niedziela, 16 lipca 2017

Zagrożeni

UWAGA!
Wszystkie osoby niżej wymienione, proszone są o napisanie JAKIEGOKOLWIEK opowiadania do 16.07.2017. Ewentualnie ZADEKLAROWANIE napisania opowiadania w NIE DŁUŻSZYM czasie, niż dwa tygodnie. Jeżeli nie zostanie ono napisane, postać zostaje wyrzucona.

~~~
Traveling Stars 

Horo- Ostatnie opowiadanie 21.02

 Desert Eagles 

Ayano- Ostatnie opowiadanie 07.02

Arya- Ostatnie opowiadanie 24.02

Gintoki- Ostatnie opowiadanie - a raczej jego brak - 04.03

Laura - Ostanie opowiadanie 18.06

Chloë - Ostatnie opowiadanie 08.05

 Guardians of the Galaxy 

Rite- Ostatnie opowiadanie 02.04


Felix - Ostatnie opowiadanie 18.06

 Spirit of Shining Star 

Hige - Brak aktywności usprawiedliwiony 08.04

Yuki- Ostatnie opowiadanie- raczej jego brak - 06.03 

Sharni - Brak aktywności usprawiedliwiony
Dzięki Haze za pomoc ♥ 
~~~

~Administracja i Haze XD


piątek, 14 lipca 2017

Od Yusuke cd. Sharni

Obserwowałem dziewczynę z wyrazem zaskoczenia na twarzy.
- Z kim rozmawiasz? - Uśmiechnąłem się do niej delikatnie. - Bo ten... No...
- Z moim towarzyszem... - Pogłaskała powietrze, a ja nie wiedziałem jak mam na to zareagować.
- Ale tu nic nie ma...
- Pokazuje się tylko kiedy chce. - Odparła spokojnie.
- Aha...
Odwróciłem wzrok od dziewczyny i zacząłem obserwować innych obywateli tego jakże pięknego miasta, którzy spokojnie siedzieli sobie przy stolikach. Ludzie są bardzo interesujący....
- Może przejdziemy się? - Zaproponowałem nagle.
- Co? - Zapytała zaskoczona, moją propozycją.
- No spacer... Po parku może? - Uśmiechnąłem się łagodnie.
- Ym... Okej... - Pokiwała delikatnie głową.
Jeszcze trochę czasu spędziliśmy w kawiarni, po czym opuściliśmy ją i udaliśmy się do publicznego parku, który znajdował się niedaleko. Podczas tej przechadzki, żadne z nas się nie odzywało, co mi w sumie bardzo nie przeszkadzało. Lubiłem ciszę i podziwianie widoków. Nagle zauważyłem wiewiórkę, która przemknęła tuż koło mojej nogi. Zaskoczony odskoczyłem na bok i westchnąłem cicho.
- Coś się stało? - Usłyszałem głos towarzyszki i podszedłem do niej, kładąc delikatnie rękę na jej ramieniu.
- Wszystko jest ok... Może usiądziemy na ławce? - Nie czekając na jej odpowiedź pociągnąłem ją w stronę ławki i wraz z dziewczyną usiadłem na niej. - Sharni...
- Hmm?
- ładne imię... - Spojrzałem w niebo i zamknąłem na chwilę oczy.

< Sharni? c: >


Od Gilberta Cd. Vane

Ile to już minęło? Chyba z dwa tygodnie... A ja nadal nie mam nic do roboty i siedzę w prawie, że pustym pokoju i wpatruję się godzinami w ścianę. Nagle coś zawirowało w mojej kieszeni i zaskoczony, wyciągnąłem telefon, odbierając odruchowo połączenie.
- Hallo? - Mruknąłem beznamiętnie, przybity brakiem roboty, a słysząc znajomy głos Rocket'a i jego podenerwowany głos, aż się poderwałem do góry. - Co?! Jak to zniknęła?! - Przejechałem dłonią po swoich czarnych włosach. - Dobra... Rozumie... Tak... Postaram się ją znaleźć, albo przynajmniej czegoś się dowiedzieć... Do usłyszenia...
Rozłączyłem się i ściągnąłem z siebie sprawnie biały podkoszulek i przebrałem się w swoje codzienne ubrania.

