piątek, 8 grudnia 2017

Od Corrinne cd Shawn

Pustym wzrokiem patrzyłam w niewidzialny punkt ciemności.
– Shawn, proszę, odsuń się. – szepnęłam, jednak nawet nie drgnęłam.
– Dlaczego? – odparł pytaniem.
Bo jestem potworem. Jebanym potworem.
– Rząd się mną interesuje. Nie chcę ściągać ich na ciebie. Proszę. Poza tym, uciskasz ramieniem na moją ranną rękę.
Błyskawicznie się odsunął.
– Co się stało?
– A, takie tam bitwy...
Nie, nie interesuj się mną. Nie zasługuję. Zapomnij. Dopiero co mierzyłam do ciebie z bronii.
Uśmiechnęłam się sztucznie.
– Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy, jednak teraz muszę uciekać do domu. – wymigałam się szybko.
W zaledwie parę sekund znalazłam się na głównej drodze, wpatrzona wciąż przed siebie.
***
Otworzyłam cicho drzwi i weszłam powoli przez próg. Cicho. Czyżby spali? To nawet lepiej, zważywszy, że była trzecia w nocy.
Ściągnęłam płaszcz, buty... Podreptałam do kuchni, by sprawdzić, czy tam ktoś przypadkiem nie siedzi.
– Gdzie byłaś? – wydukał Xerxes, którego w pierwszej chwili nie zauważyłam.
– W domu. A potem w pracy. – mruknęłam.
– Czemu ciągle tam chodzisz?! – podniósł głos.
– Bo muszę pracować? Nie zamierzam żyć na czyimś utrzymaniu.
– Ale póki żyjesz tutaj, nie pozwalam ci tam chodzić. – przerwał – Jakoś nie chce mi się wierzyć, że robisz to, bo chcesz.
Oparłam się rękami o blat stołu, cicho wzdychając.
– Akurat taka praca mi się trafiła. – warknęłam przez zęby.
Krótkie włosy zasłoniły mi twarz.
Ta cisza która zapanowała była bardziej wymowna niż jakiekolwiek słowa.
– Jako dzieciak zadłużyłam się u tej baby, która prowadzi klub, ok?! Musiałam jakoś zapewnić jedzenie Flurry przed tym  i po tym jak wywalili nas z ośrodka. Dług narósł do tego stopnia, że przez całe swoje zjebane życie go nie spłacę.– wybuchłam. Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam do pokoju Flurry, by sprawdzić, czy śpi.
< Kevin czy tam Shawn idk. Why. >

poniedziałek, 20 listopada 2017

Od Kevina i Vane CD Corrinne

*Per. Vane
Ta bitwa naprawdę była nudna. Niby z początku zapowiadało się całkiem przyzwoicie, lecz wraz z biegiem wydarzeń wszystko zamieniło się w monotonną strzelaninę pomiędzy obiema wrogimi stronami. Właśnie dlatego od dłuższego czasu jedynie szukałam pierwszej, lepszej okazji aby się stąd ulotnić. Moja podłoga w biurze wciąż jest zawalona papierami. Przydałoby się to ogarnąć... Dzisiaj prawie się o nie zabiłam, podczas biegu do pokoju informatyka, który miał przekazać mi informacje. Dzięki nim, de facto się tutaj znalazłam. Wracając. Gdy tylko nadarzyła się okazja na praktycznie niezauważalne użycie swojej mocy teleportacji, wykorzystałam ją, żeby w końcu móc uciec od szali toczącej się bitwy. Przynajmniej mogłam wciąć ten jeden, głęboki wdech... Dopiero teraz dostrzegłam otaczającą mnie noc. Na froncie było nazbyt jasno, żeby to zobaczyć. Rozpoczęłam szybkie przeładowywanie wszystkich broni. Nosiłam przy sobie kilka, jak nie kilkanaście gnatów poukrywanych w różnych miejscach aktualnie przyodzianego kombinezonu. Można powiedzieć, że zawsze posiadałam jakiś plan "B", "C" itd. Zapewne kontynuowałabym swoje przygotowania do powrotu na pole bitwy, gdyby nie czyjaś dłoń - a w zasadzie łapa; która została ułożona na moim ramieniu. Gwałtownie odskoczyłam, już szykując się do ataku. W momencie został on zatrzymany przez nieco wyższą zwierzo-dziewczynę. Nie ukrywam, że nieco zbladłam. Huh, jeszcze nie zdążyłam spisać testamentu... Chociaż. Nad czym się zastanawiać. Przyjaciół zbyt wielu nie mam, więc wszystko automatycznie przejdzie na Rocketa. A przywództwo w klanie oddałabym Yuriemu, Shawnowi albo Corr. Ostateczne "guru" wybrałby los... Albo Xerxes... Eh, czy ja naprawdę planuję swoją śmierć?
- Spokojnie! - wypaliła mrukiem. - Chcę cię tylko o coś poprosić - dodała, odsłaniając przy tym kawałek swojego pyska. Znam ten drobny pyszczek... Tak, to musiała być moja siostrzenica.
- Hmf? - uniosłam brwi nieco do góry, mimo wszytko odsuwając się o krok do tyłu.
- Nie mów Shawnowi... O tym, że żyje. Co się ze mną stało - w tym momencie nieco odwróciła wzrok w bok, jakby odrobinę speszona.
Uśmiechnęłam się delikatnie, tym razem to swoją dłoń kładąc na jej ramieniu. Nieco się wzruszyła i najwidoczniej podobnie jak ja, ją wcześniej - chciała zaatakować. Z mojego gardła wydobył się śmiech.
- Wie jedynie, że żyjesz i wszystko z tobą dobrze...
"Chyba, że już znalazł Xerxes'a. Co jest całkiem możliwe..." - powiedziałam do siebie w myślach.
- Ought, dobrze... Przynajmniej tyle... - urwała na moment, w wyniku czego zapanowała pomiędzy nami głucha cisza. W trakcie jej zajęłam się uważnemu skanowaniu jej postaci wzrokiem. Wyrosła, przynajmniej od czasu gdy ostatni raz ją widziałam. - Dzięki...
- Pamiętaj, że zabijanie rodziny nie jest zbyt poprawne moralnie - dodałam już biorąc się do robienia kroku. - Chociaż... Dla ciebie już pewnie nie jestem rodziną - prychnęłam, przeładowując broń. - W każdym razie. Twój ojciec nie chciałby, żebyś się wykrwawiła - wyciągnęłam z jednej z kieszonek mini zestaw do zrobienia prowizorycznego opatrunku. Do całości dorzuciłam pół litrową buteleczkę z wodą, która dotychczas leżała bezwładnie obok swojej bliźniaczki w mojej torbie. Oba przedmioty dziewczyna uchwyciła w swych łapach i przeskanowała dokładnie wzrokiem. - Trzymaj się - zasalutowałam jej krótko dwoma palcami. Zaraz po tym dosłownie rozpłynęłam się w powietrzu. Eh... Pora wrócić do roboty... Chociaż. Z tego co spostrzegłam wszyscy zaczęli się powoli rozpraszać w swoje kierunki. Hah. I tak muszę spisać raporty swoich pachołków z przebiegu walki. Ja pierdolę...

*Per. Kevin'a
Siedziałem kulturalnie przy stole, jak to miałem w zwyczaju - zajadając się przepysznymi ciastami. Możliwe, że na takiego nie wyglądałem, lecz byłem nad wyraz wkurwiony i zestresowany. Przede mną jeszcze składanie raportu przed rządem. Uh... No i moja świąteczna premia poszła się chrzanić... Chociaż. Mogłem to zwalić na kogoś innego, co samo w sobie było całkiem ciekawym i kuszącym rozwiązaniem. Do którego prawie cały czas się uciekam. Cholera... Osobiście myślę, że owa bitwa z której przed chwilą wróciłem nie przebiegła dla nas tak źle. Można to nawet uznać za pewien sukces. W końcu, to nie my pierwsi zaczęliśmy się wycofywać. Przynajmniej tak myślę...  Za bardzo się skupiłem na zabawie z... Ale to zupełnie inna historia...
- Xer-xes - wymruczała wcześniej przeze mnie niezauważona dziewczyna, która owinięta kocem przysiadła się do stołu. Z tego co zauważyłem, przed chwilą wstała. Ewentualnie zakończyła nocny maraton anime. - Coś się stało? - zapytała, zapewne zauważając moje słodkie "dzieło".
Rzeczywiście. Rozwalanie, a nie jedzenie ciast było czymś nietypowym dla mnie. Eh... Nie chcę jej dodatkowo martwić...
- Zostałem wystawiony i nie mam weny na jedzenie ciasta - prychnąłem, nabierając na widelczyk mieszankę śmietanki i polewy czekoladowej. - Byłem umówiony na romantyczną kolację przy świecach z Corrinne, lecz ta wolała uciec... Chyba mnie nie lubi... - prychnąłem jakże "zasmucony" zaistniałą sytuacją, biorąc łyk herbaty.

