poniedziałek, 11 grudnia 2017

Od Yuri'ego CD Viktor

Stałem zamurowany w miejscu, patrząc jak mężczyzna znajdujący się przy mnie płacze. I co ja mam teraz zrobić? Nie chciałem go doprowadzać do płaczu... Po prostu uważam, że to co zrobiliśmy jest nieodpowiednie... I jak mamy teraz ze sobą rozmawiać? Ja szczerze nie potrafię spojrzeć mu w oczy.
- Spokojnie.... - niepewnie ująłem jego dłoń i pogładziłem jej wierzch. - Nie odejdę... Nie tym razem... - spuściłem wzrok na podłogę i jakoś tak poczułem, że chcę tu zostać.
Jednakże puściłem jego rękę i uśmiechnąłem się słabo. Czy to będzie dobrze jeśli zostanę? Czy może sobie pójść? Naprawdę już nie wiem... Nie chcę żeby były potem z tego kłopoty.
- Zostanę... - szepnąłem jakby sam do siebie i zdjąłem z siebie zimowe odzienie, które zdążyłem ubrać.
Czułem jak Rosjanin uważnie obserwuje każdy mój ruch, chyba bał się, że w ostatniej chwili postanowię zwiać. Westchnąłem cicho i odwiesiłem kurtkę na wieszak.
- Może zanim przejdziemy do jakiejkolwiek rozmowy to posprzątamy ten bajzel? - zaproponowałem, wskazując na walające się po salonie ubrania, nie wyglądało to zbyt zachęcająco...
Viktor jedynie pokiwał głową i już uspokojony bez słowa poszedł zacząć zbierać brudne ciuchy.
Kiedy ten się trudził tutaj ja postanowiłem pójść na górę ogarnąć ten burdel... I nie powiem, że było to przyjemne doznanie. Wszystko się lepiło od wiadomo chyba czego i nie szło się nie natknąć na tą białą maź... Co my tu odczyniliśmy?
- Yuri...? - odwróciłem się w stronę Rosjanina stojącego w drzwiach. - Skończyłeś już...?
- Ta... - odetchnąłem cicho i spojrzałem na reklamówkę wypełnioną papierami, a także śmieciami. - Trzeba to tylko wyrzucić...
Popatrzył to na mnie, to na reklamówkę, którą gwałtownie chwycił i wyniósł z pokoju. Uśmiechnąłem się pod nosem i zerknąłem dyskretnie na łóżko. Chyba jak na razie nie będę się do niego zbliżać, dla własnego bezpieczeństwa psychicznego. W końcu nie wiadomo co może się jeszcze wydarzyć.
Po chwili zszedłem na dół gdzie na kanapie siedział spokojnie Viktor. A jednak nie... Gdy tylko się zbliżyłem, mężczyzna cały się spiął i uśmiechnął się do mnie wymuszonym uśmiechem. Skrzywiłem się i niechętnie siadłem obok niego. W sumie kanapę też bym wolał unikać... No i zapanowała cisza na wieki, wieków... Ani ja, ani on nie zamierzaliśmy się odezwać. Siwus ciągle tylko bawił się swoimi palcami, a ja nie mając nic do roboty, po prostu siedziałem cichutko.
- To ten no... Jak ci się podobało?
Co? Przepraszam bardzo, czy ja się przesłyszałem? Czy on mnie właśnie spytał czy podobał mi się nasz stosunek? Nie no... Zajebiste pytanie, brawo Viktor. Jesteś po prostu mistrzem w zadawaniu genialnych jak twój mózg pytań. I co ja mam teraz powiedzieć? Chyba pozostawię to bez komentarza.
Odchrząknąłem cicho i odwróciłem wzrok w bok.
- Mogę zachować opinię dla siebie...? - mruknąłem pod nosem, a Rosjanin spuścił głowę. Czyżby liczył na inną odpowiedź?
Przecież mu nie powiem, że było zajebiście i możemy to nawet teraz powtórzyć! Choć... Nie. Może i było fajnie, ale to wszystko było spowodowane przez alkohol. Teraz już sam nie potrafię określić naszych relacji. Cholera....
Zarumieniłem się lekko i podciągnąłem kolana pod samą brodę, patrząc byle nie na Viktora. Przez niego serce wali mi jak szalone...

