sobota, 2 września 2017

Od Petera CD Shadow

Wzrok miałem wlepiony w ziemię. Czy to możliwe, że to wszystko się skończy właśnie w tej chwili? Całe nasze życie odejdzie w niepamięć. Dzieci... No właśnie, co się z nimi teraz dzieje? Gdzie są? Czy są bezpieczne? Miałem nadzieję, naprawdę wielką nadzieję, że zaopiekują się nimi jacyś dobrzy ludzie. Taka była moja wola. W tym momencie naprawdę nie chciałem niczego więcej, niż zapewnienia, że będą szczęśliwe. Traktują nas jak psy. Gorzej, jak niczego nie potrzebne światu śmieci. Teraz dobrze widzę. Ziemia jest popierdolona. Nie, to chyba bycie wyjątkiem jest chore. Nie możesz powiedzieć słowa, a oni w momencie cię zajebią. 
- Kolejny wspaniały dzień! Zgromadziliśmy się, aby pozbawić życia kolejnych nad-istot. W tym miesiącu udało nam się pojmać czwórkę zbuntowanych. Jest to dla nas ogromny sukces! Miejmy nadzieję, że w najbliższym czasie nasza mała kolekcja się powiększy... - ostatnie słowa wypowiedział dosłownie mrukiem.
Zniżył swoje spojrzenie prosto na naszą dwójkę. To nie był ten sam człowiek, który pozbawił życia Kiby i Chu. Swym zachowaniem i wyglądem przypominał kogoś na wzór Jokera. Jedynie makijażu i zielonych włosów mu brakowało. Westchnąłem cicho, spoglądając kątem oka na dziewczynę. Lękała się śmierci, czułem to. Też się tak czułem. Nie wiedziałem, że zginę w tak młodym wieku. "Wreszcie spotkam mamę..." - stwierdziłem w myślach, unosząc wzrok na zgromadzonych. W tłumie mogłem dostrzec znajome mi twarze. W ich oczach widziałem coś na wzór współczucia, możliwe że smutku. Pewnie chodziło o dzieci. Taa... Nagle rząd rozwalił rodzinę. 
- WY NIEDOROZWINIĘTE, RZĄDOWE KU*WY! - wydarł się dobrze znany mi głos z tłumu. 
Spojrzałem w tamtą stronę. Rocket, Vane, Gilbert oraz ich dziecko. Było w wózku, najwidoczniej spało. Pewnie przerwałem im słodki spacerek... Przepraszam. 
Uchwyciłem widocznie wściekły wyraz twarzy szopa. Uśmiechnąłem się delikatnie, patrząc, jak Vane musi mu zatykać usta, żeby czasami nie wykrzyczał czegoś, czego będzie później żałował. Czerwone oczy siostry... Nigdy nie zapomnę ich blasku. "Będzie dobrze" - wyszeptałem tylko, przekazując swoje myśli do jej umysłu. Dostrzegłem jak kiwa głową... Nie lubiła tego stwierdzenia. Chciałem, żeby się odwróciła. Ostatnio musiała przyglądać się śmierci Kiby, a teraz wpatruje się we mnie... Przepraszam...
- Jakieś ostatnie życzenie? - mruknął, przykładając do mojej skroni broń.
Wlepiłem w niego swoje zaszklone oczy. Tak, chciało mi się płakać na samą myśl, że zostawiam ten świat. 
- Zginiemy razem, w tym samym momencie - zwróciłem swoje oczy w kierunku Shadow.
Nie kontaktowała, lecz gdy w końcu dotarł do niej sens moich słów, jedynie skinęła głową. Reakcja mężczyzny nieco mnie zaskoczyła. Machnął ręką w stronę swojego towarzysza, który po chwili znalazł się przy dziewczynie. Skinęli do siebie głową, po czym rozkuli nasze kajdanki. Wiedziałem o co chodzi... W momencie uchwyciłem jej dłoń w swojej, natomiast drugą ręką otarłem łzę spływająca po jej policzku.
- Dopóki śmierć nas nie rozłączy... - szepnąłem, wpatrując się w jej zaszklone oczy. - Nie ważne kim byłaś, ważne, kim się stałaś... Kocham cię - dodałem na koniec, ostatni raz smakując jej z lekka zaschniętych ust.
- J-Ja ciebie też, Peter... - wyszeptała, zaciskając mocniej dłoń.
Przeszywający ból w czaszce... Cholera, to było nie do wytrzymania. Mimo wszystko, mój umysł w krótkim czasie przestał kontaktować, a ciało mimowolnie upadło na ziemię.
Nie liczy się dla mnie to, co zrobiłaś
Nasza rozłąka...
Nie chcę wiedzieć,co i z kim
Nie było mnie wtedy, zajmowałem się kimś innym
Przepraszam
Obiecuję, że nawet jeśli śmierć nas rozłączy
To ty mnie wypełniasz
Jesteś częścią mnie, mojej duszy
Powietrzem, bez którego nie mogę żyć
W moim sercu zawsze będziesz żywa
Zawsze
Kocham Cię

