poniedziałek, 11 grudnia 2017

Od Shawna CD Corrinne

Moje pełne niezadowolenia spojrzenie, bacznie obserwowało oddalającą się z sekundy na sekundę dziewczynę. Czułem wyraźny niedosyt. W końcu, nie widzieliśmy się jakieś pieprzone dziesięć lat. Nie potrafiłem ukryć zawodu, związanego z jej aktualną postawą... Eh, pewnie już ułożyła sobie życie z jakimś fagasem. Rzecz jasna nie mam jej tego w żaden sposób za złe. Właśnie - dobrze. Ważne, żeby była szczęśliwa.
W końcu, po zaprzestaniu tego dzikiego rozmyślania, ująłem w dłonie telefon. Nie minęła minuta, a ja już byłem na linii z mym "opiekunem". Po kolejnych paru sekundach otrzymałem informację o jego aktualnej lokalizacji. Westchnąłem pod nosem, przy tym niewielkim przyciskiem na mych dousznych słuchawkach, łącząc je z telefonem. Szybko wybrałem swoją ulubioną playlistę, po czym ruszyłem powolnym krokiem w umówione miejsce.
***
Z tego co było mi wiadomo, dzisiejszego dnia miałem wraz z Vincentem wybrać się - w jak to on określał - "ciekawe miejsce". Jako, że poniekąd traktuję go jak przyjaciela, zgodziłem się. Miałem całkowitą świadomość, że ten heterooki może wymyślić coś naprawdę chorego, lecz w końcu za tą cechę trzymałem go tyle lat przy sobie. Przynajmniej nie muszę się zanudzać typowymi pracami tak zwanej "grubej ryby". I dobrze.
Cały dzień zleciał dosyć szybko. Podczas niego zdążyłem pozałatwiać kilka spraw przyszywanego ojca, w wyniku czego reszta pobytu w Nowym Jorku będzie szła pod moje dyktando. No dobra, może w jakimś stopniu Vincenta. W każdym razie, aktualnie wraz z długowłosym blondynem staliśmy przy bramce wejściowej do jakiegoś domu. Z tego co mnie powiadomił, mieliśmy "spłacić stary dług" u jakiegoś gościa. Tsa, mogłem się domyśleć, że dla tego psychola "ciekawe miejsce" to określenie budynku, w którym dojdzie do pojedynku. Eh... I jak tu zachowywać się normalnie, gdy otaczają cię chorzy psychicznie ludzie?
- Przygotowałeś broń? - niespodziewanie wtrącił się w moje myśli, stojący obok. Przejrzał moją postać swoim uważnym spojrzeniem.
- Jak zawsze, gotowy - uśmiechnąłem się delikatnie.
- Więc wchodzimy - westchnął, uchylając mocniej i tak już otwarte okno. 
Widocznie osoba mieszkająca tutaj, chciała sobie wywietrzyć mieszkanko. Jak szkoda, że najprawdopodobniej robi to po raz ostatni... 
Wszedłem do środka praktycznie bez żadnego szelestu, podobnie z resztą jak mój towarzysz. Sam nie mam pojęcia dlaczego, lecz przy tym wszystkim towarzyszył mi dziwny, wymowny uśmieszek. Jakbym domagał się tej krwi... Kuźwa, chyba całkowicie mi odbija. 
Zrobiłem kilka kroków na przód, ku progu w którym można było dostrzec przestrzeń salonu. Z naszego krótkiego zwiadu, wynikało, że jakieś dwie postacie przebywają własnie w nim. Westchnąłem cicho, a będąc już na pograniczu korytarza z wejściem do salonu, delikatnie się wychyliłem. Ku mojemu zdziwieniu - nikogo w środku nie było. 
Rzuciłem widocznie zaskoczone spojrzenie w stronę mężczyzny, który stał po drugiej stronie framugi. W myślach zacząłem wymieniać kolejne przekleństwa, przekraczając próg oddzielający dwa pomieszczenia. Vin szybko poszedł w moje ślady... Nie minął ułamek kolejnej sekundy, a przy swojej skroni dostrzegłem lufę jakiegoś gnata. Na całe szczęście zdążyłem w porę zareagować i również przyłożyć swoją broń, do głowy... Przeciwniczki? Myślałem, że zawału dostanę gdy dostrzegłem przed sobą Corrinne. Te niebieskie włosy i oczy... Bosz.. Jaka ona urocza...
- I znowu się spotykamy...?

<Corri?>

Od Hige CD. Resney

   Pogładziłem ręką jej włosy. Ku mojemu zdziwieniu, nie odepchnęła mnie. Wziąłem głęboki wdech i powoli wypuściłem powietrze przenosząc wzrok na telewizor. Jak można się tak zadręczać nieszczęściem, na które nie mieliśmy wpływu?
- Wiesz... - zacząłem, ale nie skończyłem. Dziewczyna spojrzała na mnie, ale nic nie powiedziałem. Po prostu siedziałem z otwartymi ustami i nie mogłem wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Przymknąłem oczy i ponownie spojrzałem na telewizor. Chciałem coś powiedzieć, pocieszyć ją jakoś. Ale nie potrafiłem. Ja nic nie umiem zrobić dobrze, pocieszanie ludzi to nie moja działka.
- Nie przejmuj się. Wszystko okej - posłała mi słaby uśmiech skulając się jeszcze bardziej. Objąłem dziewczynę ramieniem.
- Widzę, że nie jest okej - odwróciłem głowę w jej stronę. - Nic nie jest okej Resney, wiem że się obwiniasz za nieszczęście twoich przyjaciół, ale to nie twoja wina!
Resney pokręciła głową.
- Daj już spokój! Stało się, nie odstanie się! Myślisz, że mi nie jest ich szkoda? Myślisz, że po prostu o nich zapomniałem?! - Nawet nie zauważyłem, że podniosłem głos. - Chu i Kiba nie żyją, nic tego nie zmieni! To nie jest i nigdy nie była twoja wina! Kiba mógł się uratować, ale podjął decyzję, żeby ocalić komuś życie! Nikt nie mógł przewidzieć tego, że coś takiego się stanie!
  Zauważyłem, że dziewczyna płacze.
- Przecież--
Chciała coś powiedzieć, lecz jej przerwałem, łapiąc ją jednocześnie za nadgarstki.
- Dzięki tobie Tsume tak nie cierpiała. Wiem, jak to jest, kiedy zobaczysz jak ktoś bliski umiera. Ten obraz dręczy cię po nocach do końca życia. Ona dzięki tobie nie musiała tego oglądać. Oczywiście, jest w żałobie i nie są to najlepsze dni dla nikogo z nas. Ale... Ludzie umierają. Ja też kiedyś umrę, ty kiedyś umrzesz. Być może ludzie też będą płakać po naszym odejściu. Tylko proszę cię, nie bierz na siebie całej winy... Sama tego nie wytrzymasz.
  Dziewczyna patrzyła na mnie zdziwiona. Zauważyłem, że mocno zacisnąłem dłonie na jej nadgarstkach. Zwolniłem uścisk i zamiast tego złapałem ją za ramiona, przy okazji gładząc ją po jednym z nich.
- Po prostu obiecaj mi, że nie będziesz już o tym tak myśleć. Okey? - zapytałem i ręką otarłem jej łzy. Pokiwała głową.
- Okej...
Patrzyliśmy się na siebie przez kilka sekund. Nie wiem czemu, ale dla mnie ta chwila upłynęła w przyspieszonym tempie, mimo tego, że była tak krótka. To co zrobiłem było wpływem jakiegoś impulsu, nie wiem co we mnie wstąpiło ale mój umysł się wyłączył.
Przyciągnąłem dziewczynę do siebie i pocałowałem ją. Przeniosłem ręce na jej policzki, które wciąż były nieco mokre od łez. Boże, znienawidzi mnie.

<Resney? Sry, że tak długo, możesz zareagować jak chcesz xD To tak w ramach odszkodowania>

niedziela, 10 grudnia 2017

Od Yuri'ego CD Vane

Spojrzałem w jej oczy, zastanawiając się czy mam jej powiedzieć prawdę... Najwyraźniej wcisnęli jej stek kłamstw, chcąc zataić przed nią, przeszłość...
 - Eh.... - wziąłem głęboki wdech i zerknął niepewnie na Viktora, który cały czas był przy mnie. Choć tyle dobrego... - Nie wiem, co oni ci wmawiali, ale nie jestem pewien, czy powinienem to rozgrzebywać....
Skierowałem swoje spojrzenia na szopa, który nerwowo wiercił się w miejscu. Czy on też w tym palce?
- Chcesz się dowiedzieć prawdy? - mój wzrok znowu powędrował w stronę mojej matki. - Chcesz wiedzieć kim jestem?
Przez chwilę w pomieszczeniu zapanowała cisza, przez co pomyślałem, że Vane się rozmyśliła, jednak ona skinęła nagle głową i utkwiła we mnie spojrzenie swoich bystrych oczu.
- No więc... - odchrząknąłem i poprawiłem błąkający się kosmyk moich włosów. - Nazywam się Yuri Katsuki... Jednak moje prawdziwe nazwisko to Nightray... Mój ojciec nazywał się Gilbert Nightray, a matka.... - zawahałem się i przełknąłem ogromną gulę w gardle. - A matką jesteś ty... - nawet nie czekając na jej reakcję zacząłem opowiadać dalej. - Ty i tata byliście zaręczeni... Pewnego dnia wyszliście z domu i już nie wróciliście.... Dowiedziałem się tego samego dnia, że tata nie żyje, a ty zaginęłaś... Zszokowany tymi informacjami uciekłem do lasu, gdzie porwał mnie jakiś mężczyzna... Trochę się działo, a później trafiłem do rodziny zastępczej, gdzie było jeszcze gorzej... - zakończyłem wszystko z delikatnym grymasem na twarzy. Nie lubiłem o tym opowiadać. Przez takie coś przed oczami stawały mi niep orządane obrazy z przeszłości. Nie miałem nawet odwagi, żeby spojrzeć matce w twarz.... Wręcz zbierało mi się na mdłości i z każdą chwilą czułem się jeszcze gorzej. Nagle zerwałem się z dotychczasowego siedziska i ignorując wszystkich, wyszedłem z pomieszczenia.

~~*~~

Gdy tylko uchyliłem powieki, pomyślałem, że to wszystko to był tylko zwykły sen. Niestety dźwięk sms'a wyrwał mnie brutalnie z zamyślań i leniwie musiałem wygrzebać się spod pierzyny, aby sięgnąć po telefon. Odblokowałem urządzenie i spojrzałem na ten nieznany numer. Skrzywiłem się nieznacznie i szybko odczytałem tajemniczą wiadomość. No tak... Teraz wszystko jest już jasne...
- Viktor... Kiedyś cię chyba zabiję... - spojrzałem gniewnie na śpiącego Rosjanina i wstałem z łóżka.
Musiał podać Vane numer mojego telefonu... Eh... Co ja z nim mam...
Po chwili jednak odważyłem się odpisać swojej matce. Chciała się spotkać, co było moim zdaniem zrozumiane, w końcu ulotniłem się wczoraj bez słowa... No, ale do psychologa to ja już więcej nie pójdę.
Zaproponowałem wyjście do kawiarenki, na co się zgodziła. Przez chwilę poczułem iskierkę radość w sercu, lecz szybko ją ugasiłem, nie ma co się ekscytować... Może później pójdziemy na cmentarz? Chciałbym jej pokazać grób taty.
Nie przedłużając podałem w sms'ie godzinę i adres miejsca spotkania, po czym poszedłem się ogarnąć. Zdążyłem nawet zrobić Viktorowi śniadanie i zanim wyszedłem z domu, wyprowadziłem Makkachina na spacer. Zanim ten Rusek wstanie to pewnie będzie już południe... Leń...

~~*~~

Zauważyłem ją, gdy tylko zbliżyłem się do drzwi od lokalu. Siedziała jakaś taka spięta przy jednym ze stolików, a jej wzrok przeskakiwał z osoby na osobę. Wziąłem głęboki wdech i nacisnąłem klamkę od kawiarenki, a wchodząc już czułem na sobie spojrzenie większości ludzi. Podszedł do stolika zajętego przez Vane i niepewnie zająłem przy niej miejcie.
- Cześć - przywitała się ze mną, posyłając mi niepewnie uśmiechem. - Jak tam?
- Dobrze... - odpowiedziałem grzecznie i spojrzałem na nią badawczo. Nie byłam jakoś bardzo do niej podobny... - Od razu mówię, że nie mam żadnych ciekawych tematów na rozmowę...

<Vane? :3>

piątek, 8 grudnia 2017

Od Kevina CD Flurry

Uderzyłem całym swoim ciężarem w materac, który jak na zawołanie w tym momencie wydał z siebie charakterystyczny skrzyp. "Czymże zawiniłem, że na drodze postawiane mi są piękne, lecz niedostępne kobiety...?" - zapytałem sam siebie w myślach, przy tym wzdychając ciężko. Jeśli chodzi o stosunki międzyludzkie, mam z nimi do czynienia od dawien dawna. Na świat przyszedłem nie długi czas, przed panującą na ziemi drugą wojną światową. Ach, jest to zbyt trudne do wytłumaczenia, okay? Szczególnie, że godzina jest jaka jest, a moja osoba ostatniej nocy spała bardzo źle.
- Lecz w ubraniu nie pójdziesz spać - jakby znikąd doszedł do mnie piskliwy głosik towarzyszki, która aktualnie w bezruchu leżała na łóżku.
- Będziesz mi rozkazywać? - wypaliłem, nieco się naburmuszając.
- Tylko ci przypominam... Jutrzejszego dnia mógłbyś w końcu gdzieś się wybrać sam na sam z Corrinne. Oboje macie wolne od swoich prac... Czy czegoś tam - jej główka zaczęła się delikatnie trząść, przy wypowiadaniu kolejnych słów.
- Skąd ty...
- Nie pytaj. I tak nie podam ci odpowiedzi, idioto - przerażający, niezmienny uśmiech jedynie podsycił poziom straszności tej chwili.
- Nie nauczono tego czegoś zamykać się w porę... - mruknąłem, podnosząc się do pionu. - Zapalniczka, ewentualnie jakiś niedopałek papierosa i odrobina benzyny sprawdziłaby się świetnie. Jako refleksja - delikatnie się uśmiechnąłem, wchodząc do znajdującej się w mojej sypialni łazienki.
***
Obudziłem się... Chyba. Czekaj, która jest godzina? W zasadzie, to zadawałem sobie to pytanie każdego poranka, lecz dzisiaj miało ono dosyć szczególną wartość. Nie miałem nawet pojęcia jak zasnąłem, czy chociażby jaki dzisiaj dzień tygodnia. Za dużo robię, a za mało myślę... Nie chcę być jebanym pracoholikiem. Heh, tak de facto, moje protesty chyba niezbyt wchodzą w życie. I tak bardzo dużo czasu ostatnio spędzałem w biurze, czy za barykadą podczas jakiejś bitwy.
Nie przeciągając dłużej, wszedłem do łazienki w celu podjęcia jakichkolwiek działań w kierunku "ogarnięcia się". Bo w końcu nie wyobrażam sobie paradowanie po domu w swojej "pidżamie". 
Kontynuując, w białej koszulce i ciemnych jeansach zszedłem na dół. Nie chciało mi się na tą chwilę bawić w zapinanie guzików koszuli, czy dopasowanego do niej płaszcza. Będąc już przy progu kuchni, dostrzegłem siedzące w salonie dwie postacie.
- Zastanawiałem się, czy nie macie jakiś pomysłów na wspólne spędzenie tego wolnego dnia - powiedziałem, w rzeczywistości sam do siebie. 
Dziewczyny nawet nie uniosły na mnie spojrzenia. Jakby nigdy nic przeglądały coś na laptopie. Moim laptopie. Ciche chichoty zapewne wywołane przeglądaną treścią, od razu dały sobie we znaki. Zmrużyłem oczy, zaintrygowany. Chciałem dostrzec cokolwiek na ekranie, lecz całość została szybko zasłonięta ręką przez jedną z dziewczyn. 
- Co wy tam do cholery macie?! - krzyknąłem, już nieco zirytowany.