<Flurry? Per. Corri? Whatever?>


niedziela, 12 listopada 2017

Od Shawna

Przyjrzałem się uważniej tarczy zegarka zawieszonego na ścianie. Czas zdecydowanie za wolno mija... Dzisiaj był dzień mojej kilkudniowej delegacji w strony Nowego Jorku. Miasta, w którym się urodziłem i spędziłem połowę swojego dzieciństwa. Dawno tam nie byłem, w zasadzie, pożegnałem się z jego urokiem zaraz po adopcji. Podobnie jak z siostrą. Wymieniliśmy ze sobą kilka listów, a później kontakt nam się całkowicie urwał. Od tego czasu nie było nawet jednego dnia, w którym nie myślałem o niej. Po prostu się martwię, tak jak bliźniak o bliźniaka...
- Znowu tłoczą cię te same myśli? - zagadnął starszy mężczyzna, który wpatrywał się w mą osobę od dłuższego czasu. Westchnąłem cicho, podnosząc się z aktualnie zajmowanego fotela.
- Jesteś bardzo spostrzegawczy - skinąłem głową, pośpiesznym krokiem kierując się w stronę  jednej z komód. Otworzyłem ją z mocnym impetem, żeby w następnej kolejności wyciągnąć ze środka talię kart. Od razu poleciała ona na duży stół, dotychczas świecący pustkami. Mężczyzna od razu jakby się ożywił.
- Może partyjka na odstresowanie? - rzuciłem pytanie w stronę Vin'a, na którego twarz w momencie wpłynął szeroki uśmiech.
- Nigdy nie odmówię, tego typu rozrywce...
***Tararam, tararam, tepu, tepu***
Spoczywałem aktualnie na siedzeniu drugiego pasażera, w specjalnie zakupionym na tę okazje samochodzie. Podczas gdy złotowłosy robił za kierowcę, ja rozkoszowałem się dawno nie widzianymi widokami, które w tym momencie wyjątkowo mnie wzruszyły. To miejsce niosło ze sobą wiele wspomnień, tych lepszych, ale za równo tych gorszych, o których wolałbym zapomnieć. Pomyśleć, że otaczające mnie budowle nawet w najmniejszym stopniu się nie zmieniły. Niesamowite...
- Gdzie chciałbyś najpierw podjechać? - nagle wtrącił się w moje myśli towarzyszący mi chłopak. - Rozmowę z owym fagasem mamy dopiero za dwa dni - dodał, cicho się śmiejąc.
- Huh, jest jedno takie miejsce... - westchnąłem, wpisując w panelu dotykowym ponad moją głową nazwę ulicy i numer budynku. Po chwili na nawigacji znajdującej się przed prowadzącym pojawiły się wskazówki dotyczące dojazdu. 
Kilkanaście minut później staliśmy już pod drzwiami dosyć wysokiego wieżowca. Z tego co dostrzegłem przy jego podnóżach dobudowano wcześniej przeze mnie nie widzianą halę. Zapewne w niej produkowano broń. Całość została wybudowana nieco na uboczu miasta, dzięki czemu sprawiała wrażenie najzwyklejszej, prywatnej fabryki. To się dorobiła...
- Zastanawiam się, czy nie sprzedać ich lokalizacji za grubą kasę - wypalił w pewnym momencie Vin, szturchając mnie delikatnie łokciem. 
- Z moich źródeł wynika, że Vane zna twojego najdroższego antagonistę - wzruszyłem znacząco brwiami, spoglądając w jego stronę kątem oka. Uwielbiam to chore droczenie się.
- Hah... Całkiem zabawne... - wydukał, sztucznie się krztusząc. - Lepiej wejdźmy już do środka, zanim zrobi się nie miło...
- Oczywiście, oczywiście - prychnąłem, otwierając drzwi tak gwałtownie jak zwykle. Na samym wstępie przywitała mnie grupka fagasów z gnatami większymi od mojej głowy. Serio, że aż tak starają się chronić to miejsce? Nigdy nie lubiłem się bić, czy coś. Jestem bezkonfliktowym człowiekiem. Jeśli już tak bardzo chcą, to możemy zagrać w wojnę karcianą. To wychodzi mi najlepiej.
- Vincent McQueen - skinąłem głową, nieco się szczerząc. - Byłem umówiony w sprawie zakupu broni, wraz ze swoim menadżerem - wskazałem na stojącego obok mężczyznę. - Tak?
- Pokój 21 - fuknął, zaraz potem znikając w korytarzu po lewej.
Zadowolony z siebie wraz z Vin'em przeszedłem we wcześniej wskazane miejsce. Na całe szczęście droga nie była długa, a ja mogłem w krótkim czasie znaleźć się przy drzwiach. Wbiłem do środka nawet nie myśląc o pukaniu, czy innych zasadach kultury. Najwidoczniej rozpieszczone dzieciaki już tak mają, nie myślę się zmieniać.
- Kto, jak i dlaczego bez pukania!? - krzyknęła w moją stronę jasnowłosa dziewczyna, jakby zaskoczona podnosząc się z podłogi na której przed chwilą siedziała. Wszędzie dookoła były porozwalane jakieś papiery, segregatory i teczki. Po niedługiej chwili wyraz twarzy Vane całkowicie się zmienił. Wlepiła we mnie swój zdumiony wzrok tych czerwonych oczu. Praktycznie w ogóle się nie zmieniła.
- T-Ty... - wydukała, robiąc kilka kroków w moją stronę. - A-Ale ja wt-e-edy... - nieco upuściła głowę i z tego co dostrzegłem zaczęła płakać. Nagle upadła przede mną na kolana... Jakby starając się prosić o wybaczenie. - Wyrzuciłam cię wtedy z domu! - powiedziała po krótkiej chwili, zalewając się łzami. - Zostawiłam waszą dwójkę na pastwę losu! - przysłoniła usta obiema, zaciśniętymi w pięści rękami nie zaprzestając łkania. - Przepraszam! 
