sobota, 30 września 2017

Od Shawna CD Corrinne

Westchnąłem głośno, rzucając się na swoje nierówno zaścielone łóżko. Nienawidzę tego miejsca... Dorwałem do swoich rąk długopis i notes, w którym starałem się krótko opisać każdy, spędzony dzień w tym chorym miejscu. Co prawda był już prawie cały zapełniony, lecz wciąż kilka stron pozostało pustych... Mruknąłem coś niezrozumiałego pod nosem, wypisując na niewielkiej karteczce absolutnie WSZYSTKO co mnie trapi. To co boli, co denerwuje, natomiast na drugiej stronie pojawiły się pozytywy tego miejsca. A było ich... Mniej niż dwa. Na środku jedynie napisałem drukowanymi literami "Corrinne", po czym rzuciłem przedmiotem o kąt. Chcę wrócić do rodziców...
- Vincent, zbiórka na dole! - rozległ się dobrze znany mi głos jednej z babek prowadzących ośrodek. Stała za drzwiami, za które po chwili wybyłem. Rzuciłem na nią swoje pełne znużenia spojrzenie.
- Czwarty raz w tym tygodniu będziecie robić nam jakieś testy? - mruknąłem, na samą myśl o tych wszystkich dziwacznych testach, robiąc się śpiący od środka.
- Dzisiaj przyjedzie do nas ktoś bardzo wyjątkowy - uśmiechnęła się promiennie. Ta,to jej pierwszy rok w tych bramach. Jeszcze nie zdążyła się znudzić zabawianiem dzieci... Wciąż o dziwo darzyła każdego uśmiechem. Bezinteresownie. Chora psychicznie, wiem to.
- Wprost fenomenalnie! - wypaliłem pod nosem, wymijając ją.
Czułem jak jej gały cały czas są wlepione we mnie... Ugh, nigdy wkurzonego człowieka nie widziała? Niech wie, w co się wpakowała...
***
Stałem grzecznie w rzędzie, wraz z innymi chłopcami w moim wieku. O dziwo byli to sami nudziarze, których nikt nie lubi... Pff, po co tu ja?
- Proszę o ciszę! - dyrektorka tego więzienia dla dzieci, klasnęła kilka razy w dłonie. W momencie zapadła cisza. Nikt nawet nie odważyłby się do niej podskakiwać. Ta, to najbardziej walnięta z towarzystwa. - Dzisiaj, z wysuniętego na Północny-Wschód państwa, przybył do nas członek, bardzo zamożnej rodziny. Przedstawiam wam dzieci, Pana Zayn'a McQueen'a - wypowiedziała jego nazwisko, a drzwi z impetem zostały otworzone przez dwóch szoferów.
W nich po chwili pojawił się mężczyzna, o złotych, długich włosach. Były one dokładnie posplatane i związane czerwoną wstążką. Posiadał nawet ładną, również sporych rozmiarów brodę. Wszyscy patrzyli na niego podekscytowani. Boże, co za patola... Westchnąłem pod nosem, wywracając oczami. Jakby nigdy dorosłego faceta nie widzieli...
- Witajcie - skinął delikatnie głową w stronę naszych opiekunek, które chyba miały zemdleć z oniemienia. Huh, pewnie mogą sobie tylko pomarzyć o mężczyźnie, chłopaku, czy tam mężu. Pff... Same wybrały opiekowanie się obcymi dziećmi, od założenia rodziny. - Nie mam zamiaru owijać w bawełnę i prawić was niepotrzebnym kazaniem. Wszystkie testy, które odbyły się w tym tygodniu zostały zrobione na moje życzenie - delikatny uśmiech wpakował się na jego twarz. - Miały one wybrać dziecko, które w najbliższej przyszłości stanie się kimś naprawdę docenianym i sławnym... A dokładniej mówiąc. Jesteś nim ty - niespodziewanie jego wzrok został przeniesiony na mnie. Czy na pewno nie patrzy się na kogoś innego? Cholera jasna, w co ja się wpakowałem? Zabijcie mnie, proszę. 
- J-Ja? - wydukałem mimowolnie, robią mały kroczek do przodu.
Skinął delikatnie głową, podobnie jak poprzednio. Nie wiem dlaczego, ale czułem jak robię się z lekka czerwony. Stres? Lęk? Strach? 
- Masz pół godziny na spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy. Zaraz po przekroczeniu bram tego miejsca, pojedziemy do mojego krawca.
Hah, dlaczego wtedy nie pamiętałem o swojej siostrze?
Dlaczego znowu zgubiła się w moich myślach?
Nie wiem.
***
Otworzyłem oczy. To łóżko jest naprawdę wygodne, w porównaniu do tych, które posiadają w sierocińcu. W sumie, nie mogłem porównywać tamtej rudery do tego miejsca... Tutaj jest po prostu wspaniale! Moja "komnata" jest wielkości stołówki domu dziecka. Poderwałem się do pionu, przy tym rozglądając się po pomieszczeniu. W kącie dostrzegłem jakąś postać... Miała na sobie przydługi płaszcz, przez co nie potrafiłem dostrzec twarzy, czy chociażby postury ciała. 
- Kim jesteś? - wypaliłem na wstępie, nie odrywając swoich niebieskawych oczu od ktosia. Przerażający.
Odwrócił się, jak się okazało mężczyzna. Miał na oko osiemnaście lat, nie dałbym mu więcej. Pod płaszczem dostrzegłem idealnie wyprasowany garnitur. Kolejne kilka pytań nasuwało mi się na język.
- Dzień dobry, paniczu - skinął w moją stronę głową. Boję się go. - Pan McQueen przydzielił mnie do ciebie. Od dzisiejszego dnia jestem twoim prywatnym sługom - wlepił we mnie swoje zielone oczy.
Chwila. Jeszcze raz.  Co się wczoraj wydarzyło... Obudziłem się u boku Corrinne, no właśnie.. MOMENT!
- Gdzie jest... Gdzie jest moja siostra?! - wypaliłem jakby znikąd, na co nieznajomy zmarszczył zdziwiony brwi. - Gdzie jