czwartek, 5 października 2017

Od Kevina CD Corrinne

"Pora wziąć się za właściwą pracę..." - westchnąłem, zasiadając za kierownicą swojego służbowego samochodu. Przekręciłem kluczyk w stacyjce, żeby zaraz po chwili usłyszeć cichy ryk silnika. Wpisałem kilka liter na nawigacji... Ruszajmy więc...
***
Pomyśleć sobie, że zarąbanie owego gościa zajmie mi tak mało czasu... Jestem po prostu taki dobry, czy to jemu coś nie wyszło? Nie chciałem się nad tym długo zastanawiać. Po niespełna godzinie w towarzystwie swojego nowego przyjaciela, Steven'a - który de facto został zmuszony do ulokowania się w bagażniku - ruszyłem po obwodnicy miasta, prosto do punktu docelowego, którym była jedna z miejscówek rządowych. Czasami zastanawiam się, dlaczego nie mogę tego wszystkiego rzucić i wyjechać gdzieś... Huh, w końcu to ja tutaj jestem dowódcą i powinienem innym rozkazywać, czy coś... Ach, na co ja zaśmiecam sobie tym myśli?
W końcu, gdy minął następny kwadrans byłem na miejscu. Zaparkowałem na specjalnie zarezerwowanym miejscu, żeby w następnej kolejności otworzyć bagażnik... Grzecznie spał. Takie to urocze, że aż mam ochotę zwrócić obiad... Jestem wykorzystywany... Podmieniłem swoją postać, po czym wszedłem do środka z mężczyzną ciągniętym (dosłownie) za smycz. Wcześniej owinąłem mu czerwoniutki pasek wokół szyi, aby móc w łatwiejszy sposób przetransportować go do cel. Ach... Ja to mam genialne pomysły.
- Jak sobie państwo życzyli, jedna z wtyk podająca się za ścigającego - westchnąłem, mówiąc do znajdujących się w sali mężczyzn, do której przed chwilą wszedłem.
- Dlaczego tak... - zająknął się jeden z nich. - Szybko...? - wydukał, podchodząc do leżącego na ziemi człowieka. W odpowiedzi jedynie wzruszyłem ramionami i przysiadłem na wolnym krześle. Relaks...
- Jestem dowódcą, tak? - zerknąłem kątem oka na dosyć niskiego mężczyznę. - Swoje zadanie potrafię wykonać w ciągu dwóch godzin... O ile mam ochotę i czas - dodałem, uśmiechając się złośliwie pod nosem. - A owego w te chwili nie posiadam zbyt dużo. Kwiatki muszę podlać i tak dalej... Obowiązki mnie wzywają! - poderwałem się gwałtownie, przy tym przyjmując postać człowieka.
- Znowu chcesz igrać z ogniem? - wyszeptał jeden z lepiej znanych mi generałów. W odpowiedzi jedynie zaśmiałem się, przy tym skanując go swoim morderczym spojrzeniem. Hah, widzę, że od środka i tak już dawno się przekręcił... Cóż, taka wola "twardego jak kamień" pieska.
- Żegnam się... - mruknąłem, teatralnie się kłaniając.
***
Cholera jasna. Ci ludzie naprawdę nie potrafią znaleźć sobie lepszej pory, na zawalenie głównej drogi korkiem? Stoję w nim dobre pół godziny, a czuję, jakbym nie pokonał nawet metra. Dobre tyle, że zaoszczędziłem trochę czasu na "pozbyciu się" tamtego szpiega... Przynajmniej mam pewność, że odbiorę dziewczynki ze szkoły na czas. 
Koniec końców zdecydowałem się na pokonanie o wiele dłuższego dystansu, lecz w zamian - w o wiele szybszym tempie. Spojrzałem na zegarek. Zostało jakieś dwadzieścia minut... Uhg... Nie miałem zamiaru siedzieć w samochodzie, ot co! Wybyłem z niego zaraz po wyciągnięciu kluczyka ze stacyjki. Na szkolnym boisku dostrzegłem dwie, niewielkie postacie o charakterystycznym ubarwieniu włosów... Tak, to na pewno Corr i Flurry. Uśmiechnąłem się delikatnie, podchodząc nieco bliżej do miejsca, gdzie odbywała się przerwa... Moment. Obok nich ktoś stoi. I to... Chłopak!? 
- Nie mogły sobie znaleźć koleżanek? - dopytał dobrze mi znany głos Emily.
- Huh, nie mam pojęcia... - mruknąłem, mrużąc podejrzliwie oczy. - Lecz ten szczeniak mi kogoś przypomina, a na dodatek wygląda o wiele starzej niż reszta... - podtrzymując swoją brodę na dłoni, nawet na moment nie oderwałem wzroku od tej trójki.
W pewnym momencie obcy osobnik jakby mnie dostrzegł i zapewne za pomocą jakiejś głupiej wymówki, zmusił Corr do powrotu za drzwi szkoły... Ja mu kurwa dam... W momencie dorwałem do rąk telefon i napisałem krótkiego sms, do różowowłosej, która pozostała sama na jednej z ławeczek. 