Widocznie zamurowany, sam w tym momencie nie miałem pojęcia co zrobić. Z tej perspektywy nie zdążyłem jej poznać... Czy może jednak stało się coś, o czym nie wiem? Mam nadzieję, że chociaż Corrinne wciąż pozostała sobą... W końcu po to tu przybywam. Żeby się z nią w końcu spotkać, po osiągnięciu pełnoletności. Faktury to przy tym sprawa podrzędna.
- Hej... - zacząłem spokojnie, z uśmiechem przykucając przy zapłakanej dziewczynie. - Nie mam ci niczego za złe... Po tej akcji przynajmniej moje życie się dobrze ułożyło - zaśmiałem się cicho.
- Naprawdę? - uniosła nieco wzrok, ocierając oczy przydługim elementem przypominającym rękaw. Skinąłem w odpowiedzi głową.
- Lecz teraz naprawdę mi zależy na odzyskaniu relacji ze swoją prawdziwą rodziną - wyczułem jak w moim oku pojawia się dobrze znany błysk. Corrinne. Moja najdroższa Corrinne. Bezcenna. 
- Ought... No tak... W końcu jesteście rodzeństwem... - zaśmiała się nerwowo. Eh, z tego co mi wiadomo ona podobnie jak ja rozstała się ze swoim bratem, a moim ojcem na kilkanaście lat. Cóż, historia lubi się powtarzać.
- Myślę, że... - zacząłem, ale wtedy przerwał mi towarzysz:
- Nie rań swych kolan, klęczeniem przed nim... - urwał na moment i podszedł w stronę kobiety, po czym pomógł jej się podnieść. Moje oczy chyba miały zamiar wylecieć z orbit, gdy znany mi mężczyzna posunął się dalej i objął zdecydowanie niższą od siebie kobietę. Ought, od strony kobieciarza jeszcze go nie przyszło mi poznać! Białowłosa zarazem zdziwiona, jak i zawstydzona i zestresowana nawet nie śmiała się ruszyć. Przybiłem krótką piątkę z twarzą.
- Chcę się dowiedzieć, co z Corrinne - wyznałem w końcu swój dokładny cel przybycia, wciąż nieco zamurowany przyglądając się Vincentowi, który przytulał oraz głaskał Vane niczym małe dziecko po głowie. A o dziwo, ta nie protestowała. Dodatkowo, w jej dłoni znalazł się mały lizak najprawdopodobniej podarowany przez stojącego za nią mężczyznę. 
- Z Corri wszystko w porządku - stwierdziła spokojnym tonem, skupiając całą swoją uwagę na słodkości trzymanej w ustach.
- Uhm... Wiesz może, gdzie przebywa...? - zadałem kolejne z rzędu pytanie, na co niestety dostałem odpowiedź negatywną.
- Ale za to wiem, kto może wiedzieć - uśmiechnęła się delikatnie, odwracając wzrok w bok. Zapowiadało się ciekawie...
***
I właśnie w taki sposób skończył się mój upragniony spokój. Nie minął mój pierwszy dzień w tym mieście, a już zostałem posłany na jakąś akcję. Atak naszych zwierzęcych przyjaciół, zmusił mnie oraz mojego drogiego przyjaciela do przerwania wybierania idealnego mieszkania na te kilka dni delegacji i ruszenia prosto w miejsce zbiórki. Tym razem ścigający posunęli się do podłożenia ładunków wybuchowych, prosto pod budynek zajmowany przez istoty magiczne. Ta technika jakoś mnie nie urzekała... W końcu, na ich miejscu zagrałbym w pokera, stawiając wszystko za wszystko. Najzwyczajniej w świecie. Bez wojen, bez walk, bez krwi, bólu, ani martwych. 
Lecz nie! Bo oni wolą się napierdalać i zabijać.
Między innymi właśnie dlatego nie wyrwałem się z domu - powrót do tego miejsca, byłby zarówno przegraną, jak i wygraną. Z jednej strony odzyskałbym siostrę, natomiast z drugiej - zostalibyśmy wkręceni w wojnę, na której zapewne stracilibyśmy życie. Wiem, mój tok myślenia jest dosyć dziwny, lecz za nic w świecie nie zamierzam go zmieniać. Zawsze spotykałem się z krytyką swojego poglądu. Przez swój sceptyczny stosunek do wszelakich bójek, uznawano mnie za słabeusza. Kiedy się już na nie decydowałem, używając swoich własnych sztuczek krzyczano na mnie "noob". Nigdy nie traktowałem zasad na poważnie, co odnosiło się ze sporą krytyką. Reguły są strategią stworzoną przez słabeuszy. Dlatego wolałem je omijać na wszelkie możliwe sposoby. Gdy wykraczałem poza wszelkie normy w przypadku gier - wyzywano mnie od kanciarzy. Podsumowując, osoby sprzeciwiające się przyjętym zwyczajom są krytykowane. To naturalne. Po prostu nigdy nie chciałem żyć jako zwykły pionek - prayers, lecz jako równy przeciwnik - players.
Wracając do samej akcji. Wolałem w tej wojnie posługiwać się wcześniej obmyśloną strategią, która przy pomocy jednego z oddziałów zbuntowanych mogła dać nam szanse na wygraną. Przynęta oraz oczekiwanie z boku - w walce z rządowymi staje się dobrze zbudowanym planem. Jako, że wolałem swoje sumienie co do mordu pozostawić czyste, objąłem posadę pierwszego z wymienionych. Wraz z Vincentem, jakby nigdy nic przechadzaliśmy się przy uboczach pola bitwy. Jedynie czekałem na atak ze strony któregoś zwierzaka... Doszło do niego dosyć szybko. Już po kilku minutach miałem okazję spojrzeć prosto w oczy futrzastej istocie. Z tego co zdążyłem zarejestrować, była to przedstawicielka płci pięknej. Nie ukrywam, że mą uwagę szczególnie przykuły jej lazurowo-cyjanowe tęczówki. Nieco przypominały mi te, należące do Corri... Huh, ale to stworzenie na pewno nie miało z nią nic wspólnego. Celowała do nas na delikatnie ugiętych nogach. Nie mam pojęcia dlaczego, w jej oczach w tym momencie dostrzegłem dziwne zawahanie. Opuściła broń i zsunęła palce ze spustu. Czy tak właśnie zachowują się ścigający, czy może po prostu oczarowałem ją swym urokiem?
- Zwierzęce ścierwo... - burknął pod nosem mój towarzysz, uśmiechając się dyskretnie. Zadał drugi z kolei strzał naszemu niedoszłemu napastnikowi. Ta widocznie przymroczona, czmychnęła w bok.
- Nie tak agresywnie... Trzeba przyznać, że takiego zwierzaczka da się zagłaskać na śmierć - powiedziałem, przy tym cicho prychając. - Nie naszym zadaniem jest jej dobicie - wzruszyłem ramionami. - Lecz nie ukrywam, że rzeczywistość zdecydowanie różni się od jakiegoś FPS-a - dodałem, krzyżując ręce poniżej klatki piersiowej.
Odpowiedziała mi cisza. Nieco zdziwiony brakiem odzewu ze strony towarzysza, skierowałem spojrzenie w jego stronę. Przyglądał się nieco przyciemnionemu ekranowi telefonu. Zaciekawiony wyjrzałem do niego zza ramienia.
- Co to za romanse?! - zaśmiałem się złośliwie, starając się uchwycić w swoje dłonie urządzenie. W odpowiedzi starszy mężczyzna jedynie ukuł mnie swym łokciem w bok. Widocznie niezadowolony przekląłem pod nosem. - I jaki agresywny... - wypaliłem, wielce urażony.
- Mogę upiec dwie pieczenie na jednym ogniu... - wymruczał pod nosem, chowając telefon do kieszeni. - Mam nadzieję, że jesteś wystarczająco dorosły i się nie zgubisz? - skierował się tym razem w moją stronę. 
- Wątpisz we mnie?! - fuknąłem, po czym niczym jakiś szlachcic poprawiłem dumnie owijający moją szyję szalik.
- Dokładnie tak! - wypalił, wbijając we mnie spojrzenie swych czerwono-żółtych oczu. - Czego można się spodziewać po prawiczku, który sam po nocach szlaja się po mieście...
- Powiedział człowiek, którego zdolnością jest manipulacja ludźmi... - spoważniałem, patrząc na niego spode łba.
- Widzisz? Każdy ma swoje zdolności! Twoją jest wkurwianie ludzi i naginanie zasad we wszelkich grach - puścił mi oczko, odsuwając się kilka kroków w cień. - Zadzwoń, jak będziesz mnie potrzebował... - dodał nieco mroczniej niż zazwyczaj. Psychol...
- Czy mogę wiedzieć, gdzie idziesz?
- Pora się policzyć z dwoma sobowtórami... - wytłumaczył się krótko, żeby zaraz później magicznie zniknąć. Jak to miał z resztą w zwyczaju. Westchnąłem cicho, badając zawartość swych kieszeni. Telefon, chyba portfel, zegarek i kluczyki od samochodu. No tak, tyle powinno mi na razie wystarczyć. Przynajmniej do czasu, aż nie będę zmuszony iść na to pieprzone spotkanie. Co by tu porobić...
***
Z tego co do mnie doszło, Vincent aktualnie załatwiał jakieś tam sprawy z owymi sobowtórami. Postanowiłem wykorzystać chwilę samotności i przejść się do pewnego miejsca... Resztki mojego domu, w którym spędziłem połowę życia. Te najlepsze spojrzenia związane z siostrą, mamą i tatą. Co prawda, sprawiają mi one niewyobrażalny ból i chęć do płaczu, lecz były one jednymi z najmilszych wydarzeń w moim życiu. 
Gdy tylko dotarłem na miejsce, w oczy rzuciło mi się jedno z drzew, które wyrastało dumnie w samym środku naszego byłego ogródka. Tak, to było to, które zasadziliśmy wszyscy razem tamtego dnia... Corri jeszcze wtedy była na wózku. Dobrze pamiętam tamten dzień... Zbliżyłem się do dużej rośliny, której liście powiewały na chłodnym, północnym wietrze. Liście nieustannie się z niego sypały, prosto na świeżą trawę. Stanąłem tuż pod konarem... Gdy wtedy... Dostrzegłem drobną postać siedzącą przy samej ziemi, po dotychczas nie przeglądanej stronie pnia. Jej jasnoniebieskie oczy, od razu zostały skierowane prosto na mnie. Z początku te należące do mnie, również wpatrywały się w nią jak w lustro. Oniemiały, nie potrafiłem wydusić z siebie najmniejszego słówka... Czy to moja najdroższa Corrinne? Można powiedzieć, że się zmieniła, lecz mimo wszystko cały czas widziałem w niej tą samą, małą Oreo. 
Upadłem tuż przy niej na kolana, po czym nadal nie odzywając się nawet słowem przytuliłem ją bardzo czule do siebie. Spodziewałem się oporą, lecz tym razem Corri nie dając skończyć się ciszy jedynie wtuliła się w mój tors, dzięki czemu w końcu mogłem poczuć jej przyjemne ciepło. Brakowało mi jej, nawet nie ma pojęcia jak bardzo... W końcu jesteśmy rodzeństwem...
- Przepraszam, że nie wróciłem do ciebie... - wydukałem w końcu, gładząc delikatnie jej niebieskie włosy, lśniące w świetle księżyca. - Corrinne, tak bardzo tęskniłem... - objąłem ją bardzo mocno, przy tym czując napływające do mych oczu łzy. - Kocham cię, naprawdę...
<Corri?>

#207

Kto chce- może
Kto próbuje- dokonuje
Kto kocha- żyje

Imię i Nazwisko: Corrinne Lily Hannah Oreo Melanie Quill
Pseudonim:  #207. Czasami przedstawia się jako Izyda lub Bezi Lagun.
Płeć: Kobieta 
Wiek: 18 lat 
Rasa: Urocjon wirginijski
Ranga:  Oddział Betha
Orientacja: Biseksualna
Zauroczenie: - Pff
Stanowisko:  Medyk
Umiejętności: Umiejętności, umiejętności... Jej specjalną umiejętnością jest wymuszone, acz wyglądające na prawdziwe, wypływanie łez z oczu. Tak, świetna z niej aktorka i manipulatorka. Jako nieoficjalny szpieg i snajper też całkiem nieźle sobie radzi. 
Jako ścigająca pełna gracji i uroku, jest w stanie zdobyć serce każdego. 
Charakter: Posiada stabilną osobowość oraz łagodne usposobienie.  Jest niemalże niemożliwym wytrącić ją z równowagi lub sprowokować do kłótni. To dyplomatka mająca rozbrajający uśmiech na każdą okazję. Nie żali się, nie daje poznać po sobie, że ma zmartwienia. Nadrabia miną i obraca w żart niejeden problem ze swego życia. Zdecydowanie zwabia ku sobie adoratorów, jednak nie reaguje na nich, bowiem nie jest zbyt ufna. Aby nie pokazać po sobie emocji, wyhamowuje swoją reakcję do tego stopnia, iż może się wydawać nieczuła lub obojętna. Stoi z boku. Ma niełatwy charakter i potrafi nagle pokazać pazurki. Aby nie pokazać po sobie emocji, wyhamowuje swoje reakcję do tego stopnia, iż może się wydawać nieczuła lub obojętna. Ciężko przeżywa zdradę lub porzucenie, gdyż jest wrażliwa na porażki, zwłaszcza uczuciowe. Mimo iż posiada niebywały dar przewidywania zdarzeń, nie robi wyrzutów, gdy ktoś nie posłucha jej spokojnej sugestii. Ogólniej- ma to wtedy w dupie. Nie toleruje słabości, kombinatorstwa ani cwaniactwa. Otacza się barierami i ucieka od zgiełku. 
Cechy Charakterystyczne:  -
Ciekawostki: -
Głos: link
Właściciel: Hiena

sobota, 11 listopada 2017

Od Corrinne cd Kevin

– No chyba coś cię po**bało. – fuknęłam, wysuwając się na przód z przygotowaną bronią.
W oczekiwaniu machnęłam parę razy ogonem. Mój wzrok dyskretnie śledził każdy najmniejszy ruch kompanów i wrogów.
Pierwszy strzał od naszych i rozpętała się bitwa.
Na początku walczyłam w centrum, później odsunęłam się na bok, widząc jakieś dwie, prawie niedostrzegalne jednostki. Kucnęłam w zaroślach parę metrów za nimi.
Nie widzieli mnie, dopóki nie wyskoczyłam w  stronę  odwróconych mężczyzn. Jeden z nich miał niebieskie włosy i szalik opleciony wokół szyi. Odwrócił się jako drugi, kiedy już byłam ma równych nogach metr od nich, z wyciągniętymi rękoma, celując w nich.
Spojrzałam na jego twarz. Błękitne oczy. Przypomina mi...
Drobny ruch rąk w dół i rozszerzone powieki.
Shawn? Nic mu nie jest!
Ściągnęłam palce ze spustu. Oni wciąż byli gotowi do strzału, jednak ten dobiegł z innej strony. Miał mnie rozkojarzyć, co skutecznie mu się udało. Zrobiłam krok w tył, co odebrali jako wycofanie się.
Drugi strzał. Tym razem od tego, który towarzyszył bratu.
Mroczki przed oczami, niemalże wywróciłam się do tyłu. Jednak znalazłam równowagę i... Uciekłam.
   Nie mogę ich zabić. Nie teraz, gdy nie mam na nich wyraźnego polecenia.
Wbiegłam w jakiś zaułek i zmienilam postać. Poprawiłam niebieskie włosy, starając zakryć nimi ranne ramię. Postanowiłam w tej formie wrócić na pole walki, ale po drugiej stronie.
Tak więc trafiłam na drzewo, które miało jeszcze liście. Stamtąd strzelałam.
Bitwa zakończyła się dopiero, gdy jedna ze stron wycofała się dyskretnie.
Zsunęłam się po korze, poprawiając kaptur.
– Xer, nic ci nie jest? – mruknęłam, idąc powoli za szefem.
– Nie. – zwolnił kroku i dorównał mi. Szybko wróciłam do tamtej odległości.
– Na pewno? Oprócz policzka nic?
– Taak.
Kiwnęłam głową, starając się nie ruszać ramieniem. Na mojej bluzie powstawała już ciemniejsza plama na jego wysokości.
Grupa powoli rozpraszała się na różne strony, a że nie miałam już z kim gadać, skręciłam w inną uliczkę.
– Nie idziesz do domu?
– Idę. – mruknęłam – Ale do innego.
Dalej go zignorowałam, po prostu idąc. Kierowałam się... Do parku. Nie będę się narzucać Xerxesowi.
Panowały ciemności, zakłócane jedynie przez latarnie, których i tak było mało.
Wtem dostrzegłam ciotkę. Poznałam ją z daleka po białych włosach. Rzuciłam się do biegu. Złapałam ją za ramię. Na początku chciała mnie uderzyć, jednak zdołałam odbić atak. 
– Spokojnie! – mruknęłam. – Chcę cię tylko o coś poprosić. 
– Hmf? 
– Nie mów Shawnowi... O tym, że żyje. Co się ze mną stało.


< Kevin, Vane? >

wtorek, 7 listopada 2017

Nyu

Znalezione obrazy dla zapytania elfen lied nyu art

Wiesz, kto nie jest człowiekiem? Czy wiesz, kto nie jest człowiekiem...? Ludzie! Tacy jak ty!