<Flurry? Co ten Xer może mieć na lapku? ( ͡° ͜ʖ ͡°) >

Od Flurry cd Kevin

– Serio?! – pisnęłam. Pokręcił głową. Westchnęłam. – Nawet jakby do tego miało dojść, kiedyś,  w dalekiej przyszłości, musisz pamiętać, że Corrinne to klasyczny przykład tsundere. Trzeba tylko mieć cierpliwość, żeby podbić jej serce. Przez wiele lat ogrodziła się murem, który może przekroczyć jedynie na skrzydłach. A choć fizycznie je posiada – uchwyciłam zdziwienie, jakie pojawiło się w oczach opiekuna na parę sekund, jednak nie chciałam zdradzać mu sekretu Corrinne. Jak będzie chciała- sama mu powie – to nie zamierza przełożyć ich sama na swoją psychikę. Ktoś musi jej pomóc. Jednak to dość trudne, bo nie zawróci jej w głowie ktoś, kto zwrócił raz na nią uwagę. Nawet jakby przeżywała najgorsze tortury, a ktoś by ją z nich wyzwolił, od razu się w nim nie zakochała. Trzeba czekać i próbować, by pokonała własną barierę, której nie potrafi zburzyć czy ominąć. A to wszystko bardzo łatwo stracić. Chociaż w środku, za tym murem jest... Jaka jest, to w środku żyje w niej stara Corrinne, która siedziała na wózku, ale czasami się szczerze zaśmiała, która siedziała na drzewie dniami  i nocami i która broniła  brata za wszelką cenę. I którego stratę przeżywała tak bardzo, a jednak prawie w ciszy. Tylko czasami, w nocy, nie wytrzymała. No i... Czasami coś ćpała albo brała w dłoń żyletkę. I czasami nadal to robi. – potrząsnęłam głową. Zboczyłam z tematu. – Wracając. Cierpliwość i ostrożność. Jak powoli, żebyś coś na nią zwalił, w stylu porażka bitwy, to wiedz, że już ci ufa.
Zeskoczyłam ze stołka i ruszyłam do swojego pokoju, gdzie czekało na mnie kolejne anime.
***
Nawet nie wiem, kiedy zasnęłam. Obudziłam się koło siódmej, z telefonem w dłoni. Huh...
Usiadłam na łóżku.
– Corri? – mruknęłam, patrząc na dziewczynę siedzącą na parapecie.
– Huh?
– Dlaczego ścięłaś włosy? – Zagadnęłam. Przekrzywiła głowę, delikatnie odsłaniając brak oka.
– Przeszkadzały mi. – odparła tylko i znowu wpatrzyła się w okno. Coś się musiało stać.
< Kevin?>