~~*~~

Pół dnia łaziłem po całym mieście i szukałem informacji u informatorów... Na szczęście jeden przekazał mi parę ciekawych nowinek o pewnym psychopacie, który krążył ostatnio po okolicy i ostrzył sobie pazurki na nową ofiarę. Musiałem się pospieszyć, jeśli chciałem odzyskać Vane żywą i w jednym kawałku... Jak na razie nie podzieliłem się informacjami z towarzyszem dziewczyny, gdyż zacząłem prowadzić swoje małe "śledztwo" i nie chciałem go niepotrzebnie denerwować. Jak na razie musiałem zastanowić się, gdzie taki psychoś może zrobić sobie bazę... Na pewno z dala od ludzi, od miasta... W lesie... Najlepiej opuszczony domek, albo fabryka... Dobra... Teraz trzeba przeszukać dokładnie las, wokół domu dziewczyny.
Wyjąłem komórkę z kieszeni i omijając innych przechodniów, skierowałem się w mniej zaludnione miejsce, a następnie zszedłem na ścieżkę prowadzącą do lasu, nadal grzebiąc coś w telefonie. Przeglądałem przez cały czas mapę lasu. Niestety nie było na niej zaznaczonych żadnych starych fabryk, czy czegoś w tym rodzaju. Pozostało mi tylko szukanie. Może powinienem jednak powiadomić Rocket'a? Westchnąłem cicho i wybrałem numer do niego, jednak nagle ekran zgasł, a ja zaskoczony stanąłem w miejscu.
- Kochanie...? - Ująłem w obie dłonie telefon i zacząłem nim telepać na wszystkie strony. - Nie rób mi tego!
Zrezygnowany, warknąłem coś pod nosem i rzuciłem komórkę w piach, po czym zdeptałem ją. W takim momencie... Pogrzeb telefonu zakończony, a ja ruszyłem dalej, korzystając jeszcze z tego, że było jasno. Musiałem znaleźć szybko jakąś potencjalną kryjówkę tego gościa... I to szybko.

~~*~~

Serio? Spędziłem trzy jebane godziny na szukanie tej meliny?! To nawet nie było blisko domu Vane! W cholerę daleko... Jeszcze do tego zrobiło się ciemno...
No, ale przynajmniej znalazłem jego kryjówkę.... Zaczaiłem się w krzakach i obserwowałem stary, drewniany domek, który nawet nie wiem jakim cudem jeszcze stoi. W oknie widziałem płomyk jakiejś świecy i co chwila jakiś cień. Na sto procent tam jest. Czuję to w kościach. Trzeba tylko wbić na chatę, uratować Vane i zabrać ją do domu, po czym samemu udać się do swojego gniazdka. Plan idealny. Przygotowałem swój pistolet, sprawdzając jeszcze czy są w nim naboje. Wszystko było z moim sprzętem ok, więc po cichu zbliżyłem się do drzwi. Ku mojemu zaskoczeniu były uchylone. Naparłem na nie barkami i wkroczyłem sprawnie do środka, od razu wymachując lufą na wszystkie strony. Pusto. Odetchnąłem cicho i zacząłem się zastanawiać, czy aby na pewno dobrze trafiłem. Moje wszelkie wątpliwości przerwał nagły ból głowy. Syknąłem głośno i upadłem na kolana, podtrzymując się na rękach przed zsunięciem się na podłogę. Pulsowanie głowy nie ustało, a przed oczami pojawiły się mroczki. Nagle obok mnie z hukiem od podłoża odbiła się łopata, na której kątem oka dostrzegłem krew. Heh... Łopata zawsze skuteczna... Nie mogłem teraz zemdleć, szczególnie jeśli oprawca stał tuż za mną. Czułem jego oddech i przyspieszone bicie serca. Ostrożnie podniosłem się i uświadomiłem sobie, że zniknął mój pistolet. Zmrużyłem oczy. Jedynie świeca oświetlała to pomieszczenie, a do tego kropeczki przed oczami komplikowały całą sprawę. Odwróciłem się gwałtownie i poczułem przy skroni przyjemny chłód. No... Giwera się znalazła... Ciekawe czy umie ją obsługiwać...
Usłyszałem kliknięcie, co dawało mi do zrozumienia, że pistolet jest naładowany. Przełknąłem głośno ślinę i zaryzykowałem. Przemieniłem się nagle w wilka i ugryzłem gościa w przedramię. Głośny krzyk, sprawił, że otępiałem, przez co przeciwnik sprawnie mnie od siebie odepchnął. Fuj... Między zębami mam jego skórę i krew. Zacząłem kręcić łbem na wszystkie strony, kiedy to mój wróg podniósł się zdyszany i wycelował do mnie z mojej broni. Zawarczałem głośno i rzuciłem się na niego. Zaczęliśmy turlać się po podłodze. Po jakimś czasie odsunąłem się na bok i spojrzałem na martwego mężczyznę, który miał przegryzioną tętnice. Przemieniłem się w człowieka i nagle zauważyłem w kącie zejście do piwnicy. Szybko tam się udałem i zszedłem na dół, gdzie było strasznie zimno. Zamrugałem kilka razy i przetarłem tył głowy, ręką, czując jak powoli krew zaczyna krzepnąć. Kiedy mój wzrok przyzwyczaił się do ciemności, dostrzegłem leżącą pod ścianą Vane. W mig znalazłem się przy niej i zerwałem z niej krępującą ją taśmę. Była nieprzytomna, więc zacząłem klepać ją delikatnie po policzkach. Kiedy w końcu otworzyła oczy, mimo że byłem zakrwawiony uśmiechnąłem się do niej delikatnie.
- No hej...