Od Viktora CD Yuri

Spokojna jazda po lodzie... Ciekawa odmiana w stosunku do tego, co robię na co dzień. Prawdę mówiąc, sam do końca nie wiem jakim cudem udało mi się wyrwać z treningu, lecz nie miałem zamiaru krzątać sobie tym głowy. Wolałem beztrosko sunąć po lodzie, w uszach mając słuchawki. Idealnie wygłuszały otoczenie.
Pewnie spędziłbym kolejne kilkadziesiąt minut bez słów, gdyby mą uwagę nie przykuła jedna, mała postać. Chłopczyk, na oko miał może cztery lata, a nad nim kilku nastolatków. Niegrzecznie określając - gówniarze. Z niewiadomego mi powodu przyczepili się do brązowowłosego. Nie mogłem znieść tego widoku, więc szybko podjechałem do całej grupki. Tego, który głównie odzywał się w tej całej sprawie, w momencie uchwyciłem za ramię i pociągnąłem do tyłu.
- Nie masz co robić, tylko straszysz to biedne dziecko? - zapytałem, jak zwykle mówiąc bardzo spokojnym tonem.
Spojrzeli na mnie widocznie zaskoczeni. Na moje usta jedynie wpłynął delikatny uśmieszek, gdy odprowadzałem ich wzrokiem. Chyba dobrze wiedzieli kim jestem i do czego mogę być zdolny.
- Wszystko w porządku? - zapytałem w końcu, pomagając wstać chłopczykowi.
- T-Tak... - na jego twarzyczce pojawił się wyraźny rumieniec. - Dziękuję... - wydukał, poprawiając rękawki swojej przeuroczej, malutkiej kurteczki.
- Nazywam się Viktor - uśmiechnąłem się przyjaźnie, wciąż w pozycji kucającej będąc przy chłopcu. Cały czas wlepiał wzrok w lód. - A ty? Jak masz na imię? - uniosłem delikatnie jego główkę do góry.
- Yuri... - powiedział prawie niesłyszalnie, spoglądając na mnie swoimi czekoladowymi oczkami.
- Śliczne imię! - podparłem głowę o swoją otwartą dłoń. - Z kim przyszedłeś? Czy jesteś tu sam? - skrzywiłem się delikatnie.
- RYSZARD , GDZIE MI UCIEKASZ!? - wydarł się czyiś głos, chyba skierowany w naszą stronę.
Prześledziłem wzrokiem... Szopa? Co? Mój mózg nie mógł tego wszystkiego poprawnie zarejestrować, przez co dosłownie zawiesiłem się. Wpatrywałem się w zwierzaka, który chodził na dwóch łapach. Aktualnie jeździł, ponieważ jakoś udało mu się założyć łyżwy.
- Jestem Yuri! - krzyknął widocznie oburzony chłopiec, wpatrując się w wyższego od siebie.
- Rysiu, spokojnie - pogłaskał go po głowie. Niestety, w krótkim czasie ciemnooki odtrącił jego gest stanowczym zamachem.
- JESTEM YURI! - powtórzył wyraźniej, delikatnie się czerwieniąc.
- Dobra, cichaj Ryszard... A teraz... WYTŁUMACZ MI, GDZIE DO JASNEJ CHOLERY SIĘ SZLAJASZ!? - zdecydowanie podniósł ton, wpatrując się w stojącego obok niego chłopca. - Ja tu zawału dostaje!
- Moja wina, że srasz przez pół godziny!? - warknął, pusząc policzki jak chomik.
Cholera. Chyba ich kłótnia rozniosła się na pół lodowiska... Wszyscy aktualnie zwracali w naszą stronę swoje oburzone spojrzenia. Z lekka wymuszonym uśmiechem na ustach, jedynie przeleciałem ich wzrokiem.
- Skąd ty znasz takie słownictwo!? - zmarszczył nos, krzyżując łapy.
- Gdy siedzi się z tobą przez kilka godzin, można się nauczyć kilku ciekawych słów.. - wystawił język, przybierając podobną pozycję co szop.
- Wracając... Z jakim pedofilem tutaj siedzisz? - zwrócił wzrok na mnie.
Uniosłem teatralnie ręce do góry, widocznie zdziwiony postawą zwierzaka. Chociaż... Gdyby się tak głębiej zastanowić, to chyba sam bałbym się o swojego podopiecznego, który rozmawia z obcym.
- Nie obrażaj Viktora! - burknął pod nosem Yuri, spoglądając na mnie kątem oka, przy tym rumieniąc się słodko.
- Jesteś bardzo słodkim szopem - stwierdziłem, z góry patrząc na zwierzaka.
- Zamkni... Zaraz, dlaczego widzisz mn- - spojrzał na swoją srebrną opaskę. - Przecież wszystko... - uniósł na mnie swoje podejrzliwe spojrzenie. - Jesteś...
- Chodzi o nad-ludzi? Tak, jestem nim - uśmiechnąłem się. - Pewnie ty też? - pstryknąłem młodego chłopca w nosek.
- Nie pozwalaj sobie na zbyt wiele - warknął widocznie niezadowolony.
- To jest Rocket... - westchnął. - Mój pseudo wujek - dodał prychając.
- Bardzo miło mi cię poznać! - przechyliłem głowę, wciąż się szczerząc.
- Bez wzajemności - mruknął w odpowiedzi, wciąż dokładnie skanując mnie wzrokiem.
Podczas gdy pomiędzy dwójką wciąż panowała nieco cichsza rozmowa, w końcu otrzymałem czas na przemyślenie niektórych rzeczy. Ten mały chyba naprawdę lubi jeździć, że udało mu się wyciągnąć kogoś takiego z domu. W sumie, jak na czterolatka, radził sobie bardzo dobrze. Widziałem w nim ten potencjał, gdy tylko po raz pierwszy spojrzałem mu w oczy...
- Może chcielibyście się przejść ze mną na zamknięte lodowisko? - wyrwałem w pewnym momencie, spoglądając na obu.
- J...- - mały nawet nie zdążył dokończyć.
- Nie ma mowy - wypalił szop, mierząc dziecko wzrokiem. - Byłeś dzisiaj bardzo niegrzeczny! Miałeś na mnie czekać, a bez słowa uciekłeś - sprostował.
- Proooszę? - przeciągnął jedną z głosek, wpatrując się w Rocketa z maślanymi oczkami.
Ten chyba chciał jakoś się od oczarowującego wyglądu chłopca, lecz ostatecznie coś mu nie wyszło. Westchnął, mrucząc coś pod nosem.
- Niech ci będzie, ale żeby był to ostatni raz! Nie mam zamiaru wylądować w szpitalu - prychnął cicho, rozluźniając łapy.
- Chyba u weterynarza... - zaśmiał się Yuri, mrużąc oczy.
- Więc chodźmy! - klasnąłem, odjeżdżając w stronę wyjścia.

<Yuri!!! Hehhe xD >

Viktor Nikiforov


Znalezione obrazy dla zapytania yuri on ice victor wolf

Imię i Nazwisko: Viktor Nikiforov
Pseudonim: Vitya (nazywany tak był przez Yakova)
Motto: "Rób to, czego nikt się nie spodziewa. Dzięki temu zaskoczysz widownie"
Płeć: Chłopak
Wiek: 16 lat
Rasa: Wilk
Klan: Desert Eagles
Stanowisko: -
Żywioł: Lód
Moce: 
- Zamrażanie danego obiektu.
- Tworzenie tarczy oraz broni z lodu.
Reszta nieodkryta.
Umiejętności: Do perfekcji opanował jazdę na łyżwach. Przedstawiają go jako łyżwiarza zdolnego do opanowania najtrudniejszych skoków. Jako jedyny jest w stanie zrobić cztery z pięciu obecnie ratyfikowanych poczwórnych. Praktycznie nigdy nie zdarza mu się zetknąć twarzą z lodem podczas wykonywania różnorakich akrobacji. 
Charakter: Victor ma podobną do gwiazdy rocka charyzmę i jest bardzo flirciarski. To bardzo dziwny człowiek, który lubi robić rzeczy w swoim własnym tempie i może być uważany za beztroskiego wolnego ducha. Nie lubi być kontrolowany przez innych ludzi, jak i nie daje wpłynąć na siebie innym. Często chodzi z głową w chmurach i jest również bardzo zapominalski. Potrafi być również szczery do bólu, więc gdy zauważy Niemniej jednak, nie jest za dobry w radzeniu sobie w emocjonalnych sytuacjach, może być w najlepszym wypadku dziwaczny, ale również (nieumyślnie) okrutny i nieczuły. Uwielbia swoim słodkim wyglądem oczarowywać panie (w niektórych przypadkach również mężczyzn), co jak można się spodziewać - wychodzi mu równie dobrze jak jazda na lodzie.
Cechy Charakterystyczne: Victor jest niezwykle urodziwym mężczyzną. Ma jasnoniebieskie oczy i platynowe, krótkie włosy. Jego przydługa grzywka opada na jego lewe oko. Mierzy 180 cm. Na co dzień przyodziewa zwykłe ubrania, lecz w swojej kolekcji posiada kilka strojów z zawodów w łyżwiarstwie figurowym. Tak - specjalizuje się w tym "zawodowo". Codziennie chodzi na treningi, często wyjeżdża na różne zawody - jego całe życie w pigułce. ( ͡° ͜ʖ ͡°)
Ciekawostki:
- Jego ulubione danie to katsudon.
- Uwielbia robić sobie lub innym zdjęcia w (dosłownie) każdej sytuacji.
- Po pierwszym spotkaniu z daną osobą, od razu stara się do niej jak najbardziej zbliżyć.
Głos: link
Właściciel: Asia1509 - Hw asiasimsy@gmail.com - E-mail
1 2 3 4

Od Vane CD Gilbert

- Mówiłeś, że bolą cię plecy - uśmiechnęłam się pod nosem, wciąż opuszkami palców delikatnie gładząc jego skórę na plecach.
- Po tym jak od ciebie oberwałem, bolą mnie jeszcze bardziej - burknął pod nosem, podpierając swoją głowę o złożone ręce. - Chyba nie potrzebuję twojej pomocy - dodał, prychając cicho.
- Noo przepraszam... - położyłam się na jego plecach.
Moja głowa była ulokowana na barkach mężczyzny, natomiast ręce wcisnęłam pod jego klatkę piersiową. Wtulając się bardziej, jedynie przymknęłam oczy. Był taki ciepły... Dzięki temu moje ciało mogło się chociaż trochę ogrzać. Nie wiem dlaczego, lecz cały czas znikąd czuję dziwny chłód...
- Nie zrobię ci krzywdy - uniosłam delikatnie kąciki swoich ust, owijając sobie wokół palca jeden z jego kosmyków włosów. - Obiecuję! - w momencie się poderwałam do równego pionu.
- Ugh... Czuję, że ostro tego pożałuję... - mruknął, przymykając oczy.
Podekscytowana klasnęłam w dłonie. Szczerze, to sama nie miałam pojęcia od czego zacząć, lecz w końcu po krótkim przefiltrowaniu wszystkich myśli wzięłam się do pracy. Z początku jedynie robiłam nieduże okręgi obiema dłońmi na całej powierzchni jego grzbietu, żeby ostatecznie zabrać się za kark i barki mężczyzny. Nie zaprzestając swoich działań, zaśmiałam się pod nosem.
- Dobrze ci? - zapytałam z wyraźnie falistą kreską na ustach.
- Czy to jest podchwytliwe pytanie? - zachichotał, kątem oka wpatrując się we mnie.
- Nawet o tym nie myśl - prychnęłam, osuwając się na przestrzeń łóżka, tuż obok Gilberta.
Skrzyżowałam ręce, wlepiając swój wzrok w sufit. Mężczyzna wciąż nie powstrzymują się od śmiechu, jedynie wyciągnął w moją stronę dłoń. W krótkim czasie jego ręka znalazła się na mojej głowie.
- Co ty robisz... - burknęłam pod nosem, zezując na palcach, które wplatały się w moją srebrną grzywkę.
- Wiesz... Gdy pupilek jest grzeczny, zazwyczaj w nagrodę głaszcze się go po łbie - wyszczerzył się, nadal nie dusząc w sobie wyraźnego śmiechu.
W momencie przewróciłam się na bok, marszcząc nos. Zmrużyłam oczy z widocznym grymasem na twarzy.
- Mam dużą ochotę... - zatrzymałam się w momencie, patrząc, jak chce zrobić na swojej twarzy typowego lenny face'a. - Czyli jednak... Jesteś po prostu chory psychicznie... - westchnęłam.
- No wiesz... - podłożył rękę pod mój podbródek. - Od kogoś się uczę... - wydukał, już prawie się krztusząc własną śliną.
- Lubisz mnie denerwować? - zmarszczyłam brwi, przy tym mrużąc oczy.
- Gdy się denerwujesz, czuję jeszcze większą ochotę, aby tobie dokuczać - pstryknął mnie w nos.
- Tak bardzo chcesz oberwać...? - warknęłam, powoli unosząc dłoń.
Ten, w momencie zanurzył swoje usta w moich. Nie wiem ile tak trwaliśmy. Moje serce jak zwykle w takich momentach zaczęło szybciej bić, Oddech mimowolnie przyśpieszył, a policzki spowił wyraźny rumieniec. Uchwycił mnie w pasie... Po kilku minutach oderwaliśmy się od siebie, nabierając tchu.
- Upiekło ci się...
***
Gilbert wciąż spał na górze, podczas gdy ja szykowałam syna do wyjścia. Mój "plan" miał szansę wypalić dopiero w momencie, gdy tej dwójki nie będzie w domu. Do dosyć dużej torby wpakowałam odmierzone porcje mleka w proszku, jakieś ubrania, pieluszki, chusteczki, krem, śliniaki i inne tego typu rzeczy. Co prawda ledwo to wszystko upchnęłam, ale ostatecznie jakoś zapięłam zamek. 
- Czy mam ci wszystko jeszcze raz wytłumaczyć? - przykucnęłam przy szopie, który za moment miał wsiąść do samochodu. 
- Spokojnie mamuśka, Ryszard będzie ze mną bezpieczny! - zaśmiał się, ustawiając swój sprzęt trzymany na nadgarstku. 
- Wiesz jak co, gdzie masz... 
- Uspokój się, bo sam zaraz zacznę się o siebie martwić - prychnął, wsiadając do żółtego samochodu. - Jak coś się stanie, nie będę dzwonić! - w momencie zamknął drzwi, najwidoczniej nie mając zamiaru czekać na moją odpowiedź. 
Wymruczałam kilka przekleństw w jego kierunku, mając bardzo dużą ochotę uderzyć. Jeżeli coś się stanie Yuriemu, bez czekania dorwę jakąś golarkę i całkowicie pozbawię go sierści. Podczas gdy on szukał kluczyków, podeszłam do szyby za którą w foteliku leżał niemowlak. Zapukałam kilka razy, po czym pomachałam mu z uśmiechem. Wpatrywał się we mnie z czymś na wzór wyrzutów sumienia. "Tylko ten jeden raz..." - westchnęłam, patrząc jak samochód wjeżdża na ulicę.
Weszłam z powrotem do domu. Głucha cisza... To i lepiej. Przynajmniej miałam pewność, że Gilbert wciąż śpi. Wparowałam do łazienki, w której już czekało wcześniej przygotowane przeze mnie pudełko. Otworzyłam je, po czym wyciągnęłam ze środka cały komplet widocznie fikuśnego ubranka. Nie wiedziałam, czy mu się spodoba... Wybierałam sama, a jako że dzisiaj są walentynki chciałam mu zrobić jakąś "niespodziankę". W końcu nie zbyt często będzie nam się nadarzać okazja na zostanie tylko we dwójkę w domu. Ściągnęłam z siebie pidżamę, którą aktualnie miałam na sobie, po czym wcisnęłam się w koronkowy materiał. Swym wyglądem miał chyba przypominać strój pokojówki... Takie tam. Było na przecenie. Powoli wychyliłam się zza drzwi, mając na sobie prześwitujący szlafrok. Był w zestawie. Zbliżyłam się do schodów, żeby po chwili stanąć przy drzwiach od naszej sypialni. 
- No i co mam powiedzieć... - mruknęłam pod nosem, już mając chwytać za klamkę.
Moja dłoń zadrżała, a wzrok pozostał w nią wlepiony. "Co mam powiedzieć" - powtórzyłam w myślach. Nagłe przechylenie się drzwi totalnie wywróciło mój tok myślenia. Odskoczyłam kilka metrów dalej, dobijając plecami do przeciwległej ściany do tej, na której znajdowały się drzwi. Nie potrafiłam wydusić z siebie żadnego słowa.