"Czekam przy bramce wyjściowej"
<Flurry?>

poniedziałek, 2 października 2017

Od Vane "Zaćmiona zemsta"

Widzę go. Tylko... Dlaczego nie mogę wychwycić żadnej rysy twarzy, osoby, nawiedzającej mnie w snach? Chcę wiedzieć kim jesteś, lecz wciąż chodzisz z zasłoniętymi oczami. Czuję twój oddech przy swoim uchu, odwzajemniam każdy twój pocałunek, wciąż chcę być blisko... Proszę, powiedz mi kim jesteś. Daj mi jakikolwiek znak, najmniejszą podpowiedź... Czuję ten mętlik. Nie chcę go. Powiedz, wykrzycz. Zapytaj, proszę, czy mnie kochasz? Odpowiem jednoznacznie, "tak", nie wiem dlaczego, nie wiem po co... Podejdź bliżej. Chcę cię poczuć. Dlaczego mi cię zabrano? 
Czekam na ciebie.
Kochanie...
Każdy dzień bez ciebie jest katorgą.
Ból, który trzymam w sobie jest nie do zniesienia
Chcę cię zobaczyć
Chcę cię dotknąć
Dobrze pamiętam twoje ciepłe pocałunki
Wciąż je czuję na swojej skórze
Kochanie...
Wróć

~~***~~
Kolejny, przepiękny... Stop. Nie, żaden dzień w tym świecie przepełnionym rutyną nie będzie wspaniały. Wygrzebałam się leniwie spod kołdry, przy tym zrzucając wszystkie dotychczas równo ułożone poduszki, prosto na ziemię. Jedynie spojrzałam na nie, widocznie zaspanym wzrokiem, po czym zadałam soczystego kopniaka jednej z nich. Nudzi mi się...
- Nie wyżywaj się na tej biednej poduszce, ona też ma uczucia - prychnął wcześniej przeze mnie niezauważony szop, wychylając się zza drzwi mojej prywatnej łazienki. No właśnie, prywatnej.
- A co ty tu do cholery robisz!? - warknęłam, podejrzliwie mrużąc oczy, przy tym uważnie skanując nimi pluszaka. - Ktoś ci pozwolił tutaj wejść? - dodałam odrobinę spokojniej, zakładając na siebie wcześniej przewieszoną przez krzesło bluzę.
- Głownie stoję - wyszczerzył się złośliwie, widocznie bawiąc się jakimś przedmiotem w mojej łazience.
W ułamku sekundy znalazłam się tuż obok, wlepiając swoje oczy w kolorowe światełka, które były porozwieszane po całej powierzchni pomieszczenia. Oniemiała wpatrywałam się w całość, która wyglądała przecudownie...
- Od kiedy jesteś dekoratorem wnętrz...? - zapytałam cicho, robiąc powolny obrót wokół własnej osi. Zrobiło się tu naprawdę ładnie...
- Leżały bezczynnie w piwnicy... - burknął pod nosem. - Nie mogłem pozwolić, żeby się zmarnowały - dodał, składając wszystkie swoje narzędzia i przybory do skórzanej sakiewki, którą następnie przewiesił sobie przez szyję. Ze skrzyżowanymi łapami, zaczął się wycofywać w kierunku drzwi. Dostrzegając ten ruch, w momencie zatrzymałam go stanowczym chwytem za ramię.
- Jesteś dla mnie bardzo miły... - odwróciłam delikatnie wzrok w jego kierunku. - Czy stało się coś, o czym nie chcesz mi powiedzieć?
Szczerze - mój widocznie cichszy i spokojniejszy ton, nie ukrywam, trochę mnie przerażał. Od dawna nie mam okazji przybierać postaci "Poważnej Vane". Wolę się śmiać, niż kazać wszystkim znosić moje cierpienie, które trawi mnie od środka. Tęsknię za czymś... Mój umysł podświadomie, dobrze wie... Ale... Nikt nie chce mnie uświadomić w tym, że własnie tak jest. Niewiedza jest ciężka, życie z nią jeszcze większe. Ciąga wiara w tą samą wersję przedstawioną przez neutralną dotąd osobę, może być mylna. Wiem to.
- Tak. Telefon ci dzwoni - prychnął, po czym odtrącił moją dłoń i przeszedł do sypialni.
Po kilku sekundach, nieduży przedmiot wylądował w moich dłoniach. Komórka służbowa... Odebrałam w mgnieniu oka, żeby zaraz po tym zaszczycić swoje uszy głośnym krzykiem. Taa... Chyba próbowano się do mnie dodzwonić, co najmniej dziesięć razy. Westchnęłam pod nosem, wysłuchując przyjacielskiego opieprzu, ze strony dobrze znanego informatyka.
- Mów po ludzku, bachorze... - burknęłam pod nosem, w końcu przerywając bełkot starszego ode mnie mężczyzny.
- Jak ty... - w momencie ugryzł się w język, zapewne zdając sobie sprawę, że w gruncie rzeczy jestem jego szefem. - Dobra. Prosto z mostu. Ścigający znowu rozrabiają - wypalił, po krótkim wdechu.
