środa, 20 września 2017

Od Shawna CD Corrinne

Widocznie niezadowolony kłamstwami siostry, spojrzałem na nią pełnym wyrzutów wzrokiem. Może był to jakiś sposób przed uniknięciem niepotrzebnych kontroli, lecz i tak zawsze wolałem wygadać całą prawdę, ni jeżeli później żyć z wyrzutami sumienia...
- Zobaczysz, wsadzą nas do domu dziecka... - mruknąłem pod nosem, ze skrzyżowanymi rękami przyglądając się sufitowi. - Wolałbym zdechnąć w labolatorium, niż żyć w tej patologii... - prychnąłem, widocznie marszcząc nosek.
- Więc zdychaj. Ja wolę przeżyć - burknęła, szczerząc się złośliwie w moją stronę. - Jestem przekonana, że rodzice kazaliby nam kłamać - wzruszyła ramionami, równie wygodnie rozkładając się na krześle, co na łóżku.
Westchnąłem głośno, jedynie niedowierzająco kręcąc głową. To na pewno źle się skończy...
***
Telefon, słuchawki, broń oraz komunikator - jedyne przedmioty, które udało mi się zachować. Nie wspominając oczywiście o szaliku, który dumnie przyozdabiał moją szyję. Wyglądałem aktualnie przez okienko samochodu, w którym nadarzyła nam się okazja znajdować. Przewozili nas do tego psychiatryka dla dzieci... Nie dość, że pewnie źle tutaj karmią, to na dodatek zapewne będę musiał dzielić pokój z innymi chłopcami... Istna patologia. 
- Wysiądźcie - wydała w naszą stronę polecenie, jasnowłosa kobieta siedząca za kierownicą.
Mój wzrok jedynie przez ułamek sekundy, był skupiony na jej twarzy. Wybyłem z pojazdu najszybciej jak tylko potrafiłem, nie zważając uwagi na mrożący krew w żyłach wzrok, faceta jadącego z nami. Ta dwójka miała się zająć naszym ulokowaniem w budynku. 
- Witajcie! - na samym wstępie przywitała nas kobieta w średnim wieku, której krótkie włosy delikatnie opadały na twarz. Miała dziwnie szare oczy...
- Vincent i Lily - przedstawiła nas opiekunka, która chwilę przed tym zamknęła samochód. - Z patologicznej rodziny - dodała, utrzymując kontakt wzrokowy z ciemnowłosą babką.
- Możliwe, że nie mam zbyt dużo do powiedzenia, ale chciałbym mieć pokój z siostrą - wypaliłem w pewnym momencie, przez co spojrzenia wszystkich zostały skierowane w moją stronę. 
W odpowiedzi, jedynie przysunąłem się bardziej do stojącej obok Corr i objąłem ją ramieniem. 
<Corr?>

Ścigający!

Od teraz można tworzyć również Ścigających!
Są oni elitarną jednostką, która powstała do wyłapywania Zbuntowanych.

Rzeczy, które musisz wiedzieć:

* Każdy Ścigający to anthro/furry. Są to zwierzęta, stojące na dwóch łapach, zachowujące się jak ludzie. Przykłady:


* Ścigający nie mają mocy, drugiej formy, nie mogą używać magii itd. Są za to dużo silniejsi, szybsi i zwinniejsi od zarówno zwykłych ludzi jak i Zbuntowanych.

* Są pokoleniem ludzi, które zostało porwane z biednych dzielnic kraju i zmutowane w laboratorium. Dorastali w świecie propagandy, kłamstw, niekończącego się treningu i nienawiści do Zbuntowanych.

* Każdy z nich posiada wszczepione z tyłu szyi specjalne urządzenie, które sprawia, że mogą wyglądać jak ludzie (Istnieją jednak bardzo niewielkie różnice, które z trudem można zauważyć.

* Posiadają specjalny numer, za pomocą którego wojsko jest w stanie ich zidentyfikować. Został im przypisany po urodzeniu.

* Sporo ludzi się ich boi, jednak mimo to uznawani są za bohaterów, którzy utrzymują porządek w kraju.

To chyba wszystko, co musicie wiedzieć jeśli chodzi o część która ma związek z fabułą.
Jeszcze kilka uwag ode mnie:

* Nie można stworzyć dziecka ścigającego. Jedyny sposób, żeby posiadać taką postać jest opisany w następnym punkcie:

* Jeśli dwóm ścigającym urodzi się dziecko, jest szansa 50/50, czy zostanie ono zabrane przez rząd i poddane takiemu samemu treningowi jak rodzice, lub jego istnienie pozostanie w tajemnicy i postacią będzie można pisać jak każdą inną.
Nie poddani treningowi Ścigający są zwyczajnymi obywatelami państwa, nie posiadają urządzenia które pozwala im przybrać ludzką postać. W tym przypadku ich gatunek może być jednym z gatunków rodziców, lub połączonym w jeden.

* Awansować na wyższą rangę można poprzez napisanie 20 opowiadań postacią (w tym przynajmniej 10 musi zawierać część ich pracy i pokazać, że są przydatni a nie kręcą się tylko po mieście). 
Z każdym awansem trzeba pisać kolejne 20 opowiadań.
Awansowanie na dwie ostatnie rangi pozostaje decyzją administracji.

* Możecie awansować, ale nie jest to konieczne. Ścigający może zostać szeregowym do końca życia, albo w ogóle nie pracować, ale robi to na własną odpowiedzialność Nie żeby coś PRZYPADKOWO miało się stać tym nierobom c: Byłoby szkoda. 

* Nie musicie pisać opowiadań o tym jak wiecznie uganiają się za Zbuntowanymi. Mogą po prostu zajmować się sobą, ale czas wolny też kiedyś się kończy.

* Dorastanie ścigających przebiega dużo szybciej niż u zwykłych ludzi. W wieku ok. 10 lat są już praktycznie dorosłymi. Następne 8 lat spędzają na treningu, zanim zostaną wysłani w teren. Ich rozwój zatrzymuje się na wieku 22 lat, później nie starzeją się wcale. Nie mogą więc umrzeć ze starości, ich organizm jednak jest bardziej podatny na choroby przewlekłe.

Jakieś pytania?

wtorek, 19 września 2017

Od Flurry cd Kevina

Corrinne stanęła przede mną, odpychając do tyłu.
– Nie wiem k i m jesteś, ale wiedz, że nic od ciebie nie weźmiemy.  – wymamrotała, wpatrując się w jedno oko obcego.
– Nie jestem waszym wrogiem. – odparł, a jego źrenice wypełniły tajemnicze błyski.
– W tym świecie – Syknęła, ani na moment nie opuszczając spojrzenia – są t y l k o wrogowie.
– Corr, może... – odezwałam się cichutko zza jej pleców. Uciszyła mnie kolejnym krokiem w tył.
– Jesteś ścigającym, prawda? – zmrużyła oczy.
– Nie, skąd ci to przyszło do głowy?
– Kłamiesz. Je**ny morderca. – nie poznawałam Oreo.
– Twoja przyjaciółka chyba mnie nie lubi... – zagadnął mnie białowłosy.
Wychyliłam się lekko zza koleżanki.
– Urry, chodź. Już. – złapała mnie w pasie i podniosła, okrążając szerokim łukiem faceta, całkowicie ignorując jego wypowiedź.
Podniosła mnie jakbym była piórkiem, a różniło nas ledwie parę kilo.
Odprowadził nas wzrokiem z tajemniczym uśmiechem.
Spojrzałam nad jej ramieniem. Ta lalka na ramieniu mężczyzny była przerażająca.
   Zaniosła mnie aż do naszego zaciemnionego pokoju po dwóch piętrach schodów.
– Kto to ścigający? – zapytałam cicho. Słyszałam, że to ktoś zły, ale nie wiedziałam co to oznacza konkretniej.
– Ktoś, kto morduje nadprzyrodzonych. – szepnęła, grzebiąc za plastrami w szufladzie. 
W jej oczach błyszczały już łzy. Kiedy się denerwuje, wytrzyma z nimi może piętnaście minut i zacznie płakać gdy tylko ucieknie.
Zatrzasnęła głośno drzwiczki  i podeszła wraz z małym pudełkiem.

< Kevin? 😏 >

Od Vane CD Resney

Wyczekiwałam odpowiedzi. Mimo wszystko, przez dłuższy czas towarzyszyła mi cisza. Irytowało mnie to. W momencie zmrużyłam oczy i zrobiłam kilka kroków w stronę dziewczyny, która wzrok miała wlepiony w podłogę. Coś tu zdecydowanie nie grało...
- Wyrażam się niejasno? - zapytałam, chwytając ją za oba ramiona, na co jakby oparzona błyskawicznie się ożywiła i uniosła na mnie wzrok.
- Lepiej usiądź... - wyszeptała, odsuwając się o krok do tyłu.
Niepokój. Chyba tak można nazwać to, co aktualnie czułam. Nie miałam pojęcia czego mogę się w tej chwili spodziewać. Informacji. Tak, to było oczywiste, Ale jakiej?
- Słuchaj... Po tym wszystkim, twój organizm był w naprawdę złym stanie... - zaczęła z widocznym trudem, który dosłownie miała wymalowany na twarzy. - Przez co samoistnie zapadł w jakiś rodzaj śpiączki... Na prawie rok... - dostrzegłam, jak nerwowo obwiązuje sobie wokół palca kosmyk włosów. To chyba stres. - Podczas tego dużo się zmieniło... Egzekucji poddano Chu i Kib- - w tym momencie jakby ugryzła się w język i jak wryta wpatrywała się w podłogę.
- Dokończ - warknęłam stanowczo, chyba zupełnie sama siebie nie poznając.
Czy taka byłam? Chyba tak. Skoro coś takiego nasunęło mi się na język... Rok, to dosyć długi okres czasu. Rozumiem, że śpiączka, śpiączką, ale naprawdę nic nie dało się ze mną zrobić?
- W sensie... - zacisnęła kurczowo swą dłoń, na skrawku bluzy.
- Nie wciskaj mi kitu - wbiłam swoje paznokcie w ramię, które od dłuższego czasu przytrzymywałam ręką. - Chcę wiedzieć, co się działo - przysiadłam z powrotem na kanapę, przy okazji podnosząc z niej ciemny kapelusz.
Do kogo on należy? Czułam, jak w głowie mi coś świta, lecz za nic nie potrafiłam przypomnieć sobie imienia osoby, której głowę przyozdabiał. "Cholera..." -  warknęłam w myślach, po czym z powrotem uniosłam wzrok na wciąż stojącą dziewczynę. Nerwowo przygryzała wargę. To chyba nie koniec...
- Egzekucji poddano łącznie cztery osoby... Chu, Shadow, Kiba i Peter... - powiedziała w końcu, spojrzenie mając zwrócone w zupełnie inną stronę.
Dziwne uczucie. Oczy zaczęły mnie dziwnie piec, a w sercu poczułam coś na wzór bólu. Podsunęłam kolana tuż pod brodę. "Dlaczego jestem taka beznadziejna i dałam się postrzelić?" - wyszeptałam sama do siebie, bez mrugania przyglądając się podłodze. Zarówno nos jaki i usta schowałam za złączonymi rękoma, tym samym oczy, pozostawiając wlepione w ziemię. Dokładnie widziałam, jak podłoga zostaje pokryta kilkoma, malutkimi kropelkami.
- Daj mi telefon... - szepnęłam, wycierając jedną z dłoni mokre od płaczu policzki. Czekałam na reakcję kilka sekund. Lecz nie pojawiła się ona, nawet nie byłam pewna, czy wiadomość dotarła do Resney. Podniosłam się na równe nogi, spoglądając na nieruchomą postać piorunującym wzrokiem. - Gdzie jest mój telefon?! - dodałam zdecydowanie głośniej niż poprzednio.
W momencie wyciągnęła go ze swojej tylnej kieszeni spodni. Odblokowałam w połowie rozładowanego grata, po czym... Spojrzałam na tapetę z kolorowymi lamami, które... Były ujeżdżane przez pandy?
- Co to za chore... - nie dokończyłam, ze zmarszczonymi brwiami wpatrując się w przedmiot. - Z resztą... Zadzwoń po Rocket'a, a ja idę ogarnąć się do łazienki... - mruknęłam, wciskając dotychczas trzymany w ręce przedmiot, na głowę.
***
Siedząc spokojnie przy swym białym biureczku, z nogami równo ułożonymi na podłodze, przeglądałam wszystkie dostępne w mojej skromnej kolekcji, komplety soczewek. Począwszy od kolorów błękitu, przechodząc przez biel, aż kończąc na czerni. Dosłownie cała paletka kolorów. W końcu, musiałam czasami zakryć swój naturalny kolor oczu, gdy szłam np. na jakieś ważne... Mordy. No właśnie. A jeśli już o nich mówimy, tych dopuściłam się w minionym czasie, co najmniej kilku. Pokolenie ścigających znacznie wzrosło w siłę, co było niemal równoznaczne z tym, że stali się dla naszej społeczności głównym celem. Sama nie wiem. Skądś po prostu czułam czystą nienawiść do tych mutantów. Nawet widok tych kreatur w internecie potrafił mnie przysporzyć o wenę do zabijania...
Ostatecznie wybrałam różowo-niebieskie soczewki. Co prawda, nie należały one pod żadnym względem do odcieni tęczówek, które występują u normalnych ludzi, ale... Nic nie poradzę. Po prostu je lubię. link
Nie wiem co mnie skusiło, lecz po chwili dosłownie wyjebałam się na zimną podłogę. Mając w dupie otaczający mnie wszechświat, jedyne co w teraz mnie interesowało, to zabawianie się kapeluszem, z którym od dłuższego czasu dosłownie się nie rozstawałam. Po prostu podobał mi się on... Nie wiem dlaczego, ale czułam do niego jakiś dziwny sentyment.
- Vane, Resney przyszła - nagle z radyjka, które leżało na biurku, rozbrzmiał dobrze znany mi głos.
- Lubię podłogę... - prychnęłam zupełnie nie na temat, uśmiechając się delikatnie.
- A ja nie umiem robić rozgrzewającej herbatki. Jak będziesz chora, to najwyżej zdechniesz... - burknął w odpowiedzi, zakańczając połączenie. 
Dosłownie pokazałam środkowy palec ścianie. A idźcie wszyscy w...

<Resney?>

Od Ripley CD. Akane

   Zacisnęłam rękę w pięść i przywaliłam dziewczynie w twarz. Krzyknęła zaskoczona i się odsunęła kładąc rękę na policzku.
- Ow, kurna! Za co?! - posłała mi spojrzenie mordercy. Kamienny wyraz ani na chwilę nie schodził z mojej twarzy.
- Za żart nie na miejscu - zbliżyłam się krok i uderzyłam ją kolanem w brzuch. Skuliła się i odsunęła kaszląc.
- A TO?!
- Za nie przyjście na zebranie.
Oparłam ręce na biodrach czekając aż dziewczyna się wyprostuje. Chciała się na mnie zamachnąć ale zablokowałam cios łokciem i spoliczkowałam dziewczynę.
-A--
- A to dla zabawy - przerwałam jej. - I za karę, że chciałaś mi oddać.
Skrzyżowała ręce i patrzyła na mnie niezadowolona. To spotkanie nie należało również do moich największych marzeń.
- Słuchaj mnie teraz uważnie bo się nie powtórzę. Nie ja ustaliłam to spotkanie tylko Tsume, jasne? Jest robota w mieście, wymaga profesjonalizmu i przygotowania. Zwiększyła się liczba morderstw, prawie wszystkie ofiary pochodzą z klanów. Rząd albo zmienił metody albo znalazł nowe. Bedzie odbywało się spotkanie, na które mam przepustkę. Miałam zrobić to sama, ale Tsu uparła się, że potrzebuje przynajmniej jednej osoby do pomocy.
Dziewczyna prychnęła i oparła się o ścianę.
- Co jeśli się nie zgodzę?
- To Nimitsuu się z Tobą policzy.
Przewróciła oczami, nastała chwila milczenia.
- Proponuję ci się z tym pogodzić, Akise.
- Akane - skrzywiła się.
- No przecież mówię.
- Mam być twoim ochroniarzem? - powstrzymywała się od śmiechu.
- Mniej więcej - odpowiedziałam i podniosłam torbę, która leżała na ziemi. - Jakieś pytania?
- Tylko jedno - zwróciła się w moją stronę, kiedy chciałam ją wyminąć i wyjść.
- Dlaczego ty możesz mnie uderzyć, ale ja nie mogę ci oddać?
Wyszczerzyłam się głupio, ale ciężko nazwać to uśmiechem.
- Tsume mi pozwoliła - złapałam Akane za koszulkę i pociągnęłam za sobą w stronę zaparkowanego niedaleko samochodu.