< Viktor? :3 >

Od Corrinne cd Shawn

– Szkoda tylko, że w takich okolicznościach. – przekrzywiłam głowę, nie cofając ręki. Zmrużyłam oczy, przyciskając palec do spustu. Dzieliły tylko milimetry przesunięcia, by wystrzelił.
– Co tu robisz? – zapytał, jakby to było jego mieszkanie. Opuścił rękę. Tak, dobry ruch. Dla mnie.
Zaśmiałam się.
– Braciszku, mój kochany – to słowo przesiąknięte było jadem– braciszku. Wbijasz do domu mojego przyjaciela i śmiesz pytać się "Co tu robię"? Do domu osoby, która uratowała nas z ulicy? – wskazałam ruchem głowy na Flurry, która przystawiała broń do głowy towarzysza Shawna.  – Do domu osoby, która nam pomaga? Flurry, słyszałaś? On się pyta co tu robię. – prychnięłam, zwracając się z powrotem do brata – Myślisz, że pozwolę sobie na kolejną stratę osób, na których mi zależy?
Potwór.
Nie. Tylko w określonych przypadkach.
– A na mnie ci nie zależy? – wpatrywał się w moją twarz.
Próbujesz manipulować, drogi Shawnie? Manipulować moimi uczuciami? Wybacz, ale z chęcią teraz pociągnę za spust.
– W tym przypadku... Nawet w najmniejszym stopniu.
Sprawił wrażenie, jakby go to zabolało.
Życie. Właściwie, to w tym momencie chyba go porzucam.
– Ale... Ja cię kocham, tęskniłem!
Głowa opadła mi częściowo w dół, by nie było widać moich oczu i toksycznego uśmiechu. Chwilę później znów ją podniosłam.
Grzywka zasłaniająca mój brak oka wpadła mi częściowo na zdrowe, ograniczając widzenie. Nie przeszkodziło mi to jednak usłyszeć otwieranych cicho drzwi szafy.
– Dzień dobry! – głos Xerxesa dobiegł praktycznie zza moich pleców. Mój braciszek się wzdrygnął. – A co to za goście?
Wywróciłam oczami.
– Xer, chociaż raz byś się przydał. – mruknęłam.
– Oj, Lily, uspokój się. Nie wolno tak traktować gości. – szepnął do mojego ucha. – Zapraszam na herbatkę!
Wyczułam w tym niemy rozkaz opuszczenia bronii. Pokazałam ruchem głowy, by Flurry też to zrobiła.
– No dalej, chodźcie do stolika! – zachęcił Xer. Nie rozumiem tego człowieka.
       Choć Xerxes wydawał się mieć gdzieś zagrożenie, domyślałam się, że był gotowy na ewentualny atak. A mimo to stałam jak głupia przy drzwiach, podpierając ścianę. Z przygotowaną bronią w ręce, obserwując każdy ruch w pomieszczeniu.
W pewnym momencie ten blond koleś o dwukolorowych oczach szepnął coś do Xerxesa i obaj wstali.
Śledziłam ich nieufnym wzrokiem, szczerzacy kły. Zwierzęce kły, które powoli zapowiadały moją zmianę formy. Zablokowałam ręką wyjście.
– Gdzie się wybieracie?
– Musimy coś omówić. W cztery oczy. – wyszczerzył się mężczyzna. Spojrzałam na twarz Kevina. Jak zwykle gościł na niej durnowaty uśmieszek.
Westchnęłam i cofnęłam się o krok. Ukradkiem zerknęłam na Flurry. Zrozumiała przekaz i pod stołem przygotowała się do obrony. Wiedziałam, że sobie poradzi,  więc sama cicho ruszyłam za nimi. Miałam złe przeczucia.
Więc widząc, że zatrzymują się, szybko zareagowałam skoczeniem za drzewo. Ta cała rozmowa to ściema.

< Shawn czy tam Kevin idk >

Od Shawna CD Corrinne

Moje pełne niezadowolenia spojrzenie, bacznie obserwowało oddalającą się z sekundy na sekundę dziewczynę. Czułem wyraźny niedosyt. W końcu, nie widzieliśmy się jakieś pieprzone dziesięć lat. Nie potrafiłem ukryć zawodu, związanego z jej aktualną postawą... Eh, pewnie już ułożyła sobie życie z jakimś fagasem. Rzecz jasna nie mam jej tego w żaden sposób za złe. Właśnie - dobrze. Ważne, żeby była szczęśliwa.
W końcu, po zaprzestaniu tego dzikiego rozmyślania, ująłem w dłonie telefon. Nie minęła minuta, a ja już byłem na linii z mym "opiekunem". Po kolejnych paru sekundach otrzymałem informację o jego aktualnej lokalizacji. Westchnąłem pod nosem, przy tym niewielkim przyciskiem na mych dousznych słuchawkach, łącząc je z telefonem. Szybko wybrałem swoją ulubioną playlistę, po czym ruszyłem powolnym krokiem w umówione miejsce.
***
Z tego co było mi wiadomo, dzisiejszego dnia miałem wraz z Vincentem wybrać się - w jak to on określał - "ciekawe miejsce". Jako, że poniekąd traktuję go jak przyjaciela, zgodziłem się. Miałem całkowitą świadomość, że ten heterooki może wymyślić coś naprawdę chorego, lecz w końcu za tą cechę trzymałem go tyle lat przy sobie. Przynajmniej nie muszę się zanudzać typowymi pracami tak zwanej "grubej ryby". I dobrze.
Cały dzień zleciał dosyć szybko. Podczas niego zdążyłem pozałatwiać kilka spraw przyszywanego ojca, w wyniku czego reszta pobytu w Nowym Jorku będzie szła pod moje dyktando. No dobra, może w jakimś stopniu Vincenta. W każdym razie, aktualnie wraz z długowłosym blondynem staliśmy przy bramce wejściowej do jakiegoś domu. Z tego co mnie powiadomił, mieliśmy "spłacić stary dług" u jakiegoś gościa. Tsa, mogłem się domyśleć, że dla tego psychola "ciekawe miejsce" to określenie budynku, w którym dojdzie do pojedynku. Eh... I jak tu zachowywać się normalnie, gdy otaczają cię chorzy psychicznie ludzie?
- Przygotowałeś broń? - niespodziewanie wtrącił się w moje myśli, stojący obok. Przejrzał moją postać swoim uważnym spojrzeniem.
- Jak zawsze, gotowy - uśmiechnąłem się delikatnie.
- Więc wchodzimy - westchnął, uchylając mocniej i tak już otwarte okno. 
Widocznie osoba mieszkająca tutaj, chciała sobie wywietrzyć mieszkanko. Jak szkoda, że najprawdopodobniej robi to po raz ostatni... 
Wszedłem do środka praktycznie bez żadnego szelestu, podobnie z resztą jak mój towarzysz. Sam nie mam pojęcia dlaczego, lecz przy tym wszystkim towarzyszył mi dziwny, wymowny uśmieszek. Jakbym domagał się tej krwi... Kuźwa, chyba całkowicie mi odbija. 
Zrobiłem kilka kroków na przód, ku progu w którym można było dostrzec przestrzeń salonu. Z naszego krótkiego zwiadu, wynikało, że jakieś dwie postacie przebywają własnie w nim. Westchnąłem cicho, a będąc już na pograniczu korytarza z wejściem do salonu, delikatnie się wychyliłem. Ku mojemu zdziwieniu - nikogo w środku nie było. 
Rzuciłem widocznie zaskoczone spojrzenie w stronę mężczyzny, który stał po drugiej stronie framugi. W myślach zacząłem wymieniać kolejne przekleństwa, przekraczając próg oddzielający dwa pomieszczenia. Vin szybko poszedł w moje ślady... Nie minął ułamek kolejnej sekundy, a przy swojej skroni dostrzegłem lufę jakiegoś gnata. Na całe szczęście zdążyłem w porę zareagować i również przyłożyć swoją broń, do głowy... Przeciwniczki? Myślałem, że zawału dostanę gdy dostrzegłem przed sobą Corrinne. Te niebieskie włosy i oczy... Bosz.. Jaka ona urocza...
- I znowu się spotykamy...?

<Corri?>

Od Hige CD. Resney

   Pogładziłem ręką jej włosy. Ku mojemu zdziwieniu, nie odepchnęła mnie. Wziąłem głęboki wdech i powoli wypuściłem powietrze przenosząc wzrok na telewizor. Jak można się tak zadręczać nieszczęściem, na które nie mieliśmy wpływu?
- Wiesz... - zacząłem, ale nie skończyłem. Dziewczyna spojrzała na mnie, ale nic nie powiedziałem. Po prostu siedziałem z otwartymi ustami i nie mogłem wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Przymknąłem oczy i ponownie spojrzałem na telewizor. Chciałem coś powiedzieć, pocieszyć ją jakoś. Ale nie potrafiłem. Ja nic nie umiem zrobić dobrze, pocieszanie ludzi to nie moja działka.
- Nie przejmuj się. Wszystko okej - posłała mi słaby uśmiech skulając się jeszcze bardziej. Objąłem dziewczynę ramieniem.
- Widzę, że nie jest okej - odwróciłem głowę w jej stronę. - Nic nie jest okej Resney, wiem że się obwiniasz za nieszczęście twoich przyjaciół, ale to nie twoja wina!
Resney pokręciła głową.
- Daj już spokój! Stało się, nie odstanie się! Myślisz, że mi nie jest ich szkoda? Myślisz, że po prostu o nich zapomniałem?! - Nawet nie zauważyłem, że podniosłem głos. - Chu i Kiba nie żyją, nic tego nie zmieni! To nie jest i nigdy nie była twoja wina! Kiba mógł się uratować, ale podjął decyzję, żeby ocalić komuś życie! Nikt nie mógł przewidzieć tego, że coś takiego się stanie!
  Zauważyłem, że dziewczyna płacze.
- Przecież--
Chciała coś powiedzieć, lecz jej przerwałem, łapiąc ją jednocześnie za nadgarstki.
- Dzięki tobie Tsume tak nie cierpiała. Wiem, jak to jest, kiedy zobaczysz jak ktoś bliski umiera. Ten obraz dręczy cię po nocach do końca życia. Ona dzięki tobie nie musiała tego oglądać. Oczywiście, jest w żałobie i nie są to najlepsze dni dla nikogo z nas. Ale... Ludzie umierają. Ja też kiedyś umrę, ty kiedyś umrzesz. Być może ludzie też będą płakać po naszym odejściu. Tylko proszę cię, nie bierz na siebie całej winy... Sama tego nie wytrzymasz.
  Dziewczyna patrzyła na mnie zdziwiona. Zauważyłem, że mocno zacisnąłem dłonie na jej nadgarstkach. Zwolniłem uścisk i zamiast tego złapałem ją za ramiona, przy okazji gładząc ją po jednym z nich.
- Po prostu obiecaj mi, że nie będziesz już o tym tak myśleć. Okey? - zapytałem i ręką otarłem jej łzy. Pokiwała głową.
- Okej...
Patrzyliśmy się na siebie przez kilka sekund. Nie wiem czemu, ale dla mnie ta chwila upłynęła w przyspieszonym tempie, mimo tego, że była tak krótka. To co zrobiłem było wpływem jakiegoś impulsu, nie wiem co we mnie wstąpiło ale mój umysł się wyłączył.
Przyciągnąłem dziewczynę do siebie i pocałowałem ją. Przeniosłem ręce na jej policzki, które wciąż były nieco mokre od łez. Boże, znienawidzi mnie.

<Resney? Sry, że tak długo, możesz zareagować jak chcesz xD To tak w ramach odszkodowania>

niedziela, 10 grudnia 2017

Od Yuri'ego CD Vane

Spojrzałem w jej oczy, zastanawiając się czy mam jej powiedzieć prawdę... Najwyraźniej wcisnęli jej stek kłamstw, chcąc zataić przed nią, przeszłość...
 - Eh.... - wziąłem głęboki wdech i zerknął niepewnie na Viktora, który cały czas był przy mnie. Choć tyle dobrego... - Nie wiem, co oni ci wmawiali, ale nie jestem pewien, czy powinienem to rozgrzebywać....
Skierowałem swoje spojrzenia na szopa, który nerwowo wiercił się w miejscu. Czy on też w tym palce?
- Chcesz się dowiedzieć prawdy? - mój wzrok znowu powędrował w stronę mojej matki. - Chcesz wiedzieć kim jestem?
Przez chwilę w pomieszczeniu zapanowała cisza, przez co pomyślałem, że Vane się rozmyśliła, jednak ona skinęła nagle głową i utkwiła we mnie spojrzenie swoich bystrych oczu.
- No więc... - odchrząknąłem i poprawiłem błąkający się kosmyk moich włosów. - Nazywam się Yuri Katsuki... Jednak moje prawdziwe nazwisko to Nightray... Mój ojciec nazywał się Gilbert Nightray, a matka.... - zawahałem się i przełknąłem ogromną gulę w gardle. - A matką jesteś ty... - nawet nie czekając na jej reakcję zacząłem opowiadać dalej. - Ty i tata byliście zaręczeni... Pewnego dnia wyszliście z domu i już nie wróciliście.... Dowiedziałem się tego samego dnia, że tata nie żyje, a ty zaginęłaś... Zszokowany tymi informacjami uciekłem do lasu, gdzie porwał mnie jakiś mężczyzna... Trochę się działo, a później trafiłem do rodziny zastępczej, gdzie było jeszcze gorzej... - zakończyłem wszystko z delikatnym grymasem na twarzy. Nie lubiłem o tym opowiadać. Przez takie coś przed oczami stawały mi niep orządane obrazy z przeszłości. Nie miałem nawet odwagi, żeby spojrzeć matce w twarz.... Wręcz zbierało mi się na mdłości i z każdą chwilą czułem się jeszcze gorzej. Nagle zerwałem się z dotychczasowego siedziska i ignorując wszystkich, wyszedłem z pomieszczenia.

~~*~~

Gdy tylko uchyliłem powieki, pomyślałem, że to wszystko to był tylko zwykły sen. Niestety dźwięk sms'a wyrwał mnie brutalnie z zamyślań i leniwie musiałem wygrzebać się spod pierzyny, aby sięgnąć po telefon. Odblokowałem urządzenie i spojrzałem na ten nieznany numer. Skrzywiłem się nieznacznie i szybko odczytałem tajemniczą wiadomość. No tak... Teraz wszystko jest już jasne...
- Viktor... Kiedyś cię chyba zabiję... - spojrzałem gniewnie na śpiącego Rosjanina i wstałem z łóżka.
Musiał podać Vane numer mojego telefonu... Eh... Co ja z nim mam...
Po chwili jednak odważyłem się odpisać swojej matce. Chciała się spotkać, co było moim zdaniem zrozumiane, w końcu ulotniłem się wczoraj bez słowa... No, ale do psychologa to ja już więcej nie pójdę.
Zaproponowałem wyjście do kawiarenki, na co się zgodziła. Przez chwilę poczułem iskierkę radość w sercu, lecz szybko ją ugasiłem, nie ma co się ekscytować... Może później pójdziemy na cmentarz? Chciałbym jej pokazać grób taty.
Nie przedłużając podałem w sms'ie godzinę i adres miejsca spotkania, po czym poszedłem się ogarnąć. Zdążyłem nawet zrobić Viktorowi śniadanie i zanim wyszedłem z domu, wyprowadziłem Makkachina na spacer. Zanim ten Rusek wstanie to pewnie będzie już południe... Leń...