Znowu to samo uczucie. Nagle naszła mnie ochota na wybicie, całej populacji tych futrzaków. Dlaczego ich stworzono? W jakim celu? Ile naszych ludzi zginęło, przez ich nagłe ataki i wybuchy? Nie chcę wiedzieć. Chcę zemsty. Za każdego, który musiał odejść z tego świata.
- Będę za... - spojrzałam na zegarek, kątem oka śledząc wpatrującego się we mnie szopa. - Maksymalnie dziesięć sekund - po wypowiedzeniu ostatniego słowa, rozłączyłam się i podeszłam bliżej Rocket'a.
Uchwyciłam jego ramię, zamykając oczy. W ułamku sekundy znaleźliśmy się w pokoju, który zajmował informatyk. Podczas gdy on prawie spadł z krzesła przerażony, ja zaczęłam krztusić się krwią, która pojawiła się w moich ustach. Cienki strumyk upłynął również z nosa...
- Cholera jasna... - wydukałam, nieco uginając się w pasie.
- Oszalałaś!? - krzyknął, w momencie podnosząc się ze swojego czarnego fotela. Po chwili znalazł się tuż obok i jak na zawołanie zmusił mnie do zniżenia się na poziom podłogi.
- Ona? Chyba już dawno! - prychnął i tak nieco poddenerwowany szop.
- Czuję się dobrze... - mruknęłam, starając się podnieść na równe nogi.
Niestety, moje pierwsze próby bardzo szybko poszły na marne, a głowa ciągle niemiłosiernie mnie bolała. Na dodatek zakrwawiłam kołnierzyk swojej ulubionej koszuli... Ta, teraz, pewnie nadaje się jedynie do kosza. Zrezygnowana oparłam się o ścianę, odbierając od mężczyzny stojącego obok kubek z wodą. Wypiłam ją duszkiem, a żeby pozbyć się niedobrego posmaku krwi z ust, zaczęłam rzuć gumę. Nos wydmuchałam w chusteczkę.
- Serio, wszystko na swoim miejscu... - westchnęłam ciężko, w końcu przy pomocy chłopaka podnosząc się do pionu. - A teraz proszę o relację z tego... - zacisnęłam pięści. - Ataku...
- Nie żyje łącznie dziesięciu bezstronnych z mocami. W tym dwójka dzieci i trzy kobiety - powiedział po chwili milczenia, podczas której zapewne zastanawiał się, czy w ogóle powinien mi to podać. Jebnęłam z całej siły zaciśniętą pięścią o metalową ścianę, czego de facto w krótkim czasie pożałowałam. Mój naskórek na kostkach widocznie się zdarł. Wymruczałam kilka przekleństw pod nosem, nerwowo kręcąc się po pokoju. W końcu coś wpadło mi do głowy.
- Kim jest ich dowódca... - warknęłam jakby sama do siebie, lecz mimo to i tak czekałam na odpowiedź ze strony reszty. Uniosłam swój zabójczy wzrok, gdzie w krótkim czasie zetknął się on z facetem.
- Mówisz o tym wariacie? - prychnął, przysiadając na biurku. - Nie kryje się z niczym. Namierzenie jego domu było bardzo łatwe - wypalił, podając mi jedną z teczek zapełnioną po brzegi papierkami. - Ma dziwną słabość do ciast... - dodał jedynie, podpierając się rękami.
- Jak ja go tylko dorwę...
***
Znowu budzę się w objęciach jego rąk. Czuję tą przyjemną bliskość... Jak mogłam tak długo bez niego żyć?
Jego ciepły oddech na moim karku, jest naprawdę miły. 
Miłość, bezgraniczna miłość, którą go obdarzam.
Odwracam się, żeby ujrzeć chociażby kawałek jego twarzy. 
Sen jak zwykle w tym momencie się urywa, a ja z powrotem zostaję rzucona w głąb ciemnej nicości...
***
Noc. Idealna była to pora na wybranie się do owego Kevina Regnard'a, żeby załatwić to i owo. Wiedziałam, że jest w domu... Siedziałam pod nim praktycznie cały dzisiejszy dzień. Nie było to nic ciekawego, lecz chociaż warte swojej ceny... Szykowałam się do wyjścia z dotychczas zajmowanego samochodu. Sprawdziłam, czy na pewno wszystko mam. Stary, delikatnie zdarty, ale mój najukochańszy pistolecik. Mój pierwszy, którego udało mi się wygrzebać z piwnicy przepełnionej różnymi spluwami. Jest nie wiele młodszy ode mnie. 
Wybyłam na zewnątrz, przeładowywując broń, przy tym poprawiając kapelusz dumnie przykrywający moją twarz. Ktoś jego wzrostu dojrzy co najwyżej ruchy moich ust i część nosa... Czułam jak bezgraniczna nienawiść ponownie mnie przepełnia. Zabrali mi coś ważnego. Nie wiem co, po prostu czuję, że to właśnie ich wina. Zarówno serce, jak i rozum mnie w tym utwierdzają. Westchnęłam cicho, już mając robić kolejne kroki na przód.  Zapewne wykonałabym swoje zadanie i po chwili wszystko byłoby na miejscu, gdyby nie charakterystyczne jak dla mnie chrząkniecie. "Co znowu..." - odwróciłam się na pięcie, żeby...