<Gil? ( ͡° ͜ʖ ͡°) >

piątek, 1 września 2017

Od Yuri'ego

Nie ma to jak siedzieć w domu, kiedy za oknem jest piękna pogoda i aż kusi, żeby wyjść z tych czterech ścian, no i przynajmniej sobie pospacerować. Niestety w moim przypadku wyjście samemu jest niemożliwe, szczególnie wtedy kiedy jestem pod opieką pewnego szopa, który zamiast uczyć mnie normalnych rzeczy, to wkłada mi do głowy, jak złożyć w pięć minut pistolet, a później dziwi się, że jestem inteligenty i przekraczam poziom inteligencji zwykłego czterolatka.
- Ryszard... - mruknął Rocket, który siedział ze mną w salonie i znowu uczył mnie jakiś cudownych i ciekawych rzeczy. - Patrz teraz uważnie...
Zaczął się popisywać i pokazał mi jak odblokować pistolet, oraz jak go poprawnie trzymać. Tak było zawsze, kiedy tylko rodzice wychodzili do pracy... Pewnie byli tego świadomi, ale upomnienia skierowane w stronę szopa nic nie dawały, więc sobie odpuścili.
- Mam na imię Yuri... - spojrzałem na niego napuszając poliki. - Przestań zmieniać moje imię...
- Twoi rodzice się nie znają i dali ci jakieś bezsensowne imię... - wzruszył ramionami i schował swoje "zabawki" do dużej torby, po czym odstawił ją na podłogę.
- Lubię swoje imię i nie masz prawa go zmieniać na inne... - zmarszczyłem nosek i zeskoczyłem z kanapy, po czym podreptałem do swojego pokoju, gdzie akurat był Vic-chan.
Usiadłem na dywaniku i spojrzałem na niego z delikatnym uśmiechem. Psiak zauważając moją obecność, podszedł do mnie i machając wesoło ogonkiem, zaczął mnie lizać po twarzy. Zaśmiałem się cicho i przytuliłem pupila do siebie, jednak ten ku mojemu zaskoczeniu odsunął się ode mnie i podszedł do mojego łóżka. Wszedł pod nie i wyciągnął spod niego małe łyżwy, które akurat należały do mnie. Pudel przyniósł je, na co na moje usta wkradł się jeszcze szerszy uśmiech.
- Vic-chan! Kocham cię! - zapiszczałem i wziąłem od psa łyżwy, następnie składając na jego głowie całusa.
Poderwałem się wnet z dywanika i ostrożnie zbiegłem po schodach, aby przypadkiem się nie wywalić, co już w sumie wiele razy mi się zdarzyło. Podbiegłem do siedzącego nadal na kanapie szopa i pokazałem mu sprzęt łyżwiarski.
- No co? - spojrzał na mnie pytająco.
- Rocket! Chodźmy na łyżwy! - moje oczy zabłyszczały z podekscytowania.
- Nie ma mowy. - oznajmił stanowczo i wyłączył telewizor, który leciał cały czas w tle. - Idź się lepiej pobaw swoimi zabawkami.
Tupnąłem niezadowolony nogą i zmarszczyłem brwi.
- Idziemy na lodowisko i to już!
Nagle futrzak odebrał mi łyżwy i rzucił je na drugi koniec kanapy, na co ja miałem już w oczach łzy. Poczułem w sercu żal i jednocześnie złość, czego nie okrywałem i rozpłakałem się.
- Fe! Rocket jest fe! - załkałem, ocierając łzy spływające po moich policzkach.
Szop wpatrywał się we mnie rozczulony i westchnął cicho, zeskakując z kanapy.
- No dobrze... Pójdziemy na te łyżwy... Ale nic nie mów rodzicom... Dobrze wiesz, że pod ich nieobecność masz siedzieć cały czas w domu... - pogłaskał mnie po główce, a ja stopniowo zacząłem się uspokajać.

~~*~~

Zadowolony założyłem łyżwy i czekałem cierpliwie na Rocket'a, który poszedł na chwilę do toalety.
Mijały kolejne minuty, a ja coraz bardziej się niecierpliwiłem, bo przecież ile można siedzieć w kiblu? W końcu nie wytrzymałem i wstałem z ławeczki, podchodząc powoli do wejścia na lód. Byłem już tu kilka razy i z całą pewnością mogę przyznać, że nie zgubię się tu tak łatwo, więc jedynym niebezpieczeństwem czyhającym tu na mnie są ludzie, którzy w każdej chwili mogą mnie staranować swoimi cielskami.
Po chwili wszedłem na lód i uśmiechnąłem się promiennie, czując to wspaniałe uczucie, ogarniające me ciało. Spojrzałem nieśmiało na jeżdżących dookoła ludzi i trochę nabrałem stracha przed nimi. Nigdy nie lubiłem obecności obcych osób, a tu ich jest pełno... Odetchnąłem spokojnie i wykonałem pierwszy ruch nogą, odczuwając przy tym nieopisaną radość. Może wszystko byłoby super, fajnie gdyby nie to, że większość tu zgromadzonych, nie zauważała mnie i co chwila potrącała. Nagle poczułem, jak ktoś specjalnie trącił mnie kolanem, przez co zachwiałem się i upadłem na tyłek, tracąc na chwilę kontrolę nad ciałem.
- Patrz, jak jedziesz maluszku! - jakiś chłopak zadrwił sobie ze mnie i spojrzał na mnie z wyższością.
Nastolatkowie zachichotali za jego plecami, najwyraźniej byli jego koleżkami.
- Mówić nie umiesz, czy co? - nachylił się lekko w moją stronę. - Może jakieś "przepraszam", gówniarzu?
Ja jedynie mogłem obserwować go z przerażeniem w oczach, co tylko go napędzało go do kolejnych działań. Już miał coś znowu powiedzieć, ale nieznajoma postać, która znikąd pojawiła się za nim, chwyciła go za ramię, na co chłopak odwrócił się do mnie tyłem.
- Nie masz co robić, tylko straszysz to biedne dziecko? - odezwała się tajemnicza postać, której nie mogłem się dokładnie przyjrzeć.
Cała grupka po chwili odjechała gdzieś sobie, a ja nadal tym wszystkim przestraszony, dygotałem z zimna, wlepiając wzrok w nieznajomego chłopaka. Miał platynowe włosy i piękne błękitne oczy, przez co wyglądał prawie, jak anioł.
- Wszystko w porządku? - uśmiechnął się do mnie łagodnie i złapał mnie pod pachami, pomagając mi przy tym wstać.
Zarumieniłem się lekko i spuściłem wzrok na lód pod moimi nogami.
- T-tak... - odpowiedziałem cichutko. - Dziękuję...

< Viktor? :3 >

Od Corrinne cd Shawn

* jebać tamten wątek, ten lepszy, czyli tepamy się w czasie *
   Czułam chłód bijący z wisiorka, który tkwił pod moją bluzką. Biegliśmy przed siebie, tak, jak kazała mama.
Czułam krzaki i niższe gałęzie, ocierające się o moje ramiona.
W pewnym momencie, rozległ się głośny trzask i syk. Gwałtownie zahamowałam, zawracjąc i podając bratu rękę. Próbowałam nie patrzeć na jasny dym, który zasłaniał niebo. 
Coś się tam działo i nie było to nic dobrego.

>><<
Zapukałam do drzwi. Miałam nadzieję, że nie pomyliłam domów.
Otworzyła ciocia. Miała zaspane oczy, skryte za pół przymkniętymi powiekami.
– Dzieciaki...
– Co wy tu robicie? – wtrącił się szop, wypychając się na przód.
Zwiesiłam wzrok, wpatrzona w niewidzialny punkt. Nawet nie spostrzegłam, gdy znaleźliśmy się w ciepłym środku.
Nie odezwałam się więcej.
>><<
Cała rodzina wróciła z tego spaceru, na który nie chciała nas zabrać. Odprowadzałam ich wzrokiem. Ciocia miała zaczerwienione białka oczu i one same były podpuchnięte.
– Cio... Ciociu? Co się stało? – zapytałam , przytulając do siebie swoją zabawkową hienę. Czułam ciepło Shawna obok.
Zatrzymała się w pół kroku i nagle odwróciła.
– Wypie****ajcie z mojego domu! – wrzasnęła.
Uniósłam głowę.
Zrobiliśmy coś źle?
W moich oczach zebrały się łzy.
Czułam na sobie wzrok każdego w tym domu.
– Skoro tak każesz... – szepnęłam drżącym głosem.
Nic nie zabierałam- bo nic mi nie zostało. Po prostu kiwnęłam na Shawna i wyszłam.
Chwilę poczekałam, aż brat zebrał się i do mnie doszedł.
– Chodź. – pociągnęłam go za dłoń, zmuszając do ruchu.