~~*~~

Zauważyłem ją, gdy tylko zbliżyłem się do drzwi od lokalu. Siedziała jakaś taka spięta przy jednym ze stolików, a jej wzrok przeskakiwał z osoby na osobę. Wziąłem głęboki wdech i nacisnąłem klamkę od kawiarenki, a wchodząc już czułem na sobie spojrzenie większości ludzi. Podszedł do stolika zajętego przez Vane i niepewnie zająłem przy niej miejcie.
- Cześć - przywitała się ze mną, posyłając mi niepewnie uśmiechem. - Jak tam?
- Dobrze... - odpowiedziałem grzecznie i spojrzałem na nią badawczo. Nie byłam jakoś bardzo do niej podobny... - Od razu mówię, że nie mam żadnych ciekawych tematów na rozmowę...

<Vane? :3>

piątek, 8 grudnia 2017

Od Kevina CD Flurry

Uderzyłem całym swoim ciężarem w materac, który jak na zawołanie w tym momencie wydał z siebie charakterystyczny skrzyp. "Czymże zawiniłem, że na drodze postawiane mi są piękne, lecz niedostępne kobiety...?" - zapytałem sam siebie w myślach, przy tym wzdychając ciężko. Jeśli chodzi o stosunki międzyludzkie, mam z nimi do czynienia od dawien dawna. Na świat przyszedłem nie długi czas, przed panującą na ziemi drugą wojną światową. Ach, jest to zbyt trudne do wytłumaczenia, okay? Szczególnie, że godzina jest jaka jest, a moja osoba ostatniej nocy spała bardzo źle.
- Lecz w ubraniu nie pójdziesz spać - jakby znikąd doszedł do mnie piskliwy głosik towarzyszki, która aktualnie w bezruchu leżała na łóżku.
- Będziesz mi rozkazywać? - wypaliłem, nieco się naburmuszając.
- Tylko ci przypominam... Jutrzejszego dnia mógłbyś w końcu gdzieś się wybrać sam na sam z Corrinne. Oboje macie wolne od swoich prac... Czy czegoś tam - jej główka zaczęła się delikatnie trząść, przy wypowiadaniu kolejnych słów.
- Skąd ty...
- Nie pytaj. I tak nie podam ci odpowiedzi, idioto - przerażający, niezmienny uśmiech jedynie podsycił poziom straszności tej chwili.
- Nie nauczono tego czegoś zamykać się w porę... - mruknąłem, podnosząc się do pionu. - Zapalniczka, ewentualnie jakiś niedopałek papierosa i odrobina benzyny sprawdziłaby się świetnie. Jako refleksja - delikatnie się uśmiechnąłem, wchodząc do znajdującej się w mojej sypialni łazienki.
***
Obudziłem się... Chyba. Czekaj, która jest godzina? W zasadzie, to zadawałem sobie to pytanie każdego poranka, lecz dzisiaj miało ono dosyć szczególną wartość. Nie miałem nawet pojęcia jak zasnąłem, czy chociażby jaki dzisiaj dzień tygodnia. Za dużo robię, a za mało myślę... Nie chcę być jebanym pracoholikiem. Heh, tak de facto, moje protesty chyba niezbyt wchodzą w życie. I tak bardzo dużo czasu ostatnio spędzałem w biurze, czy za barykadą podczas jakiejś bitwy.
Nie przeciągając dłużej, wszedłem do łazienki w celu podjęcia jakichkolwiek działań w kierunku "ogarnięcia się". Bo w końcu nie wyobrażam sobie paradowanie po domu w swojej "pidżamie". 
Kontynuując, w białej koszulce i ciemnych jeansach zszedłem na dół. Nie chciało mi się na tą chwilę bawić w zapinanie guzików koszuli, czy dopasowanego do niej płaszcza. Będąc już przy progu kuchni, dostrzegłem siedzące w salonie dwie postacie.
- Zastanawiałem się, czy nie macie jakiś pomysłów na wspólne spędzenie tego wolnego dnia - powiedziałem, w rzeczywistości sam do siebie. 
Dziewczyny nawet nie uniosły na mnie spojrzenia. Jakby nigdy nic przeglądały coś na laptopie. Moim laptopie. Ciche chichoty zapewne wywołane przeglądaną treścią, od razu dały sobie we znaki. Zmrużyłem oczy, zaintrygowany. Chciałem dostrzec cokolwiek na ekranie, lecz całość została szybko zasłonięta ręką przez jedną z dziewczyn. 
- Co wy tam do cholery macie?! - krzyknąłem, już nieco zirytowany.