- Co ty tu robisz idioto!? - warknęłam, patrząc na niższe ode mnie stworzenie, które nad wyraz zadowolone zdjęło ze swych pleców zabawkę. Przelustrowałam go zabójczym wzrokiem.
- Muszę cię pilnować, żebyś czasami nie spędziła kolejnego roku w śpiączce... - odwrócił wzrok, nawet nie racząc zaszczycić mnie swoim spojrzeniem. 
- Ty coś kręcisz... - mruknęłam o wiele ciszej niż poprzednio.
- Możliwe. 
Nie kontynuując rozmowy, przeszłam do działania. Krótkim znakiem głową dałam znak szopowi, aby na razie został na zewnątrz. Na szczęście tego nie trzeba mu było dwa razy powtarzać... Czmychnęłam do domu przez otwarte w kuchni okno... Przy stole siedział on... Ten wychwalany wszędzie dowódca. Spodziewałam się kogoś poważniej wyglądającego. Tymczasem on... Wpierdalał ciastka? Cholera, chyba pomyliłam domy. Ewentualnie mam do czynienia z wariatem. Nie miałam czasu, żeby teraz się nad tym zastanawiać. Wycelowałam i po chwili nacisnęłam spust, przymykając oczy. Przyglądanie się śmierci, ostatnio naprawdę źle na mnie oddziaływuje... Tak, jakbym nie potrafiła się do niej przyznać. Czuję przez kolejne kilka nocy poczucie winy... Zabrałam wdech, uchylając jedną z powiek. Kurwa mać. Jakim cudem chybiłam?
- Usiądź proszę i poczęstuj się tymi słodkościami... - jego nad wyraz spokojny głos rozbrzmiał w moich uszach. 
Niemalże podskoczyłam. Jakim cudem mnie zauważył? Zrobiłam coś źle? Pewnie byłam za głośno... Zjebałam!
- Śmiejesz się w twarz śmierci? - zapytałam cichym mrukiem, specjalnie zniżając swój ton do czegoś na rodzaj męskiego głosu.
- Nie musisz się oszukiwać, ty też to zrobiłaś kilka razy - odwrócił się. 
W końcu mogłam dojrzeć jego rysy twarzy... Białowłosy, na oko miał może trochę ponad dwadzieścia lat. Jedno oko, o kolorze wyblakłej czerwieni. Drugie zostało przysłonięte grzywką. Pod pewnym względem wyglądał podobnie do mnie. Nie specjalnie umięśniony, czy wysportowany. Powiedziałabym nawet, że z lekka wychudzony. Wpatrywałam się w niego, podobnie jak on we mnie. Przypominał mi kogoś... 
- Myślałaś, że przyjdziesz, załatwisz mnie i po sprawie? - zaśmiał się, widocznie rozbawiony zaistniałą sytuacją. - Otóż... Może wolałabyś poznać prawdę o tragedii, która miała miejsce kilka tygodni temu? - zrobił nieduży krok w moją stronę.
- O czym bredzisz... - mruknęłam, już w dłoni mając pistolet.
- Huh... Jeżeli darujesz mi życie, to może powiem ci co nieco na ten temat... - przyglądał mi się spode łba. - Vane Strange - dodał do całości moje imię, jakby wyciągnięte z moich myśli.
Nie ukrywam, że przez moje ciało przeszedł dziwny dreszcz. Teraz, to ja czułam się zagrożona... Przeklęłam pod nosem, odwracając wzrok ku szybie okna. Nie musiałam czekać, wołać, cokolwiek... Rocket pojawił się sam i z naburmuszoną niczym małe dziecko miną, wycelował w faceta. Natomiast w rękach owego Kevina jakby znikąd pojawiły się dwa, małe rewolwery. Mina mi nieco zrzedła... Poznaję skądś te bronie...
- Xerxes? - wypaliłam nagle, a spojrzenia zgromadzonych zostały automatycznie przeniesione na mnie.
Mężczyzna w czymś na rodzaj płaszczu ponownie się uśmiechnął.
- A już myślałem, że nigdy mnie nie poznasz kurduplu! - prychnął, spuszczając broń w dól, jakby przekonany, że nie strzelę. Kto wie?
- Jakim cholernym prawem stałeś się dowódcą, tych chorych psychicznie ludzi, których czyn z dnia na dzień coraz bardziej wyniszczają mnie od środka?! - wydarłam się, zaciskając kurczowo palec na spuście. -  Zdrajca! - dodałam z wyraźnym warknięciem.
Uniósł teatralnie ręce do góry.
- Nikogo nigdy nie zdradziłem! - wypalił. - Chyba, że... - odwrócił wzrok w bok najwidoczniej zmieszany.
- Zdradziłeś moją i swoją rodzinę... - syknęłam, nie przestając mierzyć go morderczym spojrzeniem. - Wystawiłeś mojego ojca, znikając bez śladu! - kontynuowałam wymienianie kolejnych żalów. - A pomyśleć, że traktowałam cię jak rodzinę... - prychnęłam, ironicznie się śmiejąc.
- Ach wypraszam sobie! Swojej teściowej się podpytaj, dlaczego się na mnie wkurwiła i wydała prosto przed sidła rządu! Twojemu ojcu byłem wierny jak brat, bachorze...
- Co tu się do cholery dzieje?! - wtrącił w końcu szop.
- Przedstawiam ci Xerxesa Breaka, niegdyś osobę magiczną, zbuntowanego, przez którego tak właściwie się spotkaliśmy... - burknęłam pod nosem, mierząc białowłosego morderczym spojrzeniem. - Zniknął akurat wtedy, gdy na klan mojego ojca zaatakowano wszystkimi ogniwami! - uśmiechnęłam się gniewnie.
- Lecz z tego co widzę, znalazłaś sobie bardzo dobrego przyjaciela! Widzisz?! Zawsze służę - prawie zakrztusił się własnymi słowami. - Poo-Pomocą.
- Zniszczyłeś mi dzieciństwo... - warknęłam, stojąc już zaledwie metr od niego. - Pozbawiłeś ojca! - sprostowałam, żeby na pewno doszło.
Nachylił swoje usta tuż przy moim uchu.
- Ciebie w życiu pozbawiono naprawdę wielu rzeczy... Uwierz, że każdy coś przed tobą ukrywa... - wyszeptał, opatulając moje ucho ciepłym podmuchem. - Nie czujesz tego... Ludzie wokół mogą cię wykorzystywać do swoich celów, wciskać ci kit...
Nie chcę czuć. Odtrąciłam go jednym, porządnym ciosem w policzek. Nie chcę jego, chcę kogoś innego. Chcę właśnie tego, ale od innej osoby.
- Chcę prawdy. Dlaczego tak, a nie inaczej... Chcę wiedzieć wszystko - uniosłam na niego swoje oczy, w których pojawiły się małe płomyczki.
Skinął delikatnie głową.
- Lecz najpierw musisz mi wyświadczyć przysługę...

<Nwm. Jeżeli ktoś z obecnych tam chce, może kontynuować, lecz ja mam wenę na dalsze pisanie...>

Od Corrinne cd Kevin

W myślach wygłaszałam miliony wyzwisk pod adresem Xerxesa.
Miałam zdecydowanie złe przeczucia.
***
Zmusiłam się na uroczy uśmiech, wędrując za nauczycielem. Nienawidzę. Tego. Miejsca.
Do białych, lekko podniszczonych drzwi ustawiało się około dwudziestu trzech uczniów; wszyscy w tych chorych mundurkach.
Odprowadzali nas ciekawskimi spojrzeniami. Mrugnęłam do paru chłopaków. Bo kto mi zabroni, prawda?
     Z plastkiowym uśmieszkiem stałam przed nową klasą, w czasie gdy niejaki Kojou Shelley, nauczyciel matematyki- boże, tylko nie to! - przedstawiał nas z udawaną radością.
**Mam lenia, ok?**
Na przerwie wyszłam na dwór, usiadłam na murku i po prostu siedziałam.
– Cześć. Mogę? – zerknęłam kątem oka na wysokiego blondyna o zielonych oczach. Jak mu było... Yaze?
– Skoro musisz... – mruknęłam.
Usiadł, ale zdecydowanie za blisko.
– Lily... Ładne imię.
Cicho się zaśmiałam.
– Nawet nie próbuj.
– Ale o co chodzi?
Wywróciłam oczami. Wyobraziłam sobie reakcję Shawna. Jak podbiega i pod jakąkolwiek wymówką odciąga mnie od potencjalnego zagrożenia. Ale... Go tu nie ma.
– Co do imienia, dość pospolite. Ale możesz zwracać się do mnie Oreo. – mrugnęłam do niego.
Sprawdźmy, czy się spłoszy...
Przesunęłam się minimalnie w jego stronę, gdy nie patrzył.
Poprawiłam spódniczkę.
– Dlaczego przeniosłyście się tak nagle do naszej szkoły?
– Jakoś tak wyszło. – wzruszyłam ramionami.
~~~~Flurry~~~~
Gadając z nowo poznanymi koleżankami, ukradkiem obserwowałam przyjaciółkę. Rozmawiała z tym chłopakiem.
– Martwisz się? Słusznie. – zauważyła Olivia. Spojrzałam na nią pytająco – Yaze... To dość specyficzny typek. Zawalił już trzeci rok, ma niezbyt dobrą opinię. Co chwilę chodzi z jakąś dziewczyną, potem zrywają... No i tak w kółko.
   Czyli Lily nie wie w co się pakuje. – stwierdziłam w myślach. Ale...  Na razie nic się nie dzieje. Tylko rozmawiają. Nie zdąży podbić jej serca. Trafiła kosa na kamień.
Tylko... Teraz pilnować by Kevin się nie dowiedział, bo (może) być niezły kabaret.