< Vane? c: >

Od Vane CD Kiba

- Kiba! - wrzasnęłam za nim.
Nie wrócił. Przez okno widziałam jak odchodzi w stronę centrum miasta. Wymruczałam kilka przekleństw w jego kierunku, po czym przysiadłam na ziemi, plecami opierając się o kanapę. Wyciągnęłam z kieszeni komórkę... Pięć nie odebranych połączeń od Charles'a, członka mojego klanu, który praktycznie dwadzieścia cztery godziny na dobę siedzi w głównej bazie... Wiedziałam, że przy rozmowie głos zacznie mi się załamywać, lecz mimo tego wybrałam jego numer.
- Słucham? - zapytałam dosyć cicho.
- CHOLERA ILE RAZY MOŻNA DO CIEBIE DZWONIĆ - słysząc jego podniesiony głos, od razu odsunęłam słuchawkę od ucha. - Informatycy z Desert wysłali do nas zaszyfrowaną wiadomość! - krzyknął odrobinę ciszej.
- O treści? - mówiłam dosyć zwięźle, żeby nie tracić czasu na rozmowę z nim.
- Punkt szesnasta w parku The Ravine - powiedział niemalże od razu - z tego co usłyszałam - uderzając pięścią o klawiaturę.
- Tsume rzeczywiście coś się pokręciło w głowie... - mruknęłam pod nosem, wyobrażając sobie jak policja zgarnia nas z owego wąwozu, w którym miało odbyć się "spotkanie". - Poinformuj wszystkich, że mają jak najszybciej pojawić się w bazie... Szykuj broń - wydałam dwa polecenia, po czym rozłączyłam się i zebrałam z ziemi.
Westchnęłam cicho, wybierając numer Resney. Streściłam całą rozmowę z informatykiem w jednej wiadomości. Ją, jak i jej klan również poprosiłam o przybycie w wyznaczone wcześniej miejsce. Dostałam pozytywną odpowiedź po niemal kilku sekundach.
- Rocket, wstawaj! - wydarłam się niemal na cały dom, chowając telefon do kieszeni.
Nie czekając na niego, podeszłam do drzwi za którymi znajdowała się cała kolekcja broni palnej... Do bagażnika żółto-czarnego Chevrolet'a schowałam metalowe pudło o dosyć sporym rozmiarze. Była to przepustka do zwycięstwa, którą kilka dni temu skonstruowałam wraz z Resney.
- Co się dzieje? - zapytał szop stojąc w drzwiach.
- Wojna, coś co lubisz. Zabijanie ludzi itd. - powiedziałam w skrócie, tym razem uzbrajając samą siebie.
Dojrzałam kątem oka jak się uśmiecha. Bez dalszego gadania sięgnął po swoje zabawki, które trzymał na niższych półkach.
- Gdzie Kiba? - słysząc to imię, ciarki mnie przeszły po plecach.
- Poszedł "poruchać" - odpowiedziałam półszeptem, zamykając bagażnik.
- Co? - zmarszczył nos, zakładając na siebie areolot i kilka innych pierdół.
- Mam przeliterować, czy napisać na kartce? - mruknęłam pod nosem, w środku czując jak coś mnie rozrywa.
- Skurwysyn - podsumował, siadając na miejscu drugiego pasażera.
Nie przeciągając dalej, odpaliłam samochód.
***
Gdy byłam już na miejscu, oba klany wraz z Resney na czele czekały w głównym korytarzu. Dostrzegając mnie, dziewczyna lekko zmieszana zbliżyła się.
- Gdzie Kiba? - usłyszałam to samo pytanie co wcześniej.
- Nie wiem - wzruszyłam ramionami, poprawiając jeden z elementów stroju, który owijał moje nadgarstki. 
- Jak to ni - zatrzymała się, zapewne gdy dostrzegła wymowne spojrzenie Rocketa na sobie. - Jesteś gotowa? - zapytała.
- Tak... - spojrzałam prosto na nią. - Ruszajmy.
- Ten... No.. Dasz radę walczyć? - jej wymowny wzrok, od razu dał mi do zrozumienia co jej chodzi po głowie.
