Wszędzie już było o tym głośno. Nigdy wcześniej rząd nie zdecydował się na coś tak drastycznego, więc zbiegły się tłumy. Cały plac zapełniony był ludźmi, jedynie prowizoryczne barierki i uzbrojeni żołnierze wokół pilnowali porządku.
Dałem się głupio złapać. Nie udany skok na rzekomo niestrzeżony sklep z bronią palną. Mogłem uciec, mogłem po prostu spierdolić. Zostawić to wszystko, rzucić w cholerę jego, klany i tą durną hierarchię. To wszystko, co nigdy nie dotyczyło mnie osobiście.
Mogłem przeżyć.
A teraz stoję tutaj. Przez to, że sumienie nie pozwoliło mi nie spojrzeć do tyłu. Nie pozwoliło mi uciec. Wróciłem się po niego. Wróciłem się po Chu, który został otoczony. Był priorytetem jeśli chodzi o ochronę podczas tego skoku. Ale cała reszta zrobiła to, na co ja się nie odważyłem. Po prostu uciekli, zostawili go. Tego, który dał im dom, pracę, schronienie. Po prostu woleli ratować własny tyłek. No cóż, może jednak nie jestem egoistą.
Ale nie przewidziałem jednej rzeczy. Nie przewidziałem tego, że mogą odciąć nam drogę na końcu kanału ściekowego. No cóż, los bywa stronniczy. Dwóch dorosłych facetów na dwudziestu uzbrojonych policjantów. Skończyło się to właśnie tym, że siedzę teraz w kajdankach w samochodzie i czekam, aż ktoś otworzy drzwi i powie, że już przyszedł na nas czas. Miałem czas na ostatnie przemyślenia, błaganie o to, żeby znalazło się dla mnie miejsce tam na górze. Czas na zastanawianie się nad tym, co robi teraz moja siostra, tych kilku kolesi którzy uciekli... I Vane. Nie widziałem jej już od dawna. Nie byłem w stanie podołać tym najbardziej banalnym obietnicom, przekonywaniem o tym, że się zmienię, ale tego nie zrobiłem. I życie kopnęło mnie za to w dupe. Mocno.
Ktoś otworzył drzwi. Ujrzałem światło dzienne. Chu wstał, posłał mi tylko krótkie spojrzenie i skinął głową. Wziąłem głęboki wdech i postawiłem stopę na kostce brukowej. Zaprowadzili nas na sam środek placu i kazali klęknąć. Wszyscy ludzie w napięciu przyglądali się nam, tym odmieńcom, przed którymi tak dzielnie broni ich rząd. Ostatnio zdałem sobie sprawę z tego, że tak właściwie obie strony myślą, że są tą dobrą. Po prostu mamy inne metody, ale nikt nie widzi tego, co tak naprawdę niesie ze sobą ta wojna.
Straty. Niezliczone straty, które ponosi każda ze stron. Nie da się ich wynagrodzić. Ludzkie życie nie jest czymś, co można po prostu spłacić jak dług. To coś czego nikomu jeszcze nie udało się odzyskać, i dopóki to się nie stanie, nigdy nie pogodzę się z tym, co się dzieje. Nie jestem święty. Nikt nie jest święty z osób, które są w to zamieszane.