< Kevin? Wiem, że mnie lubisz c: >

Od Kevina CD Corrinne

- Wiesz, że jeżeli ty zginiesz, jej będzie naprawdę smutno? - mruknąłem pod nosem, obdarzając świat wyraźnie znudzonym wzrokiem. - Już ci tłumaczyłem, że takie tłumaczenie nie ma sensu. Nie bądź samobójcą, bo czymś takim jeszcze bardziej ranisz otaczających cię ludzi. Czy twoje "poświęcenie" uratowało kogokolwiek? - wyjechałem w końcu ze swoją prawdziwą opinią na ten temat.
Jeszcze przez chwilę wpatrywała się we mnie, po czym widocznie zamyślona zniknęła za drzwiami. Westchnąłem głośno, zaczynając się bujać na krześle. "Tutejsza młodzież jest naprawdę dziwna... A na dodatek nie ma do żadnego instrukcji..." - wziąłem do ust kolejne ciastko.
*tepu, tepu trochu*
Z mojego gardła wydobył się bardzo dziwny śmiech. Był on pełen arogancji, a sam wyrażony został z wyraźnie podkreśloną ironią. Wpatrywałem się w dwie, stojące przede mną postacie, przyodziane w identyczne mundurki... SZKOOOŁA!
- Jak już wcześniej wspominałem... - odwróciłem wzrok na moment w bok. - Nie mam zamiaru w szkole trzymać przygłupów -  wyszczerzyłem się o wiele szerzej niż zwykle. Jestem doprawdy bardzo nie miły... Trudno, muszą mieć świadomość, że w szkole lepiej nie będzie! A może nawet gorzej... To już na szczęście nie jest problem. Typka, który im spróbuje podskoczyć wychwycę w ułamku sekundy i postawię do pionu. Nikt nie ma prawda im dokuczać - nie wliczając mnie oczywiście. No może, Emily też ma do tego jakieś prawa...
- Zdechniesz prędzej, czy później... - warknęła na mnie Corrinne, widocznie wkurzona nie mając zamiaru toczyć ze mną dalszej rozmowy. Wyszła na dwór i stanęła tuż obok samochodu.
Jednak Flurry wciąż wpatrywała się we mnie swoimi niebieściutkimi oczkami. Słodycz uwięziony w ciele nastolatki... Uroczo...
- Do plecaka spakowałem wam kilka... - zakasłałem cicho, rozbawiony. - Może kilkanaście ciasteczek... - spuściłem wzrok. - A i pamiętaj... Jeżeli jakiś chłopczyk będzie do ciebie startował, nie zapomnij, że Emily i Xerxes mogą go nie grzecznie załatwić - uśmiechnąłem się, delikatnie głaszcząc ją po różowych włosach. 

<Flurry?>

Od Shawna CD Corrinne

Nie chciałem jeść. Siedząc przy stole, jedynie dłubałem ozdobnym widelczykiem w jedzeniu... Nie mam na nic ochoty, jeżeli nie jestem pewien, że moja siostra jest bezpieczna. Chciałbym znowu zobaczyć jej uśmiech, delikatny, ciężko złośliwy, ale jednak uśmiech... Chociaż na kilka chwil mieć ją przy sobie...
- Paniczu, dlaczego nie jesz? - zapytał w końcu przydzielony do mnie "prywatny sługa", zginając się w pasie, żeby po chwili być na moim poziomie.
Moje zaspane oczy chyba mówiły same za siebie... Nie potrafię w nocy ani na moment odpłynąć, jedynie przewracam się z boku na bok rozmyślając nad tą całą sytuacją. Chyba coś ze mną nie tak.
- Nie musisz do mnie mówić "Paniczu", wystarczy Vincent lub Vin... - mruknąłem, wzdychając ciężko. Uczucie bezradności... Znowu wyniszcza mnie od środka.
- Och... Jak sobie życzysz... - urwał na moment, prostując się. - A tak przy okazji... Również mam na imię Vincent - wyczułem jak delikatnie się uśmiecha.
Z mojego gardła wydobyło się coś na wzór śmiechu... Może zacznę kantować? Szczerzyć się, nawet, jeżeli od środka mnie coś wyniszcza? Znam wiele osób, które tak grają. Chyba do nich dołączę...
- Coś cię trapi? - wypalił w pewnym momencie, wbijając się w punkt moich rozmyśleń i tworząc dla mnie swego rodzaju test. 
- Nic, wszystko w porządku! - uśmiechnąłem się najszczerzej jak na tą chwilę było mnie stać, przy tym wlepiając oczy w chłopaka. Kłamanie chyba nie jest takie trudne jak myślałem. Z pewnością o wiele prostsze od tłumaczenia, co cię zabija od środka. 
- Czyli ci nie smakuje? - skrzywił się delikatnie.
- Niee!! Już zjadam! - zaśmiałem się, biorąc do ust pierwszy kęs.
***
Wpatrywałem się w pustą, białą kartkę i długopis tuż obok niej. Chciałem napisać list do Corrinne... Zapewnić, że wszystko u mnie w porządku i podpytać, jak się czuję... Tylko, nie miałem pojęcia od czego zacząć. W tym czasie zacząłem bazgrać coś sobie na nadgarstku... Ught, dlaczego to jest takie trudne?