<Flurry? Co ten Xer może mieć na lapku? ( ͡° ͜ʖ ͡°) >

Od Flurry cd Kevin

– Serio?! – pisnęłam. Pokręcił głową. Westchnęłam. – Nawet jakby do tego miało dojść, kiedyś,  w dalekiej przyszłości, musisz pamiętać, że Corrinne to klasyczny przykład tsundere. Trzeba tylko mieć cierpliwość, żeby podbić jej serce. Przez wiele lat ogrodziła się murem, który może przekroczyć jedynie na skrzydłach. A choć fizycznie je posiada – uchwyciłam zdziwienie, jakie pojawiło się w oczach opiekuna na parę sekund, jednak nie chciałam zdradzać mu sekretu Corrinne. Jak będzie chciała- sama mu powie – to nie zamierza przełożyć ich sama na swoją psychikę. Ktoś musi jej pomóc. Jednak to dość trudne, bo nie zawróci jej w głowie ktoś, kto zwrócił raz na nią uwagę. Nawet jakby przeżywała najgorsze tortury, a ktoś by ją z nich wyzwolił, od razu się w nim nie zakochała. Trzeba czekać i próbować, by pokonała własną barierę, której nie potrafi zburzyć czy ominąć. A to wszystko bardzo łatwo stracić. Chociaż w środku, za tym murem jest... Jaka jest, to w środku żyje w niej stara Corrinne, która siedziała na wózku, ale czasami się szczerze zaśmiała, która siedziała na drzewie dniami  i nocami i która broniła  brata za wszelką cenę. I którego stratę przeżywała tak bardzo, a jednak prawie w ciszy. Tylko czasami, w nocy, nie wytrzymała. No i... Czasami coś ćpała albo brała w dłoń żyletkę. I czasami nadal to robi. – potrząsnęłam głową. Zboczyłam z tematu. – Wracając. Cierpliwość i ostrożność. Jak powoli, żebyś coś na nią zwalił, w stylu porażka bitwy, to wiedz, że już ci ufa.
Zeskoczyłam ze stołka i ruszyłam do swojego pokoju, gdzie czekało na mnie kolejne anime.
***
Nawet nie wiem, kiedy zasnęłam. Obudziłam się koło siódmej, z telefonem w dłoni. Huh...
Usiadłam na łóżku.
– Corri? – mruknęłam, patrząc na dziewczynę siedzącą na parapecie.
– Huh?
– Dlaczego ścięłaś włosy? – Zagadnęłam. Przekrzywiła głowę, delikatnie odsłaniając brak oka.
– Przeszkadzały mi. – odparła tylko i znowu wpatrzyła się w okno. Coś się musiało stać.
< Kevin?>
Mia Land of Grafic