<Akane? >:3 >

Od Akane

Jechałam sobie na swojej jakże cudnej desce. Słuchawki w uszach, a w nich leci moja ulubiona nutka. Żyć nie umierać! Nie sądzę, żeby szefowa zobaczyła, że mnie nie ma, na spotkaniu.
- Ruda zgłoś się.
- I raise my flags, dye my clothes. It's a revolution, i suppose...
- Ruda, tutaj Tsume, zgłoś się.
- I'm breaking in, shaping up, checking up on the prison bus. This is it the apocalypse..
- RUDA! - w tym momencie wywróciłam oczami i włączyłam komunikator.
- Wyluzuj, łapko, jestem na zwiadzie i przeszkodziłaś mi w śpiewaniu swojej jakże interesującej piosence.
- Znowu ominęłaś spotkanie.
- Żartujesz? Mam siedzieć przez bite godziny po to, by zasnąć i wyobrażać sobie Ciebie pod moim młotem "Kauabanga"?
- Co? Ygh.. Skoro już tam jesteś, to musisz sprawdzić jeden z barów. Podobno jest tam jeden z naszych celów.
- Yyy... Sory, ale nie rozumiem. Jakie cele?
- Gdybyś była na spotkaniu to b--
- Aaa, chodzi ci o mundurki? Czaję. Nie bój nic, łapencjo! Raz, dwa i będzie po krzyku - bez słowa się rozłączyłam, niszcząc komunikator. Dojechałam do baru i zaskoczyłam z deski, a ta pojechała sobie do jakiegoś miejsca. Spojrzałam przez okno. Dużo lasek, które wyglądają jak typowe laski z baru. Rozpuściłam włosy i weszłam do mojego ulubionego miejsca.
- AKACZ PRZYSZŁA!
- Cześć kochani! Franek, to co zawsze!
- Już się robi, młoda! - barman mi rzucił hot expresso z pianką. Usiadłam przed moim celem. Ten spojrzał na mnie.
- No, no, no... A panienka to kto? - zapytał, ocierając swoją nogę, o moją. Oparłam się z uśmiechem.
- Nie słyszałeś mojego imienia? Yin. - wstałam, pociągając go za sobą - wyjdziemy na dwór...? - poszłam w stronę wyjścia. Ten jak zaczarowany poszedł za mną. Ściągnęłam go na zaułek.
- Wiesz co...
- Tak, Yin?
- Jesteś moim celem do zamordowania... Masz 3 sekundy - przyożyłam mu ostrze do szyi. - Gdzie jest twój szef?
- Hah, uważaj, bo ci powiem.pewnie nie jest nabiGHAA - przerwałam mu, strzelając mu w nogę.
- Jeszcze jakieś wątpliwości?
- Dobra, dobra! Nie wiem gdzie jest, a-ale wiem, kto może wiedzieć! Taki jeden, co sprzeraje cocaine na ulicy Breakin.
- Wybacz mój drogi... Ale zasady, to zasady - zastrzeliłam mu łeb i wsiadłam na deskę, znowu jadąc przed siebie. Po chwili usłyszałam telefon.
- Tak?
- Ruda, musimy się spotkać.
- A ty to kto?
- Gdybyś była na zebraniu to byś wiedziała. Zastępca Łapy.
- Oho... Kolejna pod młot?
- Słucham? Nie ważne. Dam ci miejsce spotkania na GPS - rozłączyła się. Wywróciłam oczami i dodałam swojej desce trochę szybkości. Związałam włosy i zaczęłam jechać w stronę miejsca spotkania.

****

Zatrzymałam się przed wejściem do starego młynu. Deska sobie dojechała, a ja weszłam do młynu. Zapukałam i cisza. Wywarzyłam drzwi.
- WITAM, WITAM! Ktoś t-- - przyłożył mi ktoś ostrze do szyi. Spojrzałam na nią kątem oka i odsunęłam palcem, jej ostrze.
- Kim jesteś?
- To ty mnie wzywałaś.
- Ruda.
- Brawo! Wygrałaś Nobla! - dotknęłam palcem jej nosa - Boop. A teraz gadaj, po cholerę tu jestem. Byłam zajęta bardzo produktywnymi sprawami. A tak poza, to imię?
- Ripley Pure Sh-
- PUREE?! ZIEMNIACZANE?! Daj trochę!

Ripley? XD

poniedziałek, 18 września 2017

Od Yuriego CD Viktor

Ten dzień był taki jak wszystkie inne. Wszystko było pięknie póki nie zauważyłem, że rodzice długo nie wracają. Od razu wyczułem, że coś jest nie tak, a zaniepokojenie Rocket'a jeszcze bardziej utwierdzało mnie w moich przekonaniach. A słowa wypowiedziane tamtego dnia, wyryły w moim sercu, palącą bliznę.
"On już nie wróci..."
- Jak to?! Rocket! Co się stało?! - pisnąłem przerażony jego słowami, a szop tylko zacisnął palce na swoim telefonie, tak że prawie go zgniótł. - Kłamiesz...
Czułem się, jakby ktoś mnie co najmniej skopał ze sto razy. Ból był nie do zniesienia, rozsadzał mnie od środka, a oczy piekły od łez. Zacisnąłem rączki na moim ulubionym pluszaku, otrzymanym od taty.
- Gdzie mama...? - wyszeptałem łamiącym się głosem. - Gdzie ona jest?!
- Yuri... - wyciągnął w moją stronę łapę, ale odtrąciłem ją gwałtownie.
- Ja chcę do taty! - krzyknąłem zrozpaczony i nie wiedząc co mam ze sobą począć, po prostu ominąłem Rocket'a i wybiegłem z domu.
Mój szloch mieszał się z cichym krzykiem, który co chwila opuszczał moje usta. Nie wiedziałem gdzie biegnę. Łzy przysłaniały cały widok, a ja powoli traciłem czucie w kończynach.
"Yuri!"
Usłyszałem w głowie jego głos i momentalnie potknąłem się, popadając w jeszcze większy szloch. Liczyłem na to, że rodzice wyjdą po chwili zza drzew. Tata pomoże mi wstać i wrócimy wspólnie do domu.
Razem.
Nic takiego jednak się nie stało... Podniosłem się obolały i doczołgałem się do drzewa, żeby oprzeć się o jego pień. Było mi zimno, a moje stopy były poranione od tego biegu, a brak butów wcale nie poprawiał mojej sytuacji.
"Yuri, może pójdziemy na spacer?"
Przed oczami stanęły mi wspomnienia, przez co przytuliłem do siebie pluszaka.
- Gdzie jesteście...? - załkałem cicho. - No gdzie...? Wracajcie... Nie zostawiajcie mnie samego... Ja czekam...!
Moim ciałem wstrząsnęły dreszcze, kiedy usłyszałem czyjeś kroki. Ciche... Ktoś się skradał...
- Tata? - podniosłem się niepewnie i rozejrzałem się dookoła. - Mama?
Gdy tylko odwróciłem głowę, poczułem ogromny ból, a zarazem przed oczami pojawiła się ciemność.
Jednak ten ból nie był aż tak silny, jak ten po utracie bliskiej ci osoby...

~~*~~


Widziałem, jak patrzy na mnie tym swoim obrzydliwym wzrokiem i czeka tylko aż podniosę się z ziemi. Jednak nie zrobiłem tego. Leżałem skulony na podłodze, dławiąc się własnymi łzami, każda część mojego ciała piekła niemiłosiernie, a dźwięk paska, uderzającego o skórę rozbrzmiewał w mojej głowie.
- Wstawaj! - krzyknął jeszcze bardziej rozgniewany, a ja tylko drgnąłem, przerażony tym, do czego może być zdolny ten mężczyzna, którego muszę nazywać ojcem.

Rozległ się świst w powietrzu, a pasek przeciął skórę na mojej ręce, przez co zacząłem nieznacznie krwawić.

- Wstawaj! - kolejny cios był w żebra, zadany ciężkim butem oprawcy.
Powoli traciłem przytomność, ale on nie przestawał zadawać mi bólu, sprawiało mu to chorą przyjemność... Krzyk, ból, zapach krwi... Wtedy to było dla mnie na porządku dziennym... To wszystko było zakończeniem dawnego mnie.


~~*~~

Zerwałem się z krzykiem z łóżka, łapiąc się od razu za szyję. Ledwo łapałem oddech, jakbym się dusił, albo jakbym co najmniej był duszony... Znowu te koszmary... Nigdy nie dadzą mi spokoju... Nigdy nie zapomnę tego co było... To niemożliwe...
Uniosłem zmęczony wzrok na niewielki zegarek, stojący na szafce nocnej. Wskazywał godzinę drugą w nocy. Dobrze wiedziałem, że już mi się nie uda zasnąć, więc odrzuciłem kołdrę na bok i w samych bokserkach, wyszedłem z mojego małego pokoiku. W ręku trzymałem kurczowo, trochę już starego pluszaka, którego nie miałem w żadnym wypadku ochoty się pozbywać. Wiem... Trochę to dziwne, ale taki już jestem...
Po chwili usiadłem sobie na kanapie i włączyłem telewizor. Zawsze to robiłem. Kiedy przeszłość mnie prześladowała i nie dawała mi spać, przychodziłem do salonu i włączałem telewizor na pierwszym lepszym programie. Jedynie o tej porze mogłem obejrzeć banalne reklamy jakiś produktów albo słabe porno, którego nawet nie śmiałem włączać. Jestem ciekaw ile tak jeszcze wytrzymam... Może rok... Dwa... W końcu kiedyś padnę z wycieczenia.
Wpatrywałem się tępo przed siebie próbując jakoś uspokoić wciąż buzujące w mojej głowie myśli, które ani śmiały mnie opuścić nawet na chwilę.
- Viktor... - wyszeptałem nagle, a moje oczy zaszły łzami. - Cholera...
Otarłem szybko powieki i odetchnąłem ciężko, zastanawiając się czy Viktor, chociaż pamięta, że istnieje... Czy mnie w ogóle ktoś pamięta...?