- Droga Corrinne... - zacząłem wypisywać pierwsze litery, które tworzyły słowa, natomiast z tych skonstruowałem zdania...
... nie mam pojęcia, czy ta wiadomość kiedykolwiek do ciebie dojdzie, ale... No cóż, zawsze staram się chociaż spróbować... 
W każdym razie... Cholera, nie mam pojęcia od czego zacząć. Przepraszam. Po prostu strasznie mi ciebie brakuje. Żałuję, naprawdę bardzo żałuję, że wtedy jak zwykle musiałem się do czegoś przyczepić. Nie chciałem wyjeżdżać, to wszystko stało się za szybko. Pod wpływem złych emocji zapomniałem o Tobie, przepraszam. Obiecuję, że jeszcze kiedyś się zobaczymy. Nie wiem czy w tym roku, nie wiem czy w przyszłym, lecz na pewno w końcu ponownie ujrzę twoją cudną twarz. Przyrzekam, że nigdy nie rozstanę się z podarowanym mi przez Ciebie naszyjnikiem. Nie ważne jak bardzo się zmienimy i ile czasu minie, zawsze będę myślą przy Tobie...
Kocham Cię najmocniej na świecie
~Shawn
Zapieczętowałem skromny liścik, do środka wkładając najpotrzebniejsze rzeczy, żeby Corr chociaż spróbowała mi odpisać. Dorzuciłem kilka banknotów, po czym oddałem całość czuwającemu tuż obok chłopakowi. Skinął mi delikatnie głową, żeby po chwili ruszyć nadać list.

<Corrinne?>

niedziela, 1 października 2017

Od Corrinne cd Kevin

Przekrzywiłam głowę.
– Wiesz... To nie tak, że straciłam rodzinę. Po zabiciu rodziców  przez rząd...  Huh... Mieszkaliśmy parę dni z bratem na zewnątrz, bo nasz dom spłonął, a ciotka wywaliła nas po jednej nocy... Niby wciąż należeliśmy do klanu, a jednak nikt... Nikt nam nie pomógł. Taka to "rodzina"– uśmiechnęłam się. – No i po pewnym czasie... Trafiliśmy do domu dziecka. Nakłamałam coś... Mieliśmy nowe imiona, nazwisk udawaliśmy że nie pamiętamy. I... Przesiedzieliśmy tam parę lat,  w między czasie rozdzielono mnie i Vina... Jego adoptował jakiś arystokrata i wywiózł... Potem... Ty tam przylazłeś, kilka dni potem wywalono mnie i Flurry. Znalazłeś nas... I dalej tak jakoś się potoczyło..
Przetarłam powieki, choć nawet nie płakałam. Po prostu... Rozrywało mnie od środka, ale na mej twarzy gościła maska.
– A wspominałaś coś o wypadku...
– To... Cóż... No... Dla bliźniąt ból drugiego jest bardzo złym przeżyciem... Tak jakoś w przedszkolu... Pod jego koniec... Chciałam obronić Vina przed takimi chłopakami. Skończyłam z lekkim porażeniem mózgu.
Cisza. Nic nikt nie mówił. Po prostu, panowało milczenie.
– Flurry stała się ważna, bo... W dużym stopniu mnie rozumiała. T e ż była ofiarą. A ja... Nie lubię patrzeć, jak ktoś cierpi. Może to źle. Bo... Nadprzyrodzoni powinni umieć mordować... A ja... Mogę się z kimś pobić, ale zabić... Nigdy nie chcę. Bo... Każdy zasługuje na życie, prawda?
    Wlepiłam wzrok w ciastka. Talerzyk z nimi nagle przesunął się w moją stronę. Zerknęłam zaskoczna na Kevina. Głupio się szczerzył.
Pułapka?
Postanowiłam jednak nie ryzykować i przekierowałam spojrzenie w co innego. I było to okno.
Nagle wstałam i ruszyłam do pokoju. Stanęłam na chwilę w progu.
– Dzięki za wysłuchanie mnie... Nie wiem co we mnie wstąpiło, ale już tego nie odwołam. Może... Tego potrzebowałam. To mała część opisu życia, ale... Akurat na to gotowa nie jestem.  – nawet nie obróciłam głowy w jego stronę – Jeśli wydasz nas rządowi... Nie będę żałować, bo m o j e życie jest mi obojętne.

< Kevin? >

Od Kevina CD Corrinne

– A bo ja wiem, jaki jesteś? Wy, ścigający, jesteście dziwniiii - burknęła pod nosem, zajadając się de facto moimi ciastkami.
Gdyby nie fakt, że jest dzieckiem, a na dodatek dziewczyną - już dawno jej ciało spowijało kilka ran. Ludzie, którzy mnie znają dobrze wiedzą, że nie można mi zabierać słodyczy... Dostaje szału niczym niemowlę, po odebraniu smoczka.