< Shawn? Wybacz, wena mi gdzieś uciekła :C >

Od Shadow cd Peter

Wlepiłam spojrzenie w jedzenie, niemrawo skubiąc je widelcem.
Shawn zachowywał się co najmniej dziwnie. Corrinne za to była wyjątkowo wesoła, przytulając do siebie zupełnie nową zabawkę; przytulankę-hienę. Zwierzątko miało duże, błękitne oczy, przez co wyglądało naprawdę uroczo.
   Niemal tak samo, jak hybrydy, krążące wokół stołu w oczekiwaniu na jakieś zaginione kawałki. Rzuciłam Ashley kawałek mięsa, a ta złapała go w locie.
– Moja dziewczyna! –wytarmosiłam jej łeb.
Usłyszałam rozbawione prychnięcie Petera. Zaraz potem rozległo się szurnięcie i krzesło odsunęło się od blatu. Spojrzałam pytająco na Shawna, który kierował się ku schodom, a gdy już na nich znikł, przeniosłam głowę w stronę męża. Corrinne chwilę jeszcze jadła, po czym również poszła na górę.
– O co mu mogło chodzić? – szepnęłam bardzo cicho, poddenerwowana bębniąc paznokciami o drewno.
– Nie wiem. – odezwał się, także zaopatrzony w odległy punkt który nawet nie istniał.
– Może miał jakieś schizy... Lub... – zaczęłam snuć nerwowo teorie.
Przez następne parę godzin nie ruszyliśmy się z miejsca, rozmyślając i próbując zrozumieć słowa syna. Tak nadeszła kolacja, a po niej- sen.
°°°
Ktoś mnie szturchał. Mruknęłam parę razy przekleństwa i przewróciłam się na drugi bok, nawet nie rozchylając powiek. Nawet nie wiem, kiedy zasnęłam... Przecież czytałam książkę przy biurku...
– Shadow, wstawaj! – dobiegł do mnie zdenerwowany głos.
– Za wcześnie, daj mi spokój...
– Shadow, ku**a! Ktoś jest w okolicy. Mam złe przeczucia...
– Zdaje ci się...
– To rządowe auta. Dużo rządowych aut.
W tym momencie zerwałam się jak opatrzona. Moje serce łopotało, niemal sprawiając ból.
Zostawiłam Petera, biegnąc do dzieci. Miałam nadzieję, że domyśli się, co ma łóżkach.
Okazało się, że oboje nie spali. Siedzieli w bezruchu na swoich łóżkach, a ich źrenice były rozszerzene. Prawdopodobnie zasnęli w ubraniach, bo mieli je na sobie. Chociaż raz wyszło to na dobre.
– Uciekajcie w lasek i nie oglądajcie się! – wyszeptałam, przytulając każde z nich.
Pokiwali głowami i choć widziałam s ich twarzach strach i niechęć do opuszczania nas, cichaczem wyszli z domu.
Zamknęłam za nimi drzwi, cicho modląc się, by zdążyli. Wróciłam do Petera.
– Jak daleko są? – zapytałam.
– Zdecydowanie za blisko.
Miał rację, bo już po chwili wywarzono drzwi.
Odliczałam sekundy.
– Kocham cię, wiesz? – pocałowałam go szybko.
– Wiem. Też cię kocham, Shadow.
Odetchnęłam cicho. Dzieci już powinny być bezpieczne...
– Peter... Zanim umrzemy, chcę, byś coś wiedział... – utkwiłam wzrok w wejściu.
– Co takiego?
– Wtedy... Kiedy Rite... – przełknęłam łzy – Słuchaj, walę prosto z mostu. Corrinne i Shawn mają starszego, przyrodniego brata.
Przemilczał to. Mogłam domyślać się, jak się czuje.
– Wtedy, kiedy się tak nagle pojawiłam... Uciekłam od Tehli'ego.  Wybacz mi, proszę...
– - Nie ważne kim byłaś, ważne kim się stałaś... I właśnie dlatego cię kocham.
Przeładowałam broń, ramieniem wycierając policzek.
Lufa karabiu nakierowana została w stronę ludzi, którzy za sekundę mieli wyskoczyć.
Spust został pociągnięty.
Ale... Im nie chodziło, by nas zabić. Nie dało się ich zastrzelić, bo mieli cholerne kamizelki. W łby nie było nawet czasu.
Wystarczyły dwa, pierdolnięte strzały w naszą stronę, byśmy uderzyli plecami o podłogę.
   Spod zmrużonych powiek widziałam, jak ciągną najbliższą mi osobę w obcą stronę. Nic fizycznie nie czułam. Nic, pustka. Nie mogłam drgnąć. Jednak mózg rejestrował psychiczny ból.
Jeszcze gdy byłam transportowana do furgonetki, widziałam płomienie ogarniające dom. Nasze schronienie, dotychczas bezpieczne.
Mruknęłam coś niezrozumiale, zapadając się w ciemność.
Ta była niespokojna i wzbudzająca strach, nie mogłam się z niej wyrwać.
***
Ludzie. Czy oni naprawdę tak nas nienawidzą? Czy chcą naszej śmierci aż tak, by tłumnie gromadzić się na tą publiczną egzekucję?
Dowiedziałam się właśnie, jak czuł się Kiba i Chu. Wystawieni na pośmiewisko. Jednak... Nikt się nie śmieje. Skandują, ale nie śmieją się.
Nikt też jakby nas nie żałuje. Nie widzę znajomych twarzy, lub nie chcę ich widzieć. Nie patrzę.
Wlepiam jedynie wzrok w gładkie kafle, które niedługo zabarwią się krwią. Nie słyszę, choć słowa docierają do mych uszu. Nie reaguję.
Kto nas zdradził? Nie wiemy. Być może w klanach mamy szpiegów.
Czy gdzieś jest przywódca klanu do którego należę? Może ma całkiem gdzieś kolejną śmierć.
Wysłuchałam tych ostatnich zdań, które wypowiadał ten baran, po czym ostatni raz uśmiechnęłam się do Petera.
Żegnaj. - szepnęłam w myślach, wiedząc, że mnie usłyszy.

< Peter? >

Mia Land of Grafic