Imię i Nazwisko: Po prostu Lucy lub Nyu, nazwiska nigdy jej nie nadano. W dokumentach wpisuje pierwsze lepsze, które wpadnie jej do głowy.
Pseudonim: Nyu
Płeć: Kobieta
Wiek: 18 lat
Rasa: Potrafi przybierać postać lisa. Nie mogę nie wspomnieć o jej rasie - Diclonius - pod postacią człowieka.
Orientacja: Biseksualna
Zauroczenie: -
Klan: Guardians of the Galaxy
Stanowisko: Snajper
Żywioł: Chaos i psychika
Moce: Posiada 4 wektory, których długość zazwyczaj wynosi 4 metry (cały czas rosną).
Jest w stanie używać różnych przedmiotów jako pocisków by zabić wroga poza zasięgiem jej wektorów, potrafi też unikać strzałów większości standardowych broni. 
Umiejętności: 
- Obsługa pistoletu.
- Za pomocą swoich wektrów może wspinać, poruszać i biegać o wiele szybciej. Są one dla niej swego rodzaju podporą.
- Szycie, haftowanie, wyszywanie.
Charakter: 
Kaede & Lucy
Jej oryginalna osobowość (Kaede) była przygnębiona, nieufna, wycofana i sfrustrowana. Była dyskryminowana przez innych ze względu na jej rogi. Myśląc, że została porzucona przez rodziców, została również skazana na ostracyzm przez personel sierocińca, zastraszanie i traktowanie pogardliwie przez inne dzieci. Z początku nie rozumiała, dlaczego doszło do takiej dyskryminacji, dlatego też cierpiała z powodu własnej nienawiści do posiadania rogów. Do pewnego stopnia zrozumiała, że ​​inne dzieci były nieszczęśliwe i musiały sprawić, by inni także byli nieszczęśliwi, celując zwłaszcza w te, które są już bardziej nieszczęśliwe. Kiedy zyskuje intymność z kimś takim jak Kouta i Aiko, okazuje się być słodka, miła i nieśmiała. Po tym, jak została świadkiem morderstwa psa z rąk znienawidzonych wychowanków sierocińca, Lucy zaczęła wywoływać głęboką nienawiść do ludzi, zabijając całe rodziny, bez żalu i winy. Krótko po tym zaczęły do niech dochodzić dziwne głosy z samego wnętrza głowy. Wszystko działo się za sprawą DNA, które zapisane w jej genach samo kierowało ją na drogę zabójstw. Jej instynkt Diclonius miał mentalny obraz samej siebie, z tą różnicą, że miał bardziej sadystyczne i złowieszcze zamiary wobec innych. Namawiał ją, między innymi bardzo istotnymi słowami: "Dołącz do mnie, a potem dam ci miejsce do życia". Od tego właśnie momentu Lucy zaczęła słuchać jedynie swoich instynktów, zabijając niektórych ludzi poprzez wywoływanie ataków serca. Wkrótce heny Diclonii zaczęły ją obezwładniać dostatecznie, co doprowadziło ją do tego, że stała się bardziej sadystyczna i psychopatyczna.
Nyu
Podczas ucieczki z Instytutu Badawczego (w którym została uwięziona, po schwytaniu w trakcie jednego z mordów) w trakcie którego wybiła połowę personelu, jeden ze snajperów idealnie wycelował w jej głowę. Jak później się okazało, dzięki niemu została jedynie uszkodzona maska mająca na celu ogłoszenie jej mocy, w efekcie czego nieco ogłuszona Lucy stała się całkowicie wolna. Niestety, złośliwy pocisk przeszedł również przez jej głowę, przez co doznała poważnego urazu głowy. Lucy upadła nieprzytomna. Następnego dnia bez żadnych wspomnień oraz dziecinną i infantylną osobowością, obudziła się naga na plaży. Jedyny dźwięk, jaki znała, to Nyu, co w efekcie dało nadanie jej nowego imienia przez przyszłych przyjaciół. Pomimo wyraźnej ignorancji, miała podstawowe poczucie dobra i zła, podobnie jak małe dziecko. Była miłą, słodką, niewinną i naiwną dziewczyną, z intensywną ciekawością seksualną, która często utrudniała życie domownikom. W miarę upływu czasu w Kaede House, Nyu powoli zaczęła się uczyć podstawowych zasad moralnych i norm społecznych.  Wariant tej osobowości pojawił się, gdy Dom Kaede został zaatakowany, ponieważ Nyu mogła wreszcie używać wektorów takich jak Lucy, była brutalna w stosunku do swoich napastników, ale nadal głęboko dbała o swoich współlokatorów, zwłaszcza Koutę. Można powiedzieć, że osobowość, z którą spotykamy się dzisiaj, jest zmienną procentową fuzją Lucy i Nyu. 
~Sory, musiałam się rozpisać.
Cechy Charakterystyczne: Ma cztery wektory. Ich długość nie jest sprecyzowana, a z dnia na dzień ciągle rośnie. Potrafi odeprzeć kule lub zabić kogoś wzrokiem, poprzez wewnętrzne zmiażdżenie wszystkich naczyń krwionośnych. 
Ciekawostki: 
- Diclonius to rasa nadludzi, z ich głów wyrasta para rogów przypominająca skostniałe uszy, są w stanie oddziaływać na otoczenie poprzez niewidzialne ręce zwane wektorami). 
- Ma zaburzenie tożsamości dysocjacyjnej. Zaczęło się ono w dzieciństwie. Można wyróżnić trzy główne: Kaede, Lucy i Nyu.
- Zawsze stara się, lub chociaż próbuje zdobyć zaufanie ludzi, których naprawdę kocha.
- Połapanie innych kobiecych piersi, gdy zamienia się w Nyu, nawet nie zdziw się jak ten dziwy syndrom zostanie na tobie wykorzystany.
- Lubi naprawiać (bawić się) starymi zegarami.
- Jest sierotą.
- Posiada brata, lecz osierocona zaraz po narodzeniu nawet nie pamięta jak on wygląda.
Głos: link
Właściciel: Hw:VaneStrange Email:strangevane@gmail.com
Inne: 
Nyu: 1 2 3 4 5
Lucy: 1 2 3 4 5
Kaede: 1 2 3 4 5 

