie...
***
Nie mam pojęcia ile czasu siedzę w szpitalu. Corrinne cały czas była na sali... To moja wina...
- Shawn, pojedziesz na noc do cioci Vane, nie możesz zostać w szpitalu... - doszedł do mnie głos taty, który właśnie chował telefon do kieszeni.
- Ale ja chcę zostać z Corrinne - powiedziałem, krzyżują ręce.
- Jutro normalnie idziesz do przedszkola... - przykucnął naprzeciw mnie. - Nie chce ci się spać? - zapytał, krzywiąc się delikatnie.
- Chcę zostać z Corrinne! - powtórzyłem.
- Szpital, to nie jest miejsce dla dzieci - westchnął cicho, podnosząc się na równe nogi.
- Nie wyciągnięcie mnie stąd siłą! - powiedziałem, mrużąc oczy.
Siedzę w foteliku. Za drzwiami stoi tata, który z małym zadrapaniem na twarzy rozmawia ze swoją siostrą... Czy ja i Corr też tak kiedyś będziemy się zachowywać? Rozejdziemy się w inne strony? 
- Jak tam...? - zapytała jasnowłosa kobieta, która właśnie zasiadła za kierownicą samochodu.
- Chcę zostać z Corr - wypowiedziałem któryś raz z rzędu to samo zdanie.
- Wiem o tym - odpaliła samochód. - Gdyby Petrowi coś się stało, też nie chciałbym go opuścić - westchnęła cicho, wyjeżdżając poza bramy szpitala. - Jutro, jeżeli lekarz się zgodzi, odwiedzimy Corrinne... Dobrze? - delikatny uśmiech pojawił się na jej twarzy. Dostrzegłem go w lusterku... "O ile wcześniej, nie ucieknę z twojego domu..." - dodałem w myślach.
***
Wieczorem, bez gadania wparowałem do przydzielonego mi pokoju. Nie zważając uwagi na docinki ze strony szopa oraz pytania cioci, zamknąłem od środka pomieszczenie. Słyszałem ich rozmowy za drzwiami, lecz w tym momencie nie mogłem przestać myśleć o siostrze. Jestem zaledwie dzieckiem - nie miałem pojęcia co się z nią dzieje... TSA... Jestem TYLKO dzieckiem ze SCYZORYKIEM w kieszeni...
<Corr?>