- Ja bym nie dała? - na mojej twarzy pojawił się cień uśmiechu. - Chodźmy już... Za chwilę wybije szesnasta.
Przeszliśmy do garaży, gdzie każdy znalazł sobie miejsce w jednym z kilkunastu samochodów dostawczych. Zwykłe, czarne furgonetki z logami nieistniejących firm. Wraz z Resney i lekko ponad metrowym towarzyszem wsiedliśmy do mojego samochodu. Prowadziłyśmy cały konwój w stronę dobrze znanego mi parku. 
***
Oni już tam czekali. Kilkadziesiąt osób z wrogiego klanu najwidoczniej czekało tutaj na nas od kilkunastu minut. 
- Huh, jak zwykle! Spóźniona! - prychnęła Tsume, ładując broń trzymaną w dłoniach. 
- To się nazywa życie... - mruknęłam pod nosem.
Te słowa dotarły co najwyżej do dwójki, która mi towarzyszyła. 
- Nie chcesz załatwić tego pokojowo?! - krzyknęłam w jej stronę, dając znak stojącym za nami, żeby ładowali naszą "przepustkę do wygranej".
- A ta nadal swoje! - w jej głosie można było usłyszeć charakterystyczną nutkę... Tsa - wyśmiewczy ton. - Gra rozpoczęta... - mruknęła pod nosem, uśmiechając się wrogo.
- Teraz! - krzyknęłam w stronę jednego z pirotechników, który po moim sygnale uruchomił broń.
Zanim się obejrzałam wszystko spowił ogień... Kłęby dymu, które zostały przez niego stworzone, pod wpływem wiatru dotarły do moich nozdrzy. 
- Byli na to przygotowani! - warknęłam pod nosem, dostrzegając kilka zamaskowanych osób. Mieli na sobie gogle... Cholera.
Ściągnęłam z pleców dotychczas przewieszoną strzelbę, po czym z przyzwyczajenia ją przeładowałam. Oddałam kilka strzałów na oślep, cofając się kilka kroków do tyłu.
- Cholera, zaraz przyjadą psy! - mruknął stojący metr ode mnie szop.
- Zdziwiony? Taki huk przywoła całą zgraję ludzi - powiedziałam, wystrzelając kolejne pociski.
- Psów, ludzi... Może od razu wojsko - dodała Resney.
Nie, to zdecydowanie nie była poważna rozmowa. Nawet się uśmiechnęłam. 
Kłęby dymu ulotniły się po zaledwie kilku minutach, co było równoznaczne z tym, że bitwa przybrała szybszy bieg. Kilka osób było martwych, niektóre doznały lekkich lub poważnych obrażeń... Szał bitwy! Wprost fenomenalnie...
- Kurwa, amunicja! - warknęła Resney, skrywając się za moimi plecami.
- Na tyłach kierowca ma zapasową broń i resztę. Powiedz mu od razu, żeby w każdej sekundzie był gotowy na odjazd! - wypaliłam, rzucając jeden z granatów prosto przed siebie.
Nie usłyszałam odpowiedzi, już jej przy mnie nie było. Przeklęłam pod nosem, widząc, że mi również kończą się ostatnie zapasy...
- Daj postrzelać - spojrzałam na Rocket'a, który na plecach wciąż trzymał wcześniej nie używaną broń.
- Nie dasz rady! - krzyknął, delikatnie się uśmiechając.
- Nikt we mnie nie wierzy - mruknęłam pod nosem, przeładowując swoją broń pewnie po raz ostatni. 
- Niech ci będzie - wywrócił oczami, mówiąc półszeptem.
Wystrzeliłam ostatnie pociski w stronę jednego mężczyzny, po czym dorwałam do rąk przedmiot. Nie mam pojęcia ile czasu minęło od wystrzelenia pierwszego pocisku z niej... Mało. Zdecydowanie za mało... Tak, to była ona. Idealny strzał w mój brzuch, który wykonała Tsume. Krew. Moje białe dotychczas ubranie było całe z krwi... Leżałam pod drzewem. Jak ja się tu znalazłam? Dwie, no... Może trzy niewyraźne postacie nade mną... Co się dzieje? Niewyobrażalny ból... 
- Vane! - usłyszałam stłumiony głos... Kiby? 
Mój wzrok wrócił do normy... Niebieskowłosy chłopak w przeciągu kilku sekund znalazł się obok. Spojrzałam na niego niewyraźnie.
- Jak tam ruchanko? - zapytałam, a na moje usta wpłynął cień uśmiechu. - Widzisz... Jak się świetnie bawię bez ciebie? - szepnęłam, wypuszczając z rąk broń.
Kolejne stłumione głosy... Huh... Ciemność...
***Vane ma schizy... C:***
Znowu czuję ból. Ten sam, nieprzyjemny co wcześniej. Spowija on całe moje podbrzusze... Co się dzieje? Uchyliłam delikatnie powieki. Szpital? Jak? 
- Cholera! Przecież bitwa się jeszcze nie skończyła! - powiedziałam słabo, delikatnie podnosząc głowę do góry. - Rocket, gdzie jest Resney!? - warknęłam, rozglądając się po pomieszczeniu.
Nikogo nie było w pokoju. Jakaś kroplówka i inne sprzęty podpięte pode mnie... Bez zastanowienia zaczęłam wszystko po kolei odpinać. Gdy sięgnęłam pod kołdrę, aby przebadać zawartość kieszeń wyczułam... Brak czegoś. Odkryłam się...
- B-Blizna?! Co się stało?! - darłam się sama do siebie, jak jakaś wariatka. 
Kilkucentymetrowa "pamiątka" po jakiejś operacji... A dziecko? Mój brzuch jest zdecydowanie mniejszy... Nie takiego go zapamiętałam...
- Kiba? Rocket? Resney? - zapytałam cicho, czując jak łzy nabierają mi się do oczu.
Drzwi się otworzyły. Stanął w nich jakiś brodaty mężczyzna, ubrany w charakterystyczny strój lekarza. Wbiłam wzrok prosto w niego.
- Co się dzieje? - zadałam pytanie, które od kilku minut chodziło mi po głowie. 
- Jest pani w szpitalu - odpowiedział krótko.
- Tyle to ja wiem! - warknęłam. - Dlaczego tu jestem? 
- Została Pani postrzelona - zaczął, zamykając za sobą drzwi. - Nie wiem jak to powiedzieć... - przeczesał dłonią swoją brodę. - Może lepiej, żeby... - wyszedł nie dokańczając.
Moja mina mówiła sama za siebie - "O co tu kurwa chodzi...?" - mruknęłam, bez zastanowienia kontynuując rozpianie kolejnych kabli... Po kilku sekundach byłam wolna. Miałam zamiar się podnieść, lecz nieprzyjemny ból wciąż spowijał całe moje ciało. Przeklęłam pod nosem...
- Vane! - dotarł do mnie głos zza dopiero co otwartych drzwi. 
To on. Ten sam chłopak o niebieskich włosach i żółtych oczach. Zacisnęłam mocniej zęby i podniosłam się na równe nogi. Ledwo co udało mi się utrzymać w pionie... "Coś tu jest nie tak..." - stwierdziłam, dokładnie śledząc wzrokiem jego postać.
- Jak tam...? - zapytałam cicho, przypominając sobie nie miłą kłótnię. - Dobrze się bawiłeś z inną? - zmrużyłam oczy.
- Przecież wiesz, że żartowałem - zbliżył się o kilka kroków. - Nie wiedziałem, że sytuacja rozwinie się akurat wtedy gdy wyjdę - przeczesał dłonią nieco skołtunione włosy. - Prze...
- Nie... Nie musisz przepraszać - uśmiechnęłam się delikatnie, mimo, że w środku wciąż było mi w chuj smutno. - Powinnam ci powiedzieć co czuję i tak dalej... Pogadalibyśmy, czy coś tam... - westchnęłam cicho, wlepiając wzrok w podłogę. - Ale teraz już mi lepiej! - uśmiechnęłam się słabo. - Przejdziemy przez to razem... W końcu, dziecko nie jest końcem świata... Czyż nie?
<Kiba? I teraz jej wytłumacz, że nasze dziecko nie żyje c: >

wtorek, 11 lipca 2017

Od Shadow cd Petera

— Cóż... Oke. Obiecuję. — powiedziałam, za plecami krzyżując palce. – Swoją drogą, wątpię, żeby to był o n. Tehli zmieniał się chyba w psa. Ten kruk był duchem, iluzją albo... Ktoś pomógł mu zmienić postać na inną.
Nie będę ich mieszać w moją przeszłość. 
– Może byśmy coś... – zaczął Peter, obejmując mnie i przegryzając płatek ucha.
– Nie ma mowy. – odparłam z szyderczym uśmiechem.
– Proszę... – odwróciłam się vi pstryknęłam go w nos.
– Nie ma mowy. –powtórzyłam głośniej – Za cienkie ściany.
***
Zmrużyłam oczy. Światło z komórki wciąż raziło mnie w oczy, mimo, że wpatrywałam się w nią od kilku godzin.
– Nadal nie śpisz? – wymruczał zaspany Peter, podnosząc się i podpierając się na łokciach.
Kiwnęłam głową i przesunęłam stronę którą czytałam.
– Mamo! – dobiegł nas krzyk Corrinne z drugiego pokoiku.
– Czemu dzieci wołają matkę, a nie ojca? – mruknął.
– To idź ją uspokoić, pewnie znowu miała koszmar, że goni ją pies.
Peter wstał i zniknął za drzwiami. Nie minęła nawet minuta, gdy wrócił.
– Odesłała mnie. – skrzywił się.
Z rozbawionym westchnieniem zwlekłam się spod koca.
– Co ci się śniło, kochanie? – szepnęłam, kucając przy łóżeczku.
– Taki chlopiec... On... – odgoniła machnięciem ręki brata, który chciał ją przytulić. – Najpierw sie ze mną bawil w chowanego, a potjem zmienil sje w takjego duziego, czarnego wilcka. I chciał mnie zjesc!
– A jak wyglądał? – spokojnie zachęciłam do dalszego opowiadania.
– Mial niebjeskie oczy, jak nasze wlosy, wlosy cjemne... Troske stalsy od njas.
Pobladłam i zachwiałam się do tyłu. Jak... Cholera!
– Spokojnie, to był tylko sen. – wciąż mówiłam opanowanym głosem, choć w środku dygotałam.

Peter?

Od Petera CD Shadow

- Ta! - krzyknęła Corrinne, niecierpliwie wiercąc się w ramionach swojej mamy.
Uśmiechnąłem się delikatnie w stronę córki, która wlepiła we mnie swoje oczy.
- A ty Shawn, chcesz jechać do zoo? - spojrzałem na syna, który praktycznie przez całą wspinaczkę nie odezwał się nawet słowem.
Nie zareagował, tylko dalej bawił się moimi okularami słonecznymi. Zauważając to, delikatnie połaskotałem go po brzuchu. Wzruszył się delikatnie i wypuścił z rąk przedmiot trzymany w dłoniach. Szybko złapałem go w objęcia mocy, po czym założyłem sobie z powrotem na głowę.
- Sha cie do zio! - krzyknął, delikatnie się uśmiechając.
- A ja cie do jybek! - pisnęła Corrinne.
- A ja cie jekiny! - dodał Shawn.
- Nie boisz się rekinów? - Shadow, spojrzała na chłopca z uśmiechem.
- Ne! - zaprzeczył głową kilka razy.
- Ooo... Jesteś bardzo dzielnym chłopcem - pochwaliła go, przy tym delikatnie czochrając jego niebieskie włoski. - A wiesz, że twój tatuś boi się rekinów? - spojrzała na mnie złośliwym wzrokiem, przy tym wciąż na twarzy mając delikatny uśmiech.
Rodzeństwo w tym samym momencie zaczęło się śmiać.
"Jeszcze się policzymy" - rzuciłem w stronę dziewczyny, szelmowsko się uśmiechając.
"Zobaczymy"
*Tururuum... Wychodzimy sobie po skałkach...*Noc*
Dzieci już od kilkunastu minutach leżały w drewnianym łóżeczku, które wypożyczyliśmy z recepcji. Zasnęły szybciej, niż można było się tego spodziewać. Pewnie były bardzo zmęczone...
- Jak myślisz, co to był za ptak? - zadałem pytanie w stronę Shadow, która akurat wyszła z łazienki.
- Jestem niemal pewna, że to nie był zwykły zbieg okoliczności - powiedziała, odkładając ubrania na szafkę nocną.
- A jak to... - spojrzałem na nią jednoznacznym wzorkiem.
- Nie wypowiadaj na głos tego imienia - wtrąciła, zapewne w zupełności rozumiejąc o co mi chodzi.
- Przepraszam... Po prostu martwię się o Ciebie i dzieci. On nadal żyje i może wam coś zrobić - zbliżyłem się o kilka kroków.
Zatrzymałem się dopiero, gdy dzieliło nad pół metra.
- Nie chcę o nim myśleć. Jutro wracamy do domu z samego rana - wyminęła mnie.
- Shadow... Jeżeli on cokolwiek Ci zrobi, jeżeli gdziekolwiek go zobaczysz... Obiecaj, że mi o tym powiesz...
<Shadow? Kiedy ślub? B) >

poniedziałek, 10 lipca 2017

Od Shadow cd Petera

* tepnijny się o kolejne ileś miesięcy, bo weny ani pomysłu ni mam*
— Ponieść cię? — zapytałam dwuletniej córki, która dizelnie kroczyła między kamieniami, w czasie gdy jej brat dawno siedział na ranionach ojca.
— Nj! — pisnęła i przebiegła parę metrów.
Rzuciłam się za nią, żeby przypadkiem nie spadła poza barierki. Łapiąc ją za rękę, dostrzegłam chytry uśmieszek Petera.
" Z czego rżysz? " — wbiłam w niego wzrok.
" Z niczego... Słodko to wyglądało "
Prychnęłam. Rozmowa spojrzeniami to zło.
— Ptasek! — pisnęła Corrinne.
Zerknęłam w stronę, którą pokazywała. Nic tam nie  było.
Zerknęłam pytająco na Petera, jednak on także potrząsnął przecząco głową.
— Gdzie widzisz ptaszka? — kucnęłam obok niej.
— Nio tjam. Na dlewku. Takji czalny z dzjwnymj sklydlami.
Znowu się odwróciłam i zakrzywiłam światło. Rzeczywiście, coś tam siedziało. Kruk?
Wpatrywał się w nas ciemnymi oczami.
" On nie jest zwykły. " — wymieniliśmy spojrzenia.
" To duch lub ptak, na którego rzucono urok"
" Co robimy? "
" Nic. Idziemy. "
   Podniosłam córkę i posadziłam sobie na ramionach. Niedługo powinniśmy dotrzeć do schroniska na szczycie góry.
— Może kiedyś pójdziemy do ZOO, co ty na to? — zapytałam wesoło.

< Peter? ;3 >

Mia Land of Grafic