poniedziałek, 28 sierpnia 2017

-Egzekucja-

Perspektywa Kiby


   Wszędzie już było o tym głośno. Nigdy wcześniej rząd nie zdecydował się na coś tak drastycznego, więc zbiegły się tłumy. Cały plac zapełniony był ludźmi, jedynie prowizoryczne barierki i uzbrojeni żołnierze wokół pilnowali porządku.
   Dałem się głupio złapać. Nie udany skok na rzekomo niestrzeżony sklep z bronią palną. Mogłem uciec, mogłem po prostu spierdolić. Zostawić to wszystko, rzucić w cholerę jego, klany i tą durną hierarchię. To wszystko, co nigdy nie dotyczyło mnie osobiście.
   Mogłem przeżyć.

   A teraz stoję tutaj. Przez to, że sumienie nie pozwoliło mi nie spojrzeć do tyłu. Nie pozwoliło mi uciec. Wróciłem się po niego. Wróciłem się po Chu, który został otoczony. Był priorytetem jeśli chodzi o ochronę podczas tego skoku. Ale cała reszta zrobiła to, na co ja się nie odważyłem. Po prostu uciekli, zostawili go. Tego, który dał im dom, pracę, schronienie. Po prostu woleli ratować własny tyłek. No cóż, może jednak nie jestem egoistą.
  Ale nie przewidziałem jednej rzeczy. Nie przewidziałem tego, że mogą odciąć nam drogę na końcu kanału ściekowego. No cóż, los bywa stronniczy. Dwóch dorosłych facetów na dwudziestu uzbrojonych policjantów. Skończyło się to właśnie tym, że siedzę teraz w kajdankach w samochodzie i czekam, aż ktoś otworzy drzwi i powie, że już przyszedł na nas czas. Miałem czas na ostatnie przemyślenia, błaganie o to, żeby znalazło się dla mnie miejsce tam na górze. Czas na zastanawianie się nad tym, co robi teraz moja siostra, tych kilku kolesi którzy uciekli... I Vane. Nie widziałem jej już od dawna. Nie byłem w stanie podołać tym najbardziej banalnym obietnicom, przekonywaniem o tym, że się zmienię, ale tego nie zrobiłem. I życie kopnęło mnie za to w dupe. Mocno.
    Ktoś otworzył drzwi. Ujrzałem światło dzienne. Chu wstał, posłał mi tylko krótkie spojrzenie i skinął głową. Wziąłem głęboki wdech i postawiłem stopę na kostce brukowej. Zaprowadzili nas na sam środek placu i kazali klęknąć. Wszyscy ludzie w napięciu przyglądali się nam, tym odmieńcom, przed którymi tak dzielnie broni ich rząd. Ostatnio zdałem sobie sprawę z tego, że tak właściwie obie strony myślą, że są tą dobrą. Po prostu mamy inne metody, ale nikt nie widzi tego, co tak naprawdę niesie ze sobą ta wojna.
   Straty. Niezliczone straty, które ponosi każda ze stron. Nie da się ich wynagrodzić. Ludzkie życie nie jest czymś, co można po prostu spłacić jak dług. To coś czego nikomu jeszcze nie udało się odzyskać, i dopóki to się nie stanie, nigdy nie pogodzę się z tym, co się dzieje. Nie jestem święty. Nikt nie jest święty z osób, które są w to zamieszane.
Śmierć nie wybiera między grzesznikami a świętymi. Ciągle zabiera i zabiera...