Od Corrinne cd Shawn

Pustym wzrokiem patrzyłam w niewidzialny punkt ciemności.
– Shawn, proszę, odsuń się. – szepnęłam, jednak nawet nie drgnęłam.
– Dlaczego? – odparł pytaniem.
Bo jestem potworem. Jebanym potworem.
– Rząd się mną interesuje. Nie chcę ściągać ich na ciebie. Proszę. Poza tym, uciskasz ramieniem na moją ranną rękę.
Błyskawicznie się odsunął.
– Co się stało?
– A, takie tam bitwy...
Nie, nie interesuj się mną. Nie zasługuję. Zapomnij. Dopiero co mierzyłam do ciebie z bronii.
Uśmiechnęłam się sztucznie.
– Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy, jednak teraz muszę uciekać do domu. – wymigałam się szybko.
W zaledwie parę sekund znalazłam się na głównej drodze, wpatrzona wciąż przed siebie.
***
Otworzyłam cicho drzwi i weszłam powoli przez próg. Cicho. Czyżby spali? To nawet lepiej, zważywszy, że była trzecia w nocy.
Ściągnęłam płaszcz, buty... Podreptałam do kuchni, by sprawdzić, czy tam ktoś przypadkiem nie siedzi.
– Gdzie byłaś? – wydukał Xerxes, którego w pierwszej chwili nie zauważyłam.
– W domu. A potem w pracy. – mruknęłam.
– Czemu ciągle tam chodzisz?! – podniósł głos.
– Bo muszę pracować? Nie zamierzam żyć na czyimś utrzymaniu.
– Ale póki żyjesz tutaj, nie pozwalam ci tam chodzić. – przerwał – Jakoś nie chce mi się wierzyć, że robisz to, bo chcesz.
Oparłam się rękami o blat stołu, cicho wzdychając.
– Akurat taka praca mi się trafiła. – warknęłam przez zęby.
Krótkie włosy zasłoniły mi twarz.
Ta cisza która zapanowała była bardziej wymowna niż jakiekolwiek słowa.
– Jako dzieciak zadłużyłam się u tej baby, która prowadzi klub, ok?! Musiałam jakoś zapewnić jedzenie Flurry przed tym  i po tym jak wywalili nas z ośrodka. Dług narósł do tego stopnia, że przez całe swoje zjebane życie go nie spłacę.– wybuchłam. Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam do pokoju Flurry, by sprawdzić, czy śpi.
< Kevin czy tam Shawn idk. Why. >

poniedziałek, 20 listopada 2017

Od Kevina i Vane CD Corrinne

*Per. Vane
Ta bitwa naprawdę była nudna. Niby z początku zapowiadało się całkiem przyzwoicie, lecz wraz z biegiem wydarzeń wszystko zamieniło się w monotonną strzelaninę pomiędzy obiema wrogimi stronami. Właśnie dlatego od dłuższego czasu jedynie szukałam pierwszej, lepszej okazji aby się stąd ulotnić. Moja podłoga w biurze wciąż jest zawalona papierami. Przydałoby się to ogarnąć... Dzisiaj prawie się o nie zabiłam, podczas biegu do pokoju informatyka, który miał przekazać mi informacje. Dzięki nim, de facto się tutaj znalazłam. Wracając. Gdy tylko nadarzyła się okazja na praktycznie niezauważalne użycie swojej mocy teleportacji, wykorzystałam ją, żeby w końcu móc uciec od szali toczącej się bitwy. Przynajmniej mogłam wciąć ten jeden, głęboki wdech... Dopiero teraz dostrzegłam otaczającą mnie noc. Na froncie było nazbyt jasno, żeby to zobaczyć. Rozpoczęłam szybkie przeładowywanie wszystkich broni. Nosiłam przy sobie kilka, jak nie kilkanaście gnatów poukrywanych w różnych miejscach aktualnie przyodzianego kombinezonu. Można powiedzieć, że zawsze posiadałam jakiś plan "B", "C" itd. Zapewne kontynuowałabym swoje przygotowania do powrotu na pole bitwy, gdyby nie czyjaś dłoń - a w zasadzie łapa; która została ułożona na moim ramieniu. Gwałtownie odskoczyłam, już szykując się do ataku. W momencie został on zatrzymany przez nieco wyższą zwierzo-dziewczynę. Nie ukrywam, że nieco zbladłam. Huh, jeszcze nie zdążyłam spisać testamentu... Chociaż. Nad czym się zastanawiać. Przyjaciół zbyt wielu nie mam, więc wszystko automatycznie przejdzie na Rocketa. A przywództwo w klanie oddałabym Yuriemu, Shawnowi albo Corr. Ostateczne "guru" wybrałby los... Albo Xerxes... Eh, czy ja naprawdę planuję swoją śmierć?
- Spokojnie! - wypaliła mrukiem. - Chcę cię tylko o coś poprosić - dodała, odsłaniając przy tym kawałek swojego pyska. Znam ten drobny pyszczek... Tak, to musiała być moja siostrzenica.
- Hmf? - uniosłam brwi nieco do góry, mimo wszytko odsuwając się o krok do tyłu.
- Nie mów Shawnowi... O tym, że żyje. Co się ze mną stało - w tym momencie nieco odwróciła wzrok w bok, jakby odrobinę speszona.
Uśmiechnęłam się delikatnie, tym razem to swoją dłoń kładąc na jej ramieniu. Nieco się wzruszyła i najwidoczniej podobnie jak ja, ją wcześniej - chciała zaatakować. Z mojego gardła wydobył się śmiech.
- Wie jedynie, że żyjesz i wszystko z tobą dobrze...
"Chyba, że już znalazł Xerxes'a. Co jest całkiem możliwe..." - powiedziałam do siebie w myślach.
- Ought, dobrze... Przynajmniej tyle... - urwała na moment, w wyniku czego zapanowała pomiędzy nami głucha cisza. W trakcie jej zajęłam się uważnemu skanowaniu jej postaci wzrokiem. Wyrosła, przynajmniej od czasu gdy ostatni raz ją widziałam. - Dzięki...
- Pamiętaj, że zabijanie rodziny nie jest zbyt poprawne moralnie - dodałam już biorąc się do robienia kroku. - Chociaż... Dla ciebie już pewnie nie jestem rodziną - prychnęłam, przeładowując broń. - W każdym razie. Twój ojciec nie chciałby, żebyś się wykrwawiła - wyciągnęłam z jednej z kieszonek mini zestaw do zrobienia prowizorycznego opatrunku. Do całości dorzuciłam pół litrową buteleczkę z wodą, która dotychczas leżała bezwładnie obok swojej bliźniaczki w mojej torbie. Oba przedmioty dziewczyna uchwyciła w swych łapach i przeskanowała dokładnie wzrokiem. - Trzymaj się - zasalutowałam jej krótko dwoma palcami. Zaraz po tym dosłownie rozpłynęłam się w powietrzu. Eh... Pora wrócić do roboty... Chociaż. Z tego co spostrzegłam wszyscy zaczęli się powoli rozpraszać w swoje kierunki. Hah. I tak muszę spisać raporty swoich pachołków z przebiegu walki. Ja pierdolę...