niedziela, 5 listopada 2017

Od Viktora CD Yuri

To się porobiło... Chyba przez tą akcję, Yuri został pozbawiony resztek dzieciństwa, które jakoś udało mu się zachować. Strasznie głupio się czuję po tej akcji, lecz z tego co mi wiadomo czasu nie da się cofnąć, a ta noc pozostanie w naszych wspomnieniach do końca życia. W sumie, jeśli chodzi o mnie - nie miałem temu nic przeciwko. Bardziej martwił mnie stan psychiczny chłopaka, który aktualnie ogarniał się w łazience. Bo co do fizycznego nie miałem wątpliwości, że mogą go boleć pewne części ciała. Z resztą... Ja sam nie czuję się za dobrze po tej nocy. Najchętniej, spędziłbym kolejne kilkanaście godzin w bezruchu, w łóżku, przykryty ciepłą kołderką. Ought... Niby w moich żyłach płynie rosyjska krew, lecz jakoś nie znoszę tak dobrze upicia jak moi rodacy. Kto wymyślił coś takiego jak kac... Jakim prawem...
- I tak w końcu muszę wstać... - mruknąłem sam do siebie, stając na równe nogi. Chwiejnym krokiem zbliżyłem się do szafy, której dół był uwalony od białej mazi. - Nawet tutaj...? - dodałem szeptem, po czym otworzyłem drzwiczki. Ubrałem na siebie same bokserki, bo w końcu nie mam zamiaru brudzić kolejnych ubrań swoją przepoconą osobą.  Wypadałoby się umyć...
Po krótkim staniu bez celu, wziąłem się za sprzątnięcie niektórych rzeczy z podłogi. Boże... Może lepiej zadzwonić po sprzątaczkę? Chociaż... Nie! Co ona sobie o mnie pomyśli, gdy będzie musiała szorować tą szafę. Chyba jestem skazany sam na siebie, bo Yuriego prosić o pomoc nie będę. Na samą myśl o walnięciu tekstem w stylu: "No dobra, było fajnie, ale teraz trzeba ogarnąć produkty naszej pracy", robię się delikatnie czerwony ze wstydu. Cholera jasna...
Wkrótce drzwi od łazienki się otworzyły, a w nich stanął dobrze mi znany chłopak. Rzucił na mnie przelotne spojrzenie, po czym szybko wyszedł z pokoju i z tego co do mnie doszło - zszedł pod schodach. W głowie już układałem ewentualne zdania, którymi chciałbym się wymienić z Yurim. Nic nie będzie takie same jak kiedyś... Zszedłem na dolne piętro w ślad za chłopakiem, który najwidoczniej przeszukiwał nieźle usyfiony pokój w poszukiwaniu swoich dokumentów i telefonu. Westchnąłem cicho, śledząc wzrokiem ten cały bałagan, który wspólnie stworzyliśmy zeszłej nocy. Sam nie miałem pojęcia, że ten jakże niewinny grzaniec może wywołać tyle... Problemów? Nie wiem, czy to jest dobre określenie. Mimo wszystko byłem przekonany, że wszystko będzie wyglądało zupełnie inaczej...
- Yuri... - szepnąłem w końcu, gdy dostrzegłem jak chłopak zabiera się za ubieranie butów. Wykonałem kilka kroków, żeby po chwili znaleźć się jakiś metr od niego. Nawet nie uniósł na mnie wzroku, chyba starał się zignorować moją obecność na wszelkie możliwe sposoby. Nie dam mu za wygraną... Kolejne kilka lat bez jego uśmiechu... Byłoby ciężkie.
- Wiem, że na pewno nie chcesz ze mną rozmawiać, ale... - już wyciągnąłem rękę w jego stronę, chciałem zrobić cokolwiek, ale ten zwinnie ją odtrącił. Odwrócił się na pięcie i zabrał za przyodzianie kurtki. Minęło kolejne kilkanaście sekund, w ciągu których starałem się wymyślić cokolwiek, co mogłoby załagodzić sytuacje. Łyżwy? Lodowisko, czy cokolwiek? Boże, przecież to głupie... Zbyt niezręczne, idioto... Cholera...
Gdy tylko skierował swoją dłoń na klamkę od drzwi, błyskawicznie udało mi się uchwycić jego ramię. Nie chciałem, żeby odszedł... Znowu zostanę sam...
- Nie chcę cię stracić na kolejne kilka lat, Yuri... - wyszeptałem, opuszczając nieco głowę. Czuję się strasznie bezradny... - Bez ciebie moje życie traci jakikolwiek sens... - jakby w momencie poczułem napływ słonej cieczy, gdy przed oczami ukazała się moja osoba po urwaniu kontaktu sprzed kilku laty... - Nie mam pewności, że jeżeli teraz wyjdziesz, to kiedykolwiek się jeszcze zobaczymy...

<Yuri?>
Mia Land of Grafic