Ale żyjemy mimo to.
   Donośny męski głos rozniósł się po placu.
- Wybiła godzina! Godzina, w której to dokona się długo wyczekiwana sprawiedliwość! - część osób z tłumu zaczęła wiwatować. Zmrużyłem oczy i westchnąłem.
- Cztery klany wchodziły w drogę porządku zbyt długo! Jeden z nich DZISIAJ POLEGNIE! - wiwaty zrobiły się jeszcze głośniejsze. - Nie przedłużajmy więc tej chwili! Dokonajmy tego, na co wszyscy czekaliśmy od dawna!
  Ktoś podszedł do mężczyzny, i wręczył mu czarne metalowe pudło. Usłyszałem kliknięcie, chwilę później dźwięk przeładowania pistoletu.
- Ci dwaj, stanowić będą przykład! To właśnie stanie się ze wszystkimi, KTÓRZY STANĄ NA DRODZE DO PORZĄDKU!
   Facet gadał z sensem. Trochę zbyt głośno, ale z sensem. No, powiedzmy. Podszedł do Chu i stanął za jego plecami.
- Ostatnie słowa, "Masked"?
   Kiedy Chu zaczął wypowiadać ostatnie zdania w jego życiu, zauważyłem znajomą postać stojącą w tłumie naprzeciw nas. Tsume stała za ludźmi, patrzyła na Chu. Nie patrzyła na niego jak na kolejny numerek w statystykach. Nie patrzyła na niego jak na sojusznika. Patrzyła na niego, jak na przyjaciela, którego nigdy więcej nie będzie jej dane zobaczyć. Usłyszałem strzał. Tsu zamknęła oczy i widziałem, jak zaciska zęby. Skierowała wzrok na ziemię. Kiedy w końcu spojrzała wyżej, przeniosła wzrok na mnie. Patrzyłem jej w oczy. Ten jeden ostatni raz. Przyłożyła dwa palce do czoła i zasalutowała. Skinęła głową. Ledwo zauważalnie powtórzyłem gest, jako nasze ostatnie, nieoficjalne pożegnanie. Następnie odwróciła się i odeszła kilka kroków dalej. Nie mam jej tego za złe, nie chcę żeby patrzyła na to, czego nie musi widzieć.
- Ostatnie słowa, "Huono"?
   Otworzyłem usta, żeby coś powiedzieć, kiedy nagle odniosłem wrażenie, że czas stanął w miejscu. W tłumie, niedaleko miejsca gdzie stała moja siostra, zobaczyłem ją. Twarz, której jak sądziłem, nigdy więcej nie dane mi będzie zobaczyć. I jego, stał obok niej obejmując ją ramieniem. Zmarszczyłem lekko brwi próbując wydobyć z siebie jakikolwiek dźwięk. Spojrzałem w ziemię i nerwowo się zaśmiałem, jednak dźwięk który z siebie wydałem przypominał bardziej westchnięcie, niż śmiech. Pokiwałem głową sam do siebie przygryzając dolną wargę.
   Spokojnie podniosłem głowę biorąc przy tym głęboki wdech. Zamknąłem oczy i powoli wypuściłem powietrze. Spojrzałem jej w oczy. Wydaje mi się, albo przeżywam bardzo dziwne deja vu. Ten jeden ostatni raz nawiązaliśmy kontakt wzrokowy. Czas na chwilę się dla mnie zatrzymał, kiedy ponownie otworzyłem usta, żeby podzielić się ze światem moimi ostatnimi słowami.
Kocham cię, Vane.
   Wtedy poczułem rozrywający ból głowy. Trwało to sekundę, może nawet mniej, a potem już tylko upadek na ziemię, i wszystko wokół zmieniło się w czerń.

Od Yuki

Ciemność. Niby się jej nie boję, ale coś wydawało się mi, że to inny rodzaj ciemności. Czułam, że przez sen drżę. Moje moce białego lisa nigdy nie współpracowały z ciemną stroną. Czułam dotyk istoty, która zawsze wybudzała mnie z tej okropnej ciemności.
-Yuki...Znowu? To ten koszmar? -zapytała mnie Tsukiko.
Kiwnęłam głową i podniosłam się z gałęzi. Uwielbiałam na nich spać. Zeskoczyłam z drzewa, a po drodze przemieniłam się w człowieka. Otrzepałam spodnie i założyłam kosmyk włosów za ucho. Moja towarzyszka stanęła po mojej prawej stronie i spojrzała na mnie. Widziałam w jej oczach zdziwienie. Czemu? Nie często zmieniam się w człowieka, bo wolę moją zwierzęcą formę. Wtedy czuję się bezpiecznie. Jako lis jestem niewidoczna w cieniu, podobnie jak Tsukiko, która okrywa się mglistymi ogonami. Wzięłam głęboki wdech, patrząc w niebo. Gwiazdy i księżyc. Właśnie w czasie nocy, mogłam być wolna. Ponownie się przemieniłam w lisa.
-To jak? Ścigamy się?-zapytałam towarzyszkę.
Jej źrenice zwężyły się, co oznaczało, że tak. Zaczęłam truchtać w miejscu i machać ogonem. Potem z uśmiechem wystartowałyśmy w tym samym czasie. Biegłyśmy między gałęziami, przeskakując każdą przeszkodę na naszej drodze. Minęłyśmy kilka innych stworzeń, które oglądały się za nami. Cóż... Pozornie wydajemy się być zwykłymi zwierzętami. Nawet ogony Tsukiko, które wtedy wydają się nie być mgłą. Tak sobie biegłyśmy, aż na łące z uśmiechem wyskoczyłyśmy na wielką skałę. Tam odmieniłam się na chwilę, aby się rozejrzeć. Pusto. Usiadłam na skale, pozwalając Tsu odpocząć na moich kolanach. Zaczęłam głaskać ją po głowie z uśmiechem, wpatrując się w oświetlający nas księżyc. Kochana noc. Mój jedyny sprzymierzeniec, któremu poza Tsukiko mogę zaufać. Pstryknęłam, a wokół nas i na granicach polanki pojawiły się czarne jak noc ogniki, które miały mnie zawiadomić o tym, że ktoś się zbliżać. Ogniki służyły do wszystkiego co chciałam i to była moja wrodzona umiejętność. Nie potrzebuję jakiejś mocy władania nad ogniem. Te magiczne ogniki były tworzone przez moją duszę. Spokojnie wdychałam nocne powietrze. Tsukiko nadal spokojnie na mnie leżała, pilnując, abym nie dotknęła żadnego z jej ogonów. Wiedziała, że nie chciałam przypominać swojej złej przeszłości. Była straszna. Wiedziałam co mi się pokaże. Śmierć całej mojej rodziny w świątyni byakko. Może za mną nie przepadali, bo byłam w połowie też czarnym lisem, ale to była nadal moja rodzina. Ciężko było mi patrzeć na złe duchy, które poprostu zabiły ich z zimną krwią. Wszystko działo się w nocy i dzięki temu zdołałam uciec. To był prawdziwy cud. Gdyby nie to, że było ciemno, zginęłabym jak inni. Może tak mialo być. Nie wiedziałam i nie zagłębiałam się w temat. Tsukiko wyczuła moje zmartwienie i zaczęła przymilnie się o mnie ocierać.
-Nie wspominaj tego. Potem będziesz mocniej cierpieć. -rzekła.
Nie odpowiedziałam. Wbiłam swoje spojrzenie w księżyc. Cudny... Kogoś mi przypominał. Nie wiem kogo, ale kogo? Nie wiem... Chcę wiedzieć. Tsukiko mi w tym nie pomoże. Nagle jeden z magicznych ogników zaczął wariować. Spanikowana się podniosłam z kamienia, stając na nim w pozycji obronnej. Rozejrzałam się za ognikiem, który oznajmił mi to, że zbliża się ktoś w moją stronę. Kiedy wiedziałam, który to był, patrzyłam głównie w tamto miejsce, jednak to nie tak, że byłam skupiona tylko na nim. Tsukiko pilnowała moich tyłów. Zacisnęłam pięści, które zabłysły bielą. Nadal spoglądałam w tamto miejsce. Ktoś się zbliżał. Nie odzywałam się. Nadal trzymałam gardę. Pstryknęłam palcami, a jeden ognik rozłożył się po mojej twarzy, jak maska która zakrywała moją twarz i jedno oko. Kim była ta osoba? Mam szykować się do walki?
<Ktoś? >