- Może... - zacząłem, wywalając nogi na stół. - Prawda za prawdę? - wyszczerzyłem się zachęcająco, biorąc do ust jedno z ciastek, które wciąż dumnie ozdabiało mój porcelanowy talerzyk. Spojrzała na mnie z wyraźnym błyskiem w oku. Chyba jej się spodobał ten pomysł.
- Deal - wyciągnęła w moją stronę dłoń, chyba prosząc się o jej wykręcenie i odebranie ciastek... Nie, nie umiem skrywać gniewu po zajebaniu słodyczy. "Kevin, zachowujesz się jak bachor..." - mruknąłem do siebie w myślach.
- Niech będzie - uśmiechnąłem się chciwie, ściskając jej dłoń w swojej. - Lecz jak według starych obyczajów... Panie przodem! - wyszczerzyłem się, jedną z nóg "elegancko" odsuwając dla niej krzesło.
- ŻE JAK? - warknęła, mimo wszystko przysiadając na drewnianym elemencie niemalże każdego domu.
- Cykasz? - prychnąłem, unosząc nad wyraz zadowolony brwi. 
- A ty co?! Jaj nie masz?! - zripostowała, nawet delikatnie się uśmiechając.
- Chcesz, to możesz sprawdzić... - znowu mina pedofila zagościła na mojej z lekka bladej twarzy. 
- Okay - wypaliła, widocznie nie mając w sobie ani grama wstydu, czy chociażby obrzydzenia. Wpatrywałem się w jej niebieskie oczy, z zaskoczoną miną. Chyba nie będę jej tak do końca psuł psychiki...
- Może wtedy, gdy dorośniesz gówniarzu... - prychnąłem, wracając do patrzenia na otoczenie spode łba. - A teraz, mów - dokończyłem.
Wzięła kilka wdechów, rozglądając się po pokoju jakby w poszukiwaniu ratunku. Hah... Jest bardzo słodka, wręcz do schrupania, lecz raczej nie miałem zamiaru jej jeść. Od środka byłaby gorzka...
- Zawsze gdy wychodzę... Idę pod jedno, dosyć młode drzewko - zaczęła widocznie zestresowana, nerwowo bawiąc się własnymi palcami zatrzymanymi w mocnym uścisku. - Zasadziłam je jakieś trzy lata temu wraz z bratem i rodzicami... W zasadzie, to oni się tym zajęli, bo ja siedziałam nieruchoma na wózku. Wypadek... - kontynuowała, nieco głośniejszym tonem. - Siedząc pod nim, mogę znowu poczuć ich obecność. Gdy tam jestem, wiem, że są przy mnie... - podwinęła nogi pod brodę, tym samym skulając się w niedużą kulkę. Pełna swego rodzaju smutku i spokoju wyglądała doprawdy słodziej niż zwykle. Corr to bardzo wrażliwa osóbka, dostrzegam to od dawna.
- Jesteś niesamowitym dzieciakiem... - gdy się odezwałem, w końcu uniosła na mnie wzrok. - Od zawsze troszczysz się o otaczające cię osoby, nawet nie zważając na swoje uczucia, kryjesz się z nimi. Zapewne po stracie rodziny zamknęłaś się w sobie, a twoim oczkiem w głowie stała się Flurry. Chcesz ją ochronić, chcesz widzieć jej uśmiech... - "Robienie czegoś, dla kogoś innego to stek bzdur" - dodałem w myślach, lecz szczerze nie chciałem tego w tym momencie powiedzieć na głos i psuć chwili.  
- Przenikasz przez ludzi? - mruknęła, niemrawo się uśmiechając.
- Moje lewe oko widzi naprawdę dużo - przeczesałem dłonią zasłaniającą wcześniej wspomnianą część twarzy grzywkę. 
- Teraz ty, gadaj. Kim tak naprawdę jesteś? - przerwała wcześniejszy temat, wlepiając we mnie zaciekawione spojrzenie.
- Powiedziałem, że odpowiem... A nie, że udzielę odpowiedzi! - zaśmiałem się, prawie spadając z krzesła, gdy dostrzegłem zamurowaną twarz dziewczyny. Umrę ze śmiechu... Idealnie.
- Chcesz oberwać? - warknęła całkowicie poważnie, patrząc na mnie spode łba niczym nieźle wkurwiony byk.
- Żartowałem! - wypaliłem, w momencie uspakajając się. - Wracając... Hah, możesz uwierzyć, lub nie... Ale kiedyś również byłem nad-człowiekiem - wyznałem w końcu. Wprawdzie dotychczas skrywałem to przed całym światem, lecz teraz jakoś łatwo to ze mnie wyszło...  Dziwne. - Żyłem w świecie niczym z "Alicji w krainie czarów", lecz krótko mówiąc, wywalili mnie stamtąd na zbity pysk! Prosto do labolatorium tego pojebanego rządu... - odwróciłem wzrok w bok. - Jestem kimś nad tych wszystkich ścigających... I między innymi właśnie dlatego jestem dowódcą! - mimo, że moja twarz była pełna radości, coś w pewien sposób rozrywało mnie od środka. Czyżby wspomnienia?
<Corr?>
Mia Land of Grafic