*Per. Kevin'a
Siedziałem kulturalnie przy stole, jak to miałem w zwyczaju - zajadając się przepysznymi ciastami. Możliwe, że na takiego nie wyglądałem, lecz byłem nad wyraz wkurwiony i zestresowany. Przede mną jeszcze składanie raportu przed rządem. Uh... No i moja świąteczna premia poszła się chrzanić... Chociaż. Mogłem to zwalić na kogoś innego, co samo w sobie było całkiem ciekawym i kuszącym rozwiązaniem. Do którego prawie cały czas się uciekam. Cholera... Osobiście myślę, że owa bitwa z której przed chwilą wróciłem nie przebiegła dla nas tak źle. Można to nawet uznać za pewien sukces. W końcu, to nie my pierwsi zaczęliśmy się wycofywać. Przynajmniej tak myślę...  Za bardzo się skupiłem na zabawie z... Ale to zupełnie inna historia...
- Xer-xes - wymruczała wcześniej przeze mnie niezauważona dziewczyna, która owinięta kocem przysiadła się do stołu. Z tego co zauważyłem, przed chwilą wstała. Ewentualnie zakończyła nocny maraton anime. - Coś się stało? - zapytała, zapewne zauważając moje słodkie "dzieło".
Rzeczywiście. Rozwalanie, a nie jedzenie ciast było czymś nietypowym dla mnie. Eh... Nie chcę jej dodatkowo martwić...
- Zostałem wystawiony i nie mam weny na jedzenie ciasta - prychnąłem, nabierając na widelczyk mieszankę śmietanki i polewy czekoladowej. - Byłem umówiony na romantyczną kolację przy świecach z Corrinne, lecz ta wolała uciec... Chyba mnie nie lubi... - prychnąłem jakże "zasmucony" zaistniałą sytuacją, biorąc łyk herbaty.

<Flurry? Per. Corri? Whatever?>


Mia Land of Grafic