poniedziałek, 18 września 2017

Od Viktora CD Yuri

Przypatrywałem się dokładnie każdemu mijanemu znakowi. W tej okolicy było ich co niemiara, przez co sam do końca nie wiedziałem, gdzie się znajduję. Jednak... Moje zmysły same z siebie mówiły, że przedszkole Yuriego znajduje się gdzieś w okolicy. W kieszeni miałem podpisaną przez rodziców chłopca zgodę, na odbieranie go z przedszkola. Jakoś udało nam się dojść do porozumienia w sprawie treningów, a jako, że jestem odmieńcem tak jak oni, ich zaufanie zdobyłem dosyć szybko.
Wracając. Pewnie zdążyłbym spokojnie dojść do placówki, do której musi uczęszczać Yuri, gdyby nie fakt, że... W pewnym momencie, wyczułem przy swojej nodze mocny uścisk. Spojrzałem w dół.
- Yuri? Co ty tu robisz? - zadałem pierwsze pytanie, chociaż na usta nasuwało mi się kilka kolejnych. - Dlaczego nie jesteś w przed.. - nagle oderwał się ode mnie łkając głośno.
Spod mokrych powiek wyłoniły się jego brązowe oczka. Smutek i ból miał dosłownie wymalowany na twarzy...
- Viktor! - wydukał, dosłownie dławiąc się własnymi łzami. - Viktor, Viktor... - wyciągnął w moja stronę swoje małe rączki.
Wyraźnie zamurowany, zupełnie nie wiedziałem co zrobić. Miałem przez moment pustkę w głowię, lecz po chwili odruchowo uchwyciłem chłopczyka w pasie i uniosłem do góry. Błyskawicznie jego mała główka znalazła się przy moim ramieniu. Podczas gdy jedną z rąk przytrzymywałem Yuriego w pasie, drugą delikatnie zacząłem gładzić jego czarną czuprynkę. Nie chciałem na razie kontynuować rozmowy. Jedynie cichymi słówkami starałem się uspokoić przedszkolaka... Czułem słoną wodę, która przeszywała moją kurtkę i t-shirt na wylot. Zachowywał się jak zbity pies. Dosłownie. Oparłem swój podbródek o czubek jego głowy.
- Jeżeli jesteś smutny, to ja też będę... - szepnąłem, gdy tylko wyczułem jak jego rytm serca powoli się synchronizuje i uspokaja. - Co się stało? - dodałem spokojnie. podkładając dłoń pod jego podbródek.
- Bo tamci... Tamci... - zaczął, zaciągając noskiem. - Oni... - widocznie zagubiony zupełnie nie wiedział od czego zacząć.
- Heej... Spokojnie... - wyszeptałem, nakierowując jego wzrok na siebie. - Pójdziemy po resztę twoich rzeczy do przedszkola i...
- NIE! JA NIE CHCĘ TAM WRACAĆ! - krzyknął, ponownie zapełniając swoje oczy słoną wodą.
Nie powiem, że nie byłem w jakimś stopniu przestraszony. Nigdy nie widziałem żadnego dziecka, w tak złym stanie. Co prawda mam zaledwie szesnaście lat, lecz w moim przypadku spotykanie małych "fanów" było czymś normalnym. Nie wiedziałem co zrobić...
- Cii... - powiedziałem półszeptem, nie zaprzestając gładzenia jego lśniących włosów. - Przy mnie jesteś bezpieczny... - przytuliłem go mocniej do siebie, tym samym, pozwalając mu dostatecznie się wypłakać... W końcu, jest jeszcze dzieckiem...
***Tep, tep. Każdy dobrze wie dlaczego...***
Czy coś takiego nie działo się jakieś... Hym... Cholera, naprawdę powoli tracę rachubę czasu. Na pewno, szmat czasu temu. Zwinąłem się uciekłem  z treningu. Co prawda, któryś raz z kolei, lecz tym razem postanowiłem wybrać się pod dobrze znany adres. To lodowisko. Niosło ze sobą wiele wspomnień. Tych naprawdę dobrych wspomnieć. Yuri. Ten chłopak... Słodziutki, ciemnooki... Co z nim? Kontakt zarówno z nim, jak z jego rodziną zerwał mi się jakieś kilka lat temu. Próby odnalezienia jakiegokolwiek śladu, kończyły się tym samym - porażką. Wszystko jakby w momencie rozpłynęło się w powietrzu. 
Nie ukrywam, że brakowało mi tego małego, słodkiego uśmiechu. Nasza współpraca nie trwała zbyt długo, ale zdążyłem się zżyć z tą małą istotką... Chciałbym go znowu zobaczyć. Choćby otrzymać informację o tym, że jest bezpieczny. 
Zatraciłem się w rutynie. Ciągłe treningi, treningi i jeszcze raz treningi. To po prostu stawało się nad wyraz nudzące. Opanowałem naprawdę dużo, a mimo to natarczywie wszyscy chcieli więcej... Myślałem nad przejściem na emeryturę... Czerpię z jazdy figurowej dużą przyjemność, lecz odgrywanie tego samego spektaklu kilkanaście razy... Nawet taki człowiek jak ja, też może się znudzić, tak? 
Wracając. Z rękoma w kieszeniach sunąłem po gładkiej powierzchni. Wzrok pozostawiałem wlepiony w łyżwy... Wiedziałem, że ktoś może mnie rozpoznać. Fani. Taak, kocham ich. Lecz nie raz mam ochotę pozbyć się osób, które nie dają mi spokoju nawet w chwilach, gdy chcę pobyć sam ze sobą... No cóż... Nic nie poradzę.
Los? Czy może szczęście? Sam nie wiem. Zderzyłem się z kimś. Jak się później okazało, osobą potrąconą okazał się czarnowłosy chłopak. No może nie chłopak, niech będzie, mężczyzna. Jego czekoladowe tęczówki mimowolnie rzuciły mi się w oczy. Nie, to nie możliwe. 
- Y-Yuri? - wydukałem jego imię. To jedyny sensowny tekst, który w tej chwili przyszedł mi do głowy.
<Yuri!!! XD <3 :3 >