~~*~~

Kiedy tylko dotrwałem do ranka, zerwałem się z kanapy i poszedłem się ogarnąć do łazienki. Nie lubiłem lenistwa i jakoś nie uśmiechało mi się siedzieć cały czas w domu... Jak zwykle wziąłem szybki prysznic i ubrałem na siebie zwykłe dżinsowe spodnie, koszulkę i grubą bluzę, która sprawiała wrażenie, że jestem znacznie grubszy niż powinienem. Założyłem soczewki i zaczesałem włosy do tyłu. Zjadłem do tego mizerne śniadanie i spakowałem się na wyjście, na lodowisko. No i tak gotowy już do wyjścia, założyłem jeszcze buty i wybyłem z mojego niewielkiego mieszkanka. Zarzuciłem jeszcze kaptur na głowę, żeby przypadkiem nie zwrócić na siebie czyjeś uwagi i ruszyłem przed siebie spokojnym krokiem. Nie ukrywam, że samo przebywanie na ulicy, przyprawiało mnie o mdłości... Szczególnie kiedy widziałem spacerującą sobie, szczęśliwą rodzinkę... Na taki widok powracały nie chciane wspomnienia. Spokojnie Yuri... Już niedaleko...
W końcu po kilkunastu minutach pieszej wędrówki, przez te skupiska pasożytów, zwanych ludźmi, dotarłem do swojego celu. To tutaj kiedyś przyszedłem z Viktorem i szczerze... to były jedne z tych najlepszych wspomnień z mojego życia...
Przeszedłem przez rozsuwane drzwi i bez zbędnych formalności podszedłem do lady, za którą stał młody mężczyzna i kupiłem bilet na dwie godziny. Kiedy tylko dość wysoki blondyn wydał mi resztę, zgarnąłem swoje rzeczy i ruszyłem prędko do szatni. Tam w oka mgnieniu przebrałem się i momentalnie poczułem małą iskierkę radości i chęci do życia.
- Co? - w jednej chwili zastygłem w miejscu, widząc, że tak dużo ludu zebrało się na tym lodowisku. - Super... - burknąłem i już z mniejszym entuzjazmem założyłem łyżwy i wszedłem na lód.
Spokojnie sunąłem sobie przed siebie, już bez kaptura na głowie, próbując na nikogo nie wpaść. Jednak stało się inaczej. Za długo zapatrzyłem się w ten wspaniały lód i nagle wpadłem na kogoś. Jęknąłem cicho i prawie wywróciłem się do tyłu, jednak w porę złapałem równowagę. Przegryzłem wargę i niepewnie uniosłem wzrok na stojącą przede mną postać.
- Y-Yuri? - stojący przede mną mężczyzna wydukał moje imię, a ja spanikowany, cofnąłem się trochę.
Ten głos... Te piękne oczy... Mimo tylu lat, prawie wcale się nie zmienił. Moje serce przyspieszyło, a umysł wypełnił się wieloma wspomnieniami...
- Ja... - uchyliłem delikatnie usta, ale ostatecznie stchórzyłem i uciekłem szybko w stronę barierki.
W rekordowym czasie znalazłem się w szatni i nadal zszokowany tym spotkaniem zacząłem się przebierać. Może by udało mi się stąd wymknąć, gdyby Viktor nie przygwoździł mnie do szafki. Spojrzałem w jego niesamowicie błękitne oczy i przełknąłem ślinę, obawiając się tego co może zaraz nadejść...

< Viktor? >.
Mia Land of Grafic