piątek, 21 lipca 2017

Od Shawna CD Corinne

Siedziałem w piaskownicy, beztrosko robiąc babki z piasku. Wykorzystywałem do tego przeciętą na pół butelkę, którą znalazłem gdzieś w krzakach, ponieważ inne dzieci zawsze zabierały mi foremki. Tak - nikt mnie nie lubi. Pewnie to przez mój dosyć specyficzny styl mowy oraz sposób zachowania w stosunku do innych. Nie rozumiałem żartów, nie potrafiłem się bawić... Byłem pośmiewiskiem.
- Shawn, chodź na chwilkę... - moje rozmyślanie, przerwała zaczepka przez jakiegoś chłopca.
Był ze starszej grupy. Wyciągnął mnie z piaskownicy za niebieski szalik owinięty wokół szyi. Nie umiałem się obronić - a sprostowując - nie chciałem tego robić. Wiedziałem, że jakakolwiek próba obrony skończy się dla mnie gorzej, niż oddanie kieszonkowego na lody...
- Więc... - zaciągnęli mnie za sobą do krzaków przy płocie przedszkola. Była to swego rodzaju "baza" tej grupki o dwa lata starszych przedszkolaków. - Ile masz dla nas pieniędzy? - zapytał z wyraźnym błyskiem w oku.
- Nic. Nic dzisiaj nie mam - skłamałem szeptem, zaciskając ręce na dwóch końcach szalika.
- Ojoj... - jeden z nich, przywódca, przybliżył się do mnie i przycisnął do płotu. Chwycił mnie mocno za rękę, czułem jak po chwili zaczyna mi ona drętwieć. - Czyli chcesz, żeby twojej siostrze się coś stało? - uśmiechnął się gniewnie, wypuszczając mnie z objęć.
- Dobra! Ale jak wam ją dam, to macie się nie zbliżać do Corrinne! - wyszeptałem, już sięgając drugą ręką do kieszeni.
Dostałem kilka solidnych kopniaków w brzuch... "Cholera jasna, zostaną siniaki" - warknąłem w myślach, przecierając swój krwawiący nos dłonią. Zawsze, w najgorszym momencie musiałem dostawać ataku astmy... Przez stres, z moich nozdrzy zawsze wydostaje się krew.
- Zostawcie m o j e g o brata! - warknęła przez zęby dziewczyna, która przed chwilą pojawiła się kilka metrów od nas.
- Uciekaj... - wyszeptałem prawie niesłyszalnie, podtrzymując się na nogach przy pomocy stojącego obok płotu.
- O nie, toż to nasza Oreo! - zaśmiali się, podchodząc do niej.
Jeden z chłopaków popchnął ją na ziemię. Wszyscy, bez wyjątku zwrócili swą uwagę na nią. Wykorzystałem to i bez namysłu wyciągnąłem scyzoryk, który zawsze trzymałem przy sobie.
- Odczepcie się ode mnie i mojej siostry - warknąłem pod nosem, w trzęsących się rękach trzymając nożyk.
Zbladli, przyglądając się przedmiotowi, który trzymałem w dłoni. Chłopak, który przed chwilą mnie pobił, odsunął się o krok. Powoli zbliżyłem się do Corrinne i hybrydy, którzy byli kilka metrów ode mnie. Wciąż trzymając broń namierzoną na nich, podszedłem do dobrze znanej dwójki.
- Czy wszystko dobrze? - zapytałem cicho w stronę dziewczynki, która leżała za mną.
- Tak - podparła się o grzbiet hybrydy, po czym stanęła, podpierając się delikatnie o moje plecy.
- Jeszcze raz... - warknąłem, po czym chwyciłem siostrę za rękę i odbiegłem z nią w stronę jedynego, ukrytego wyjścia z przedszkola.
Bez gadania przedostaliśmy się przez niewielką dziurę w płocie, która została przeze mnie stworzona kilka dni wcześniej. Czasami "idąc do toalety" tak naprawdę wychodziłem na krótki spacerek po mieście.
- Idziemy do domu - postanowiłem, wciąż trzymając Mel za rękę.
- Co? - zatrzymała się w miejscu. - I co chcesz powiedzieć rodzicom? - zapytała, krzyżując ręce.
- Astma - powiedziałem krótko, ponownie chwytając ją za dłoń. - Chodźmy, zanim się zorientują.
***
Drzwi od domu były otwarte, więc bez zastanowienia wszedłem do środka wraz z siostrą. Na wstępie przywitał nas ojciec, który prawie upuścił trzymany w rękach przedmiot - szklankę z sokiem.
- Corrinne, Shawn, co wy tu...? - zapytał skanując nas wzrokiem. - Shadow! - krzyknął, po czym przykucnął przy nas.
- Czego się dre- - nie dokończyła, wchodząc do przedpokoju ze szmatką w ręce. - Dzieciaki, co się stało?! - krzyknęła głośniej niż tata, rzucając się w naszą stronę.
Spojrzałem wymownym wzrokiem na siostrę - bajeczka rozpoczęta.
- Bo ja się tak strasznie przestraszyłam, gdy Shawn dostał krwotoku z nosa, że... Przybiegłam z nim do domu, bo bałam się, że coś mu się stanie i... Po drodze się przewróciliśmy... - powiedziała zgodnie z nie prawdą.
- Boże święty... - mruknął tata, skanując moją z lekka ubrudzoną od krwi twarz.
Puściłem oczko w stronę siostry, która patrzyła na rodziców ze sztucznie zmartwioną miną.
<Mell?>
Mia Land of Grafic