Od Vane CD Gilbert

Skinęłam delikatnie głową, po czym oparłam głowę o ramię mężczyzny. Ciepło bijące z jego klatki piersiowej było bardzo przyjemne... Dosłownie wtulona w jego tors, powoli przymknęłam oczy.
- To może ja przebiorę małego, a ty pójdziesz spakować najpotrzebniejsze rzeczy? - uśmiechnął się lekko, przeplatając swoje palce w mych srebrnych włosach.
- Zaraz... - szepnęłam, nawet nie myśląc od oderwania się od niego. - Tu jest... Miło... - dodałam, nie robiąc nawet najmniejszego ruchu.
- Nie odkleisz się teraz ode mnie? - prychnął, obejmując mnie ręką.
W odpowiedzi jedynie delikatnie pokręciłam głową. Mężczyzna odetchnął głośno, zwracając wzrok w stronę naszego synka. Myślał o czymś... Wyczuwałam to. Nieznacznie uniosłam głowę do góry, po czym wlepiłam wzrok prosto w jego kanarkowe oczy.
- Dobrze, więc chodźmy - postanowiłam nagle, a następnie błyskawicznie poderwałam się na równe nogi.
Poprawiłam koszulę, w którą dzisiaj się wcisnęłam, kątem oka wpatrując się w wyraźnie zamyślonego szopa. Przyglądał się swoim zabawką z nieco zmrużonymi oczami.
- Jeśli chcecie, będę mógł kiedyś popilnować Ryszarda, a wy wyskoczycie sobie na miasto - powiedział, pod nosem  widocznie się szczerząc.
- Przeczytałeś jakiekolwiek poradniki o opiekowaniu się niemowlakiem? - podniosłam ze stolika swój telefon. - Musiałabym zamontować monitoring w domu... - mimo iż te słowa przypominały żart, mówiłam całkowicie poważnie.
- Dlaczego uwziąłeś się tak na imię "Ryszard"? - dopytał Gilbert, również podnosząc się z kanapy.
- Ryszard to imię męskie pochodzenia germańskiego. Wywodzi się od słów richi (bogaty, potężny) i hart (silny, mocny). Imię to oznacza tego, który jest potężny, bogaty i sprawuje silną władzę - wyrecytował jak z książki, przy tym zwracając w moją stronę wzrok. - Dla was Riccardo, a dla mnie mały Ryś - prychnął. -  Poza tym, powiadają "Rysio jest jak wszystkie koty – preferuje marcowe zaloty" - wzruszył znacząco brwiami, zaczynając się śmiać.
Wymieniłam spojrzenie z mężczyzną stojącym obok.
- Chyba powoli zaczynam się ciebie bać... - mruknęłam pod nosem.
- To bardzo dobrze... - w jego oku pojawił się charakterystyczny błysk.
Mina delikatnie mi zrzedła. Ostatecznie bez dalszego przeciągania ruszyłam w stronę schodów, żeby spakować najpotrzebniejsze rzeczy do wózka, Coś do picia, chusteczki, pieluszki, ubranka na zapas, portfel, dokumenty... Nie minęło pięć minut a torba była przepełniona różnorakimi przedmiotami.
- Cholera, a jak zacznie padać?! - chwyciłam się za głowę, rozglądając się po pokoju w poszukiwaniu swojej parasolki.
- Nie stresuj się tak... - zaśmiał się głos zza drzwi.
Wlepiłam wzrok w mężczyznę, który jedynie opierał się o framugę. Przetworzyłam myśli. Skoro on jest tu, to Yuri...
- ZOSTAWIŁEŚ DZIECKO Z TYM PSYCHOPATĄ!? - krzyknęłam w momencie, wybiegając z pokoju.
- Spokojnie... - chwycił mnie w momencie za rękę. - Daj im chwilę - uśmiechnął się zachęcająco, po czym przyciągnął mnie do siebie.
Wraz z mężczyzną wykonałam kilka cichych kroków w stronę schodów. Wcisnęłam swoją głowę pomiędzy szparę, która ukazywała widok na dole.
Rocket odłożył swoje rzeczy, po czym zbliżył się do wózka, gdzie leżał gotowy do wyjścia chłopczyk. Przyglądał mu się przez chwilę, a następnie delikatnie zsunął czapeczkę z głowy dziecka.
- Oj Rysiu, Ci twoi rodzice chyba chcą żebyś się ugotował... - uśmiechnął się lekko, poprawiając ubranka Yuriego.
Wpatrywał się w młodego z widoczną... Czułością? "Niee, Vane! Chyba tylko ci się wydaje" - zaśmiałam się w myślach, wciąż skanując dwójkę uważnym wzrokiem. "Chociaż?"
***
Pewnie nasz spacer wciąż polegałby tylko i wyłącznie na delektowaniu się słońcem i świeżym powietrzem, gdyby nie pojawienie się przecudownego obiektu przed nami. Tak, najwspanialsze co mogło być - lodziarnia. Wpatrzona w obiekt dosłownie wyczekiwałam jakiekolwiek reakcji mężczyzny, który "stał za sterami" wózka.
- Może... - zaczął, spoglądając na budynek.
- Tak! - krzyknęłam niemalże od razu, uśmiechając się od ucha do ucha.
- Dziecko, bo dziecko nam obudzisz... - prychnął, zaczynając się śmiać.
- Yuri nie śpi ślepoto... - schyliłam delikatnie głowę w stronę wózka. 
Chłopczyk leżał, w pewnym sensie bawiąc się zabawką, którą kilka miesięcy temu zakupił mu tata. Delikatnie uniosłam kąciki ust, poprawiając jego kolorowe ubranka. 
Po kilku następnych minutach, już siedzieliśmy przy różowym stoliczku, spożywając swoje desery. Co chwile biorąc kolejne kęsy, wciąż wpatrywałam się w mężczyznę siedzącego naprzeciw.
- Smakują ci? - zapytałam tylko, delikatnie się uśmiechając.

<Gilbert?>

Flurry Soen-Lagun




Imię i nazwisko: Flurry Soen-Lagun
Płeć: Dziewczyna
Wiek: Cztery lata
Rasa: Wilk
Klan: Traveling Stars
Stanowisko: Brak.
Żywioł:: Iluzja
Moce:
Zilarra-Ukazywanie obrazów na błyszczących powierzchniach
Suhiltzailea, czyli moc, której zastosowania nie zna nawet ona sama. Użyła jej tylko raz i to we śnie, co skończyło się niewytłumaczonym do dzisiaj pożarem ośrodka.
Umiejętności: Dziewczynka nie ma zbyt wielu umiejętności, ale ma wielką, naprawdę wielką, wyobraźnię i serce. Pięknie opowiada wymyślone historie. Mimo, iż nie ma zbytnio talentu, bardzo lubi rysować. Jest wyjątkowo mądra jak na swój wiek, szybko przyswaja wiedzę.
Charakter: Flurry nie jest spokojna, bardzo skryta czy nieco mroczna. Owiewa ją aura wesołości, która przyciąga innych. Niestety nie wierzy we własne siły i umiejętności, chociaż ambicji jej nie brak. To cierpliwa i pracowita dziewczynka o twórczej wyobraźni. Doskonale radzi sobie w trudnych sytuacjach i w skomplikowanych zagadnieniach. Z prostymi miewa problem. Swoje niepowodzenia ciężko przeżywa w samotności. Zawsze chętna do pomocy innym, za nic nie przyjmie jej sama. Niechętnie się zwierza, za to jest idealnym słuchaczem, który rozumie innych. Ma tendencje do pogrążania się w depresji. To dyplomatka mająca rozbrajający uśmiech na każdą okazję. Szybko wybacza i zapomina złośliwości. Jest pogodną oraz ciepłą osobą. Nie żali się, nie daje poznać po sobie, że ma zmartwienia. Nadrabia miną i obraca w żart niejeden problem ze swego życia. Chętnie pomaga, wyróżniając się silną empatią. Sama nie dzieli się chętnie swoimi problemami i otacza się pewną aurą tajemniczości. Wszelkie nieporozumienia wyjaśnia zdecydowanie, ale dyskretnie. Żyje we własnym świecie, łatwo zdobyć jej przyjaźń i zaufanie. 
Cechy charakterystyczne: Flurry wyróżnia się nie tylko radością, jaka z niej emanuje, ale także charakterystycznymi, różowymi włosami i oczami. Na ramieniu ma małą bliznę po pożarze, która przypomina kształtem motyla.
Ciekawostki: Różowowłosa uwielbia słodycze, szczególnie ciastka i lizaki. Zawsze trzyma przy sobie srebrny naszyjnik ze zdjęciami, których nigdy nikomu nie pokazała.
Rodzina: Nie zna ich. Została oddana jeszcze jako niemowlę.
Głos: link
Właściciel: Hiena
Inne zdjęcia: 6 5 4 3 2 1

Yuri Nightray



Imię i Nazwisko: Yuri Nightray
Płeć: Chłopak
Wiek: 4 lata
Rasa: Wilk
Klan: Desert Eagles
Stanowisko: Jeszcze nie posiada.
Żywioł: Ciemność i Psychika
Moce: -
Umiejętności: Jest bardzo dobry w łyżwiarstwie i pała do tego wielką pasją. Jak na swój wiek jest bardzo wytrzymały i zwinny.
Charakter: Yuri jest dość nieśmiałym dzieckiem i nie potrafi swobodnie zawierać przyjaźni, jak inne dzieciaki. Jest drobny, przez co często też jest uważany za słabego. Jednak ten mały chłopiec potrafi zmienić się w prawdziwego diabła, kiedy tylko za bardzo się go zdenerwuje. Przeważnie jest spokojny i łatwo się zawstydza, ale pokazuje, że umie zawzięcie rywalizować z innymi. Łatwo się zniechęca i nie wie jak poradzić sobie z porażką, lub problemem, który akurat w danej sytuacji go przytłoczył. Lubi przebywać z bliskimi mu osobami, a jak trafi się jakiś ciekawy temat do rozmowy, to potrafi paplać godzinami. Chodzi za rodzicami, jak jakiś rzep i jak to dziecko uwielbia zadawać pytania z kosmosu. Mimo tego, że się wszystkiego i wszystkich wstydzi to uwielbia poznawać świat.
Cechy Charakterystyczne: Czarne włosy i niesamowicie czekoladowe oczy, a cały chłopiec zabija swoją słodyczą.
Ciekawostki:
~ Nosi okulary, chociaż często ojciec zakłada mu soczewki.
~ Uwielbia potrawkę wieprzową.
~ Yuri (勇 利) można odczytać jako „Odwagi, aby wygrać”
~ Ma tendencję do tycia.
~ Bardzo lubi pieski.
~ Kocha jedzenie.
Rodzina:
Ojciec - Gilbert Nightray
Matka - Vane Strange
Głos: link
Właściciel: Kurosakix3

Od Gilberta CD Vane

Spojrzałem w oczy dziewczyny, zastanawiając się nad jej słowami dłuższą chwilę. Ciekawił mnie ten jej prezent...
Westchnąłem cicho i odsunąłem się od niej, skanując ją uważnie wzrokiem.
- Niech ci będzie... - burknąłem pod nosem i mimo wszystko, znowu wziąłem ją na ręce, co poskutkowało wierceniem się dziewczyny. - Idziemy do tej łazienki, bo zaraz zmoczysz całe łóżko... - zaśmiałem się cicho i ze złośliwym uśmieszkiem, opuściłem salę, zerkając jeszcze przed wyjściem, na malucha śpiącego w łóżeczku.
Szedłem spokojnie korytarzem, mijając co chwile lekarzy, jak i pielęgniarki patrzących na nas, trochę dziwnym wzrokiem. Nie przeszkadzało mi to. Może to dla nich dziwne, że lubię rozpieszczać moją ukochaną, ale dla mnie nie...
- Mam wejść z tobą... - wskazałem głową na kabinę, stawiając dziewczynę na ziemi.
- Nie! - spiorunowała mnie wzrokiem i weszła jakoś do środka, zamykając za sobą drzwi.
Oparłem się o ścianę i spojrzałem na jakąś kobietę, która myła ręce, patrząc na mnie z szeroko otwartymi oczami.
- Cud kobieto ujrzała, czy co? - uniosłem brwi, krzyżując ramiona na wysokości piersi.
Speszona dziewczyna szybko wybyła z damskiej łazienki, a ja odetchnąłem cicho, czekając aż Vane wyjdzie z kabiny. W końcu drzwi się uchyliły i białowłosa spojrzała na mnie, wyczekująco. Podszedłem do niej w kilka sekund i biorąc ją na ręce, przeniosłem ją bliżej umywalek, żeby mogła sobie spokojnie umyć ręce.
- Możemy już wracać? - zapytałem kiedy dziewczyna sięgnęła po papierowy ręcznik.
Skinęła lekko głową i wyrzuciła papier do kosza. Któryś już raz uchwyciłem ją w ramiona, biorąc ją na ręce, w stylu panny młodej.
- Chcesz zajść na stołówkę, czy coś? - zagadnąłem kiedy wyszliśmy z łazienki.
- Nie... Chcę już wracać...
Uśmiechnąłem się delikatnie i tak, jak chciała, zaniosłem ją do sali, gdzie położyłem dziewczynę z powrotem na szpitalnym łóżku. Moja ukochana odetchnęła cicho i jak na zawołanie, mały Yuri zaczął płakać, domagając się uwagi. Podszedłem do jego łóżeczka i nachyliłem się nad maleństwem.
- A kto tu się obudził? - uśmiechnąłem się promiennie do malucha, który patrzył na mnie swoimi czekoladowymi oczkami.
Wziąłem go ostrożnie na ręce i przytuliłem go do siebie, gdyż nadal cicho łkał.
- Yuriś kochanie, wszystko jest dobrze.... - spokojnie zacząłem chodzić z dzieckiem po sali, próbując go uspokoić.
Na szczęście nie zajęło mi to zbyt długo i już po chwili maluch, w ciszy obserwował miejsce, w którym się znajduje. Pogłaskałem chłopca po główce i przekazałem noworodka Vane, która przez cały czas przyglądała się nam z szerokim uśmiechem.
Nagle drzwi od sali otworzyły się z impetem, a do pomieszczenia wparował szop, z torbą, wypchaną jakimiś rzeczami.
- Pokażcie mi Ryszarda. - oznajmił, z cwanym uśmieszkiem na pysku.
Położył torbę przy łóżku i usiadł na krzesełku, wpatrując się maluszka.
- Ma na imię Yuri, nie Ryszard... - upomniałem Rocket'a, który całkowicie mnie zignorował i patrzył na mojego syna zafascynowany.
- Nie znasz się.... Twój ojciec nie ogarnia, że masz na imię Ryszard... - zwrócił się tym razem do dziecka, które patrzyło się na niego wielkimi oczami.
- Yuri.... - mruknąłem, zdenerwowany tym, że szop, wciąż upiera się przy tamtym imieniu.
Mały chłopiec nie zwracał na naszą wymianę zdań zbyt wielkiej uwagi, tylko wpatrywał się w niego, jak w wielkiego pluszaka.

~~*~~

Od naszego powrotu do domu, minęło już kilka tygodni. Yuri aktualnie smacznie spał w swoim pokoiku, a ja wraz z Vane i szopem, siedzieliśmy w salonie.
- Ryszard lepiej brzmi... - mruknął Rocket, który grzebał coś w pistolecie.
Wraz z Vane przemilczeliśmy to, gdyż futrzak już od kilku dni truł nam tyłki, przez imię jakie wybraliśmy dla syna.
 - Schowaj to lepiej... - wskazałem na rozłożony na części pistolet. - Lepiej żeby młody tego nie dorwał...
- Milcz. - taka tylko dostałem odpowiedź, która nie ukrywam, niezbyt mnie zadowoliła.
Westchnąłem cicho i zerknąłem na Vane, która oglądała sobie telewizję. Objąłem ją delikatnie ramieniem.
- Może pójdziemy później na spacer z Yurim? - zaproponowałem z delikatnym uśmiechem.

< Vane? c: >

Od Vane CD Gilbert

Wciąż oddychałam ciężko, przyglądając się małej twarzyczce dziecka... Od razu przed moimi oczami pojawiły się stare zdjęcia Gilbercika, gdy był mały. Wyglądali niemalże identycznie. Westchnęłam cicho, a oczy same zaczęły mi się zamykać.
- Mały Yuri... - szepnęłam, jedynie głaszcząc jego małą główkę.
- Chyba powinna pani odpocząć - wtrąciła pielęgniarka, z delikatnym uśmiechem na ustach. - Dziecko zostanie poddane różnym badaniom, więc ma pani czas - stanęła tuż obok Gilberta.
- Tak, zaraz... - powiedziałam pod nosem, wciąż wpatrując się w zamknięte oczka dziecka.
Uniosłam delikatnie wzrok na stojącego przy łóżku mężczyznę. Był wyraźnie rozczulony, a z jego oczu zaczęły wypływać małe łezki szczęścia.
- Nie gadaj, że ryczysz... - zaśmiałam się słabo, mierząc go swoim niewyraźnym spojrzeniem.
- On jest taki... - westchnął, szukając odpowiedniego słowa. - Słodki i wspaniały! - przykucnął przy łóżku w taki sposób, aby znaleźć się na moim poziomie. - Nie wiem jak to opisać... - pogładził delikatnie dłonią główkę dziecka, niemalże identycznie, jak ja wcześniej.
- Będziesz go pilnował, gdy zasnę...? - udało mi się uwolnić jedną z rąk.
Od razu powędrowała ona w stronę policzka mężczyzny, który był cały w łzach. Otarłam go delikatnie, śmiejąc się.
- Oczywiście, że tak! - zadeklarował z widocznym entuzjazmem.
- Cii... Bo się obudzi... - przymknęłam powieki, które w tym momencie zdawały się być o wiele cięższe niż zwykle.
Nigdy w życiu bardziej nie chciało mi się spać... Pomijając fakt, że praktycznie nigdy w nocy nie potrafię zmrużyć oka. Miło znowu śnić...
***
Następnego dnia czułam się o wiele lepiej. Chociaż wciąż towarzyszyły mi lekkie zawroty głowy, potrafiłam normalnie mówić i jeść. Problem pojawiał się przy wstawaniu... Od kilku godzin byłam przykuta do łóżka, przez odmawiające posłuszeństwa nogi. Nie była to dla mnie żadna tragedia, lecz... Nieswojo czułam się, gdy pielęgniarki musiały wieść mnie na wózku do łazienki. W takich sytuacjach moja dusza dosłownie paliła się ze wstydu. 
Aktualnie siedziałam na łóżku z wyprostowanymi nogami. Na rękach, wciąż trzymałam malucha, który w tej chwili jedynie ssał pokarm z mojej piersi. Wszystko odbywało się przy uważnym spojrzeniu Gilberta, który najwyraźniej nie miał ochoty opuszczać nas nawet na chwilę. Noce oraz pory obiadowe musiał spędzać na korytarzu, lecz jak można się domyślić - nawet wtedy nic nie stało mu na przeszkodzie, aby dosłownie wkraść się na salę i skitrać gdzieś przy łóżku. Uroczo... Znowu miałam ochotę przejść się do łazienki. Cholera... Przyglądałam się maluchowi, który najwidoczniej zasnął podczas jedzenia. Uśmiechnęłam się delikatnie, po czym powoli odłożyłam go do szpitalnego łóżeczka dla niemowląt, które stało przy moim łóżku. Okryłam go małym kocykiem.
- Pomóc ci? - zapytał szeptem stojący obok mężczyzna.
- Chyba dam radę... - szepnęłam, odwijając się spod kołdry. 
Powoli postawiłam swoje stopy na ziemi, po czym wyprostowałam się. "Okey, stanie mam za sobą, więc teraz kilka kroków..." - powiedziałam w myślach, wykonując pierwszy ruch. W momencie załamał mi się grunt pod nogami, a przed randką z podłogą powstrzymała mnie szybka reakcja Gilberta. Od razu przyciągnął mnie do siebie.
- Gdzie tak lecisz... - uśmiechnął się złośliwie, delikatnie pstrykając mnie w nos.
- Od zawsze lubiłam poleżeć sobie na podłodze - prychnęłam.
- Tak, tak... - zaśmiał się. - Zdradzasz mnie z panelami? - uniósł pytająco brwi, wciąż się szczerząc.
- Wiesz, że cię bardzo kocham... - wtuliłam się od razu w jego tors, z szerokim uśmiechem na ustach. - Pomożesz mi dojść do łazienki? - spojrzałam w górę, prosto w jego złote oczy.
- No skoro tak bardzo tego chcesz... - w momencie wziął mnie na ręce, podobnie jak wczoraj podczas szybkiego transportu do samochodu. 
Błyskawicznie zaczęłam się wiercić i kopać go. Nie lubiłam być noszona w TEN właśnie sposób.
- Oszalałeś!? - pisnęłam jak na zawołanie.
- Skoro tak bardzo chcesz, to mogę cię puścić - zaśmiał się, wciąż szczerząc się jak głupi do sera.
- Nie, nie, nie! Dobra, to ja już wolę tak zostać! - szybko owinęłam swoje ręce w okół jego szyi. 
Mężczyzna jedynie zaśmiał się głośno. 
- Masz bardzo słodką minę, gdy się denerwujesz lub boisz - wciąż chichocząc wypowiedział te słowa.
- Tak bardzo lubisz mi dokuczać!? - zmrużyłam oczy.
- W zasadzie, to tak... Po prostu jakaś dziwna siła mnie do tego zmusza - zamiast w łazience, wylądowałam z powrotem na łóżku przybita przez jego ręce. Zawisnął nade mną i wlepił we mnie swoje figlarskie spojrzenie.
- Zostałeś ojcem... - westchnęłam. - Już miałam pewien pomysł na prezent z okazji tego, ale... Chyba się rozmyślę - zrobiłam do niego słodkie oczka, pod nosem wciąż się uśmiechając.

<Gilbercik? ( ͡° ͜ʖ ͡°) >

Mia Land of Grafic