Od Kevina CD Flurry

Strzał. No i kolejna istota ze zdolnościami nadprzyrodzonymi z głowy. I to dosłownie. Szukałem tego gościa przez kilka dni, a ten, praktycznie cały czas siedział pod moim nosem. To na serio potrafi nieźle wkur*ić człowieka. Jego skromniutka przyczepka znajdowała się kilometr od głównego budynku ścigających... A pomyśleć, że szukałem tego delikwenta poza granicami miasta. Syzyfowa praca...
Otarłem swoją nieco mokrą grzywkę łapą. Oczywiście, zanim udało mi się go dobić, byłem zmuszony szlajać się po ciemnych uliczkach osiedla. Z resztą, sam się rzuciłem na wykonanie tego zadania. Równie dobrze mogłem je zlecić jakiemuś świeżakowi w ramach testu, lecz wolałem...  Bardziej pewne rozwiązania. Wcisnąłem niewielki pistolecik do jednej, specjalnie doszytej kieszeni. Broni mam co nie miara, lecz tą lubiłem najbardziej - malutka, poręczna i skuteczna w każdym przypadku. Wydostałem się z tego zapomnianego przez Boga zakątka, po czym jakby nigdy nic - oczywiście w towarzystwie przerażonych spojrzeń ludzi - wybyłem na główną ulicę. Z łapami w kieszeniach bluzy przeszedłem najbliższe kilka metrów. Nie mam pojęcia dlaczego, w oczy rzuciła mi się maleńka postać. Stała wlepiając swój wzrok w kolorowe wystawy cukierni... Pewnie nie miała styczności z czymś takim na co dzień. Była z domu dziecka. Coś po prostu mi to mówiło... Huh... ZARAZ! Cukiernia! To jest to! Uwielbiam słodycze... W mgnieniu oka znalazłem się w środku. Wybrałem swoje ulubione słodkości, zapłaciłem, po czym wyszedłem na zewnątrz. "Przynajmniej będzie co jeść w domu" - powiedziałem do siebie w myślach, skanując wzrokiem zawartość papierowej torebki.
Czułem coś... Hyhm... Cukierki. Ale takie odrobinkę... Zgniłe. Cholera, chyba mam za dobry węch... Skierowałem swoje spojrzenie w stronę wcześniej już widzianej dziewczynki. Stała przy jakimś facecie, który w swej torebce zapewne skrywał kilka cukierków. Huh. Stary pedofil... Pociągnął bezwładne dziecko za sobą. Mimo wszystko, jakoś nie spodobał mi się ten widok. Ruszyłem w ślad za dwójką, która przez kręte uliczki szła dobre kilkanaście sekund. Ta, trochę krótko, ponieważ w pewnym momencie niedoszły przestępca oberwał w łeb. Hah... Bohaterem można być na różne sposoby. Niestety, grawitacja zadziałała, a ciało kolejnego niegrzecznego chłopca przewaliło się na dziewczynkę. Widocznie przerażona, po kilku sekundach zaczęła uciekać.
- Przestraszyła się - stwierdziła spoczywająca na moim ramieniu laleczka.
- Jesteś bardzo bystra - prychnąłem, w tym samym czasie podpierając się o laskę i śledząc małą postać wzrokiem.
- Idziesz za nią? - wtrąciła ponownie, delikatnie poruszając swoją małą główką.
Nie odpowiedziałem. Jedynie przybrałem swą podstawową postać, po czym z miejsca ruszyłem za nią.
***
Tak jak się spodziewałem, zatrzymała się przy sierocińcu. Właśnie w tym momencie wymieniała z niebieskowłosą dziewczyną kilka zdań. Po chwili ruszyły w stronę wejścia praktycznie przyklejone do siebie. Słodkie. Niczym ciastka, które skitrałem w plecaku. Właśnie... Ciastka! Sięgnąłem po nie w jednym momencie, z uśmieszkiem wpatrując się w przepyszne słodkości.
- Życie bez rodziców w tym chorym kraju jest na porządku dziennym... - westchnąłem, jednym ruchem ręki zmieniając swoją postać. Poprawiłem białą grzywkę, która przysłaniała moją dosłowną dziurę w oku, po czym z delikatnym uśmiechem ruszyłem w ślad za dwójką. Kto powiedział, że nie mogę chociaż na chwilę pobawić się w bohatera, tylko od drugiej strony? Co chwila podpierając się o towarzyszącą mi laskę, przeszedłem przez stalową bramę. Słabe warunki. Nawet czteroletnim dzieckiem się nie potrafią zająć...
Może moje dzieciństwo w torturach nie było takie złe? Pomijając zupełnie fakt, że do tego jebanego labolatorium trafiłem całkowicie przypadkowo... Otchłań. Ach, jakże wspaniałe miejsce... Mogli mnie wyjebać do jakiegokolwiek z istniejących wymiarów, lecz trafiłem akurat tutaj. No trudno. Trzeba żyć dalej.
- A pan do kogo? - w moje czysto filozoficzne rozmyślanie, wtrąciła się jakaś stara babka ubrana nad zwyczaj schludnie jak na takie miejsce.
- Jedynie przybyłem pooglądać dziewczynki - skinąłem delikatnie głową, przy tym kłaniając się elegancko. - W sensie... Do adopcji oczywiście... - uniosłem swoje wyblakłe oczy do góry, nieco się uśmiechając.
- Ugh... No dobrze - poprawiła swój nieco przyduży dekolt, po czym z miejsca ruszyła prosto w stronę wejścia.
Bez słowa, grzecznie poszedłem za nią, żeby po chwili dorównać jej kroku. Otworzyła przede mną drewniane drzwi, za którymi ukazał się ogromny pokój. Jak mogłem się spodziewać, na samym środku stała dwójka, wcześniej widzianych przeze mnie dziewczynek.
- Co wy tu robicie?! Od piętnastu minut panuje cisza poobiednia i stanowczy zakaz wychodzenia z pokoi! - podniosła wyraźnie ton, śledząc mordującym wzrokiem dwie, drobne postacie.
- Przepraszam, że się wtrącę, lecz to właśnie o te dziewczynki mi chodzi... - uśmiechnąłem się delikatnie, robiąc krok w ich stronę.
- Doprawdy? - skrzyżowała ręce pod piersią, w tym momencie śledząc całą naszą trójkę swoim zabójczym spojrzeniem.
- Nie śmiałbym się okłamywać takiej pięknej kobiety, jak pani... - przymrużyłem powieki, z wypisanym "lizus" nad głową. - Z resztą... Prosiłbym jedynie o pięć minut rozmowy z tymi panienkami... - oparłem się obiema dłońmi o spoczywający przy mnie, wyglądający niewinnie przedmiot.
- Ach tak? - zmrużyła oczy, patrząc na mnie jak na jakiegoś pdeofila
- No wiesz... - stanąłem za nią, przy tym delikatnie przybliżając swoje usta do jej ucha. - Jeżeli bardzo chcesz stracić pracę w tym domu... Gdy tylko moi znajomi z rządu dowiedzą się o nagannym wypuszczaniu dzieci poniżej dziesięciu lat, bez jakiejkolwiek opieki... - wyszeptałem w taki sposób, aby mój oddech dosłownie stykał się z jej narządem do odbierania fal płynących z otoczenia. - Chyba domyślasz się, kim jestem... - ukradkiem z mojego rękawa wyłoniła się malutka legitymacja.
Kobiecie przyśpieszył oddech. Czułem, jak serce podchodzi jej do gardła, na myśl o straceniu dobrze płatnej pracy. Odsunęła się od nas.
- Pięć minut - powiedziała krótko, a zaraz później zniknęła za kolejnymi drzwiami w tym jakże okazałym budynku.
Uśmiechnąłem się dumnie, po czym ponownie stanąłem zaledwie metr od dziewczynek. Zniżyłem się do ich poziomu, wciąż będąc podparty o laskę.
- Chyba je lubisz - wyciągnąłem zza pleców papierową torebeczkę z logiem popularnej cukierni. - Nie zapominaj, że nie powinnaś brać słodyczy od facetów z ulicy...
- Jakbyś sam w tym momencie nim nie był - zaśmiała się cicho laleczka, która wciąż spoczywała na moim ramieniu.
Obie widocznie zbladły. Chyba nie były przyzwyczajone do takich widoków na co dzień... Huh, no cóż. Może przynajmniej mnie uda się wyciągnąć je z tego bagna.
- Racja, jeszcze się nie przedstawiłem! Xerxes Break, a ta mała to Emily!
<Flurry?>

OD Resney CD Vane

Siedziałam na bazie danych, przeglądając wszystkie nagrania z kamer w obrębie 150 kilometrów. Nic, nic, nic i... Nic. Kolejne nudy, ale procedury są procedurami. Ledwo się zacisnęłam, żeby móc jakkolwiek nie zasnąć. Łyk kawy, i do roboty... Mega nurzącej ro--
Chwila, czy to nie Vane?
- Komputer, cofnij na kamerę 4A - powiedziałam komendę i spojrzałam na to nagranie. Vane sobie szła, jakby nigdy nic.
- Profil "Live" - wyjęłam konsolę i wpisałam kody - uruchamiamy. - w tym momencie patrzyłam na Vane i Gilberta z radosnymi minami. Trochę mnie irytował ten widok... Mimo śmierci Kiby, nadal jest z tym pacanem. Pomachałam głową, zamykając oczy, gdy nagle usłyszałam huk. Podniosłam głowę, widząc, jak Gilbert upada martwy na ziemię z roztrzaskaną głową. Po chwili zauważyłam, że kamera się przerywa. Gdy ogarnęłam widok, Vane była nieprzytomna i leżała na ziemi. Gwałtownie się zerwałam, biorąc apteczke.
- HIGE DO AUTA, JUŻ!
- Resney, co się dzieje?!
- MORDA I DO AUTA, WYJAŚNIĘ PO DRODZE!

****

Gdy dojechaliśmy z Hige na miejsce, szybko się zerwałam, podbiegając do Gilberta i Vane. Gilbert leżał w kałuży krwi. Był zimny, martwy. Nie mogłam nic zrobić, więc szybko podbiegłam do Vane. Miała na szczęście puls... Zacisnęłam wargi, wstając z nią na baranach.
- Resney...? - nie odpowiedziałam mojemu przyjacielowi, tylko po prostu ledwo szłam w stronę auta. Ten wziął Vane i położył na tylnym siedzeniu.
- Ja prowadzę. 
- Nie, Resney. Vane Cię aktualnie bardziej potrzebuje - położył rękę na moim ramieniu. Przytaknęłam i usiadłam na tyły. Wyjęłam notatnik i zaczęłam szacować jej rany. Lekko przejechałam ręką po jej głowie, czując w jednym miejscu guz.
- Hige, jak poznać, czy ma pękniętą czaszkę?
- Czy ma ją jakkolwiek zniekształconą? - spojrzałam na Vane z góry.
- Nie widzę, by miała...
- To nic jej nie jest. A co? 
- Ma sporego guza na głowie. Chyba czymś dostała. Będę musiała porobić testy, może się dowiem, czym dostała - zaczęłam notować jej rany i to, co mam zrobić. Szybko wróciliśmy do domu.
- Połóż ją u mnie na kanapie - Hige wykonał moje polecenie. Położył ją na kanapie, a ja szybko opatrzyłam jej rany. Ledwo co opanowałam drżenie rąk. Poszłam do siebie i zapisywałam rzeczy.
- Komputer, projekt "WiMO". 
- Ale mademoiselle.
- Wykonać. - w tym momencie komputer zaczął pisać kody zabezpieczające. Zaakceptowałam parę rzeczy.
- Projekt "WiKO"?
- Projekt Wielki Kod Obronny. Zabezpieczam mocniej moje dane.
- Dlaczego?
- Bo skoro ktoś zabił Gilberta i chciał zabić Vane... - Zaakceptowałam kod i blokadę. 

*następnego dnia*

Nie spałam cały dzień, w sumie nie był to dla mnie żaden wyczyn. Siedziałam w sali testowej.
- Dobra... Według badań, najelpsza rzecz, symulująca czaszkę człowieka, to arbuz... - włączyłam kamerę - próba numer jeden. Szklanka po piwie - wzięłam butelkę i uderzyłam nią o Arbuza. Szklanka się potukła, a arbuz pękł - Test negatywny... - wyłączyłam nagranie i włączyłam znowu - próba numer dwa... Kastet - uderzyłam kastetem, a arbuz pękł. - Test negatywny... - zrestartowałam nagranie - próba numer 3. Kij do baseballa - szybko zrobiłam zamach i uderzyłam o arbuza. Nic. Szybko go rozcięłam. W tym miejscu był złamany na części - test pozytywny - wyłączyłam nagrywanie i zdjęłam okulary. 
- I co masz? - Hige do mnie przyszedł z kawą. Wzięłam od niego swoją mocą i lekko dosłodziłam.
- Dostała prawdopodobnie kijem do baseballa... Czym może to skutkować?
- Pfu... Najgorszy scenariusz to wstrząs mózgu. Ale reagowała na niektóre jej gesty przez sen, więc to nie najgorszy scenariusz. W dobrym przypadku będzie mieć tylko guz.
- Mhm... - wstałam - dzięki Hige.
- Drobiazg - uśmiechnął się w moją stronę i poszłam tam, gdzie Vane... Stała.
- Vane! - szybko do niej podbiegłam - siadaj, dostałaś mocno w--
- Resney...? Gdzie byłaś? - spojrzała na mnie - wtedy, gdy we mnie strzelali.
- Słucham?
- Moment zakończenia wojny.
W tym momencie zamarłam. Nie, to nie wstrząs mózgu...
To utrata pamięci... 
I co ja mam jej powiedzieć? Prawdę, czy kłamstwo?

Myślałam, że jestem przygotowana na wszystko. Byłam gotowa na tortury psychiczne i fizyczne, byłam gotowa na cierpienie i sekrety, których bym nie mogła udźwingąć.
Byłam gotowa na wszystko
A przynajmniej tak myślałam.

Vane?

niedziela, 17 września 2017

Ripley "Pure" Shiro


Po prostu pokaż fucka. Maximum defense over 9000.


Imię i Nazwisko: Ripley Shiro
Pseudonim: Pure
Płeć: Kobieta
Wiek: 21 lat
Rasa: Koń
Orientacja: Homoseksualna
Zauroczenie: Rzadko się zakochuje, ale jeśli już się zakocha nie będzie się z tym kryć zbyt długo, zanim zrobi pierwszy krok.
Klan: Desert Eagles
Stanowisko: Zastępca przywódcy
Żywioł: Światło i Ziemia
Moce:
- Może bić kataną na odległość, za pomocą "przecinania powietrza" i wysyłania fal światła
- Potrafi na chwilę zniknąć i pojawić się w innym miejscu
- Może stworzyć szczeliny w ziemi
- Kiedy poczuje się zagrożona, albo coś ją zaskoczy czasami zmienia się w figurę z kamienia
- Jest niezwykle silna i wytrzymała, dużo bardziej od innych ludzi
Umiejętności: Nie ma zainteresowań, jest prostym żołnierzem. Walka to całe jej życie, więc na tym się skupiła w całości. Jej refleks jest niezwykle szybki
Charakter: Ciężko jest opisać charakter Ripley, ponieważ prawie wcale go nie pokazuje. W większej grupie prawie wcale się nie odzywa, woli słuchać innych. Kiedy już jest z kimś sam na sam, zdecydowanie bardziej woli mówić niż słuchać. Jest uparta jak osioł, wie lepiej od wszystkich. Nic do niej nie dociera, choćby nie wiem jak bardzo głupi był jakiś pomysł, ona i tak zrobi po swojemu. Co więcej, zazwyczaj głupie pomysły jej wychodzą. Jak czegoś się nie da zrobić, szukasz kogoś, kto o tym nie wie, przyjdzie i to zrobi. Ripley jest osobą, do której możesz przyjść z takimi rzeczami. Od dziecka wie wszystko o przetrwaniu, wlezie choćby po pionowej ścianie, zrobi coś z niczego, ale obsługiwanie urządzeń elektronicznych woli zostawić komu innemu. Jedyne urządzenia jakie potrafi obsługiwać to telefon, telewizor (i mikrofalówka). Chwała tym, co widzieli ją kiedy się uśmiecha, bo niewiele jest takich osób. Jej mina w każdej sytuacji wyraża czyste rozczarowanie, nie wiadomo czy zaistniałą sytuacją czy całym ludzkim gatunkiem. Często kogoś walnie tylko po to, żeby się zamknął. Potrafi być dość brutalna w niektórych sytuacjach ale ma dobre intencje. Aczkolwiek znając już Ripley przez jakiś czas, można dojść do tego prostego wniosku - ona jest po prostu strasznie wredna.
Cechy Charakterystyczne: Tatuaż serca pod lewym policzkiem, często też zamyka lewe oko, bo podczas walki została tam zraniona, przeszła przez operacje ale czasami to oko jej łzawi, boli ją albo po prostu przestaje na nie widzieć.
Ciekawostki: 
- Od dziecka kocha westerny, muzykę country i tego typu klimaty
- Uwielbia ostre jedzenie
- Żadne kolejki, karuzele i tego typu rzeczy nie robią na niej wrażenia, nie przerażają jej ani nie robi się jej na nich niedobrze
- Pochodzi z Texasu (wiele to wyjaśnia W texasie można wszystko, jeśli ktoś nie ogarnia)
- Mistrzowsko posługuje się kataną
- Prawie wcale się nie uśmiecha
Głos: klik


Właściciel: Olasta
Inne zdjęcia: 1 2 3 4 5

Od Vane

Gdybym wiedziała wcześniej... Gdybym miała świadomość, że ten jeden dzień może odmienić całe moje życie... Za nic w świecie nie dałabym się wyciągnąć z domu. 
***
Uniosłam wzrok na mężczyznę, który szedł tuż obok mnie. Rozmyślał nad czymś. Wciąż zdawał się być wpatrzony w jeden, dla innych niewidoczny punkt. Trochę mnie to niepokoiło. Cisza jest czymś normalnym, lecz ta chwila miała zupełnie inny aromat niż te poprzednie.
- Coś się stało...? - zapytałam cicho, owijając swoje obie ręce wokół rękawa jego kurtki. Wtuliłam się w cieplutki materiał, wciąż wzrok pozostawiając wlepiony w jego twarz.
Odpowiedziała mi głucha cisza, a Gil jakby nigdy nic dalej wpatrywał się w dal. Zmrużyłam oczy, nieco napuszając policzki. W momencie go wyprzedziłam i stanęłam naprzeciw.
- Ignorujesz mnie? - skrzyżowałam ręce pod piersią, mocniej zaciskając zęby.
- Słodko wyglądasz, gdy chcesz kogoś zabić wzrokiem... - zaśmiał się cicho, a na jego ustach pojawił się szeroki uśmiech.
- Pff! - burknęłam pod nosem, zaczynając powoli iść tyłem. - Grabisz sobie... - przeskanowałam go od góry do dołu swoim widocznie zdenerwowanym - chyba w przenośni - spojrzeniem.
- A ty jesteś brudna od loda - wypalił, już zupełnie nie powstrzymując się od śmiechu.
Zatrzymałam się, po czym w momencie dorwałam do rąk telefon, który dotychczas przetrzymywałam w kieszeni. Dosłownie zamarłam, gdy moim oczom ukazały się kąciki ust, całe brudne z mrożonych słodkości. W pewnym sensie przypominałam Jokera...
- Nie mogłeś wcześniej?! - szybko przetarłam dłonią swoje usta. - Czy to dlatego, wszyscy ludzie się tak na mnie... - myśląc, że zaraz spalę się ze wstydu, błyskawicznie strzepałam na oczy białą grzywkę.
- Spookojnie... - odetchnął, obejmując mnie w pasie. - Bycie dosłownie słodkim, też nie jest złe... - wyszczerzył się szerzej.
Czułam jak moje policzki przybierają czerwonawą barwę. "Wstyd, zażenowanie..." - powiedziałam do siebie w myślach, nerwowo przygryzając opuszek wskazującego palca. Teraz to ja, jak zaczarowana przypatrywałam się jednemu punktowi. Czy nikt nie robił zdjęć? Cholera, chyba popadam w dziwną paranoję...
Wtedy na swej głowie wyczułam charakterystyczny przedmiot. Tak, to z pewnością był kapelusz. Z tego co mi wiadomo, dotychczas przyozdabiał jedynie głowę Gilberta. Uniosłam swoje pytające spojrzenie w górę, na nieco zmniejszony uśmiech mężczyzny.
- Niech cię chroni przed wszystkimi gapiami! - wygłosił dumnie swoją zadziwiająco długą przemowę, unosząc do góry dłoń, niczym jakiś natchniony filozof. - Przez kilka najbliższych godzin... Bo później wraca do mnie... - sprostował, spoglądając na mnie kątem oka.
- Nie ma opcji, już nigdy go nie odzyskasz! - zaśmiałam się, a przedmiot szybko wylądował w moich dłoniach.
Ta, bardzo śmieszny żarcik. Pewnie, już najprawdopodobniej nigdy do ciebie nie wróci...
Chwila nie uwagi. Chwila beztroski. 
Jeden nabój. Jeden cel.
Jedna chwila. 
Pociągnięcie za spust, krew. 
Dużo krwi.
Wszystko działo się w spowolnionym tempie. Czułam, jak moje powieki otwierają się o wiele szerzej niż zwykle. Gilbert, szykował się do spotkania z ziemią. Jego włosy zaczęły lśnić od bordowej cieczy. Upadł.
- Gil? - wydukałam, zupełnie nie rejestrując, co właśnie przed chwilą się stało.
Przez moment myślałam, że to żart. Zwykły, nie do końca zabawny dowcip. Lecz w końcu dotarło do mnie, że przed momentem ktoś pozbawił go życia. Rzuciłam się ze szklankami w oczach na chodnik, przy tym kalecząc swoje kolana.
- GILBERT! - wydarłam się, już nawet nie powstrzymując łez.
Uchwyciłam jego twarz w swoich dłoniach. Pozbawione życia powieki, brak pulsu, żadnego znaku życia. Nie było go już na tym świecie. Nie oszczędzałam słonej cieczy.
Jak mogłam do tego dopuścić?
Dlaczego akurat teraz?
Gdzie mój dalszy sens życia?
Zadawałam sobie te pytania, chociaż na myśl nasuwało mi się wiele innych. Był moim wsparciem, powodem dla którego wstawałam rano z łóżka. Ratunkiem, gdy wszystko się waliło. Ciepłą poduszką na zimne dni i osobą, przy której mogłam się wypłakać. Już go nie ma. Właśnie przed chwilą zniknął.
Uchwyciłam jego nadgarstki. Również nie wyczuwam pulsu.
Wróć...
Nic nie trwa wiecznie. Podobno. Nawet ten moment został mi odebrany. Przeszywający moją głowę ból, który po chwili rozniósł się po całym ciele. Wyraźnie, niewyraźny widok. Ciemność.
***
Ciemność... Cholera, naprawdę nie wiem, czy jest ona dla mnie czymś uspakajającym, czy dodatkową irytacją. 
Pustka, która mnie otacza. Jest naprawdę przerażająca. Nie czuję nic. Bólu, ani szczęścia. Gdzie jest coś, cokolwiek? 
Kim ja w ogóle jestem?
Otworzyłam oczy. Pokój. Jestem w czyimś domu? Chwila. Co się stało? Gdzie jestem... Kurwa mać, za dużo pytań, a żadnej odpowiedzi... Poderwałam się gwałtownie do pionu - błąd. W momencie przerażający ból przeszył całą moją czaszkę. Piłam? Czy to był zwykły kac? Nie wiem. Co wiem? Nic. Z mojej głowy spadł jakiś czarny kapelusz. Należy do mnie? Moment. Czy cokolwiek z otaczających mnie rzeczy, jest moją własnością?
Ta bitwa... Dobrze ją pamiętam... Zaraz. Dostałam kulkę, rzeczywiście.
Kiba. No własnie... Gdzie on teraz jest? Przecież poszedł się pieprzyć... No tak.
Rocket. Hah, po tym szopie mogłabym spodziewać się wszystkiego.
Chwila, a Resney? Tak, dobrze pamiętam. Też tam była...  Co z nią?
Ale... Czekaj. Było coś jeszcze... No właśnie - co? Czuję, jakby z mojej głowy zostało coś... Usunięte? Wyrwane? Hyh, chyba tak to określę. Rozejrzałam się po pokoju. Znajome miejsce...
- Dom Resney? - powiedziałam do siebie, powoli podnosząc się z kanapy.
Zignorowałam ból.  Przyćmiły go te wszystkie pytania. Co się stało...?

Nwm czy ktoś ma zamiar na to odpisywać. Najwyżej będzie CD
Ktoś, coś?

Akane "Ruda" Misurii



Imię i Nazwisko: Akane Misurii, ale mówią jej "Akacz" lub "Akira"
Pseudonim: Ruda
Motto: Widzisz mój drogi... Nigdy nie bierz mnie na poważnie, a jeśli bierzesz, to nie oczekuj ode mnie różowych jednorożców, bo inaczej dostaniesz w pysk.
Płeć: *Gap na siebie* Chyba baba...
Wiek: 20 lat
Rasa: Owczarek niemiecki
Orientacja: Biseksualna
Zauroczenie: A czy ja wyglądam jak ciepła masa?
Klan: Desert Eagles
Stanowisko: Żołnierz
Żywioł: Elektryczność
Moce: 
- Może przewodzić prąd elektryczny
- Może manipulować prądem elektrycznym do tego stopnia, że na długi czas może zrobić sobie elektryczne skrzydła. (Latać na nich może max godzinę)
- Jak znajdzie kogoś, z kim się dogada nawet bez słów, może zrobić z nią fuzję
- Gdy się skupi, może zrobić elektryczne strzały, ale łuk już nie
- Bariera elektryczna? Jeśli masz przy sobie latarkę lub coś, co ma w sobie energie, nie ma problemu!
Umiejętności: Umie karate, tekuondo i judo. Dodatkowo umie rzucać nożami.
Charakter: Akane ma to do siebie, że wygląda na zwykłą świruskę, która nie bierze świata na poważnie. Bo po części tak jest. Nie zna słowa "stop", nie wie, kiedy zamknąć za przeproszeniem "mordę", a także nie wie, kiedy odpuścić. Umie nawet skoczyć w ogień i przeżyć! Wrogowie to jej najlepsi kumple, z którymi chodzi na randkę razem z nożami i jej bandażami. Najczęściej wraca sama. Jest lekko walnięta w pozytywny sposób, ale za to jest oddana swojemu klanowi... Na swój specyficzny sposób. Uwielbia wkurzać ludzi, a jej wkurzającą postawą, jest właśnie ta, do której zrobiła sobie jakże cudowne zdjęcie. Umie wyjść do całej armii, pomachać jej i potem zacząć spierdalać z uśmiechem na twarzy. Tak. To cała Akane. Lecz mimo to, że tak się zachowuje, umie być poważna. W poważnych sprawach, może się zmienić nie do poznania. Stanowcza, poważna, agresywna lub co gorsza, psychiczna. Nie powiem, że u niej psychiczność jest częsta, bo tak nie jest. Ciężko ją zranić na tyle, żeby ukazała swoje łzy. Bardzo często się uśmiecha. Emocje? Złość, smutek, radość, wszystko zobaczysz u niej. Nie ukrywa niczego, jest czasem nawet szczera do bólu. Przeszkadza jej twój odór? Powie ci. Lecz niech jej charakter nie zmyli was, że jest taka wredna cały czas. Dla swoich przyjaciół jest wierna i przyjacielska. Trochę głupkowata, ale udawanie głupiej jest jej żywiołowym zajęciem. Wszyscy ją za to uwielbiają. Zawsze jest królową jakiejś biby, zawsze przynosi alkohol i robi drinki. Dla przyjaciół jest oddana i wrażliwa. Każda rana zadana przy niej, budzi w niej agresje i skacze na tego, kto zrobi krzywdę jej bliskim. Lecz mimo to, ma swoje wady, których nie da się uniknąć. Nie umie słuchać zbyt długo. Na konferencjach zawsze zasypia, lub udaje że słucha, a tak naprawdę wyobraża sobie ciebie pod wielkim młotkiem z napisem "Kauabanga". Ale jak już wspominałam, potrafi być poważna.
Cechy Charakterystyczne: jej włosy nie mają materii. Latają sobie na lewo i prawo, a części jej włosów, mogą nawet lecieć wokół niej. Nosi też rękawiczki.
Ciekawostki:
- Uwielbia czekoladowy budyń;
- Wkurzanie to jej drugie powołanie;
- Osobiście bardziej ją kręcą dziewczyny;
- Uwielbia białe szczeniaczki/kociaki.
Głos: Kliku
Właściciel: Renesme_Darkline [H]/ravenislime@gmail.com [Gmail]

sobota, 16 września 2017

Od Ace'a "Szczęście"

- Nie wierzę ci – rzucił mój współpracownik. Uśmiechnąłem się lekko pod nosem i pokręciłem głową.
- To prawda. Jeżeli nie wierzyłeś w moje możliwości, proszę bardzo, chcesz to pójdź i zobacz. Albo zacznij oglądać wiadomości – wyszczerzyłem się głupawo. Posłał mi niezadowolone spojrzenie i zapalił papierosa.
- Głupi to ma szczęście, nie ma się czym chwalić. Zajebałeś jednego, tyle.
- Co się tak właściwie stało? – zapytał dotychczas milczący mężczyzna w rogu pokoju.
- Cóż – usiadłem w wygodniejszej pozycji. – Było tak…
*Flashback z dnia poprzedniego*
    Miałem misje zwiadowczą. Jeden z szeregowych był wtedy w parku, rozmawiałem z nim wcześniej rano. Wziąłem snajperkę, bo z lornetki ciężko się korzysta będąc zebrą a nie człowiekiem. Wracając, patrzyłem sobie przez celownik, siedząc na dachu. Nic ciekawego, miasto jak zawsze puste, jak w każdą niedziele. Wszyscy w kościołach albo w domach o tej godzinie. Dostałem listę podejrzanych osób, które przyszły wtedy na egzekucje tego przywódcy. Było kilka dziewczyn, parę facetów. Wielu z nich wyróżniało się z tłumu więc nie powinno to być nic trudnego zauważyć ich. Moim zadaniem było po prostu obserwować otoczenie, miało być pusto i ja miałem sprawdzać, czy faktycznie jest pusto. Jest styczeń, jest zimno, niewiele osób wychodzi. Dość logiczne, ale po masakrze w parku patrole zostały podwojone. No więc siedzę na tym dachu, rozglądam się, i widzę to:
    Idzie facet w średnim wieku, z kobietą za ramię. Idą po parku, dość daleko od miejsca w którym stałem. Dziewczyna białe włosy, chłopak czarne. No to przyglądam się i zdaje sobie sprawę z tego, że mam takich na liście. Odzywam się do tego chłopaka przez komunikator, że ich mam w parku. On mówi, że jest niedaleko i zaraz tam będzie. Miałem naboje przy sobie, w razie czego. Cel był strasznie daleko, no ale myślę sobie, dlaczego nie zaryzykować?
   Mówię wam, z tylu metrów, cel wielkości butelki pepsi i do tego się rusza. Celuje, myślę jeszcze przez chwilę… i strzelam. Trafiłem go idealnie, przykładam znowu oko do celownika i widzę jak się osuwa na ziemię. Od razu czerwono, a dziewczyna krzyczy. Podbiega do niej ten szeregowy co dzisiaj z nim miałem kontakt, i przywalił jej kijem baseballowym. Kuca przy niej i mówi do komunikatora, że nie żyją oboje.
*Wracamy do teraźniejszości*
- Tyle, że dziewczyny potem nikt nie znalazł. Leżał sam facet – skrzywiłem się i oparłem plecy o krzesło.
- No to pięknie żeście to zjebali – zaśmiał się mój towarzysz.
- Hej, to moja wina? Przecież byłem daleko, on mógł ją dobić. Poza tym…
Spojrzałem przez okno.

- To i tak nie moja robota było ich zabijać. Jak ktoś ją znajdzie, sam ją dobije, ja wracam do swojej roboty, chwila chwały nie trwa wiecznie nie? W końcu, ja po prostu miałem szczęście.
Mia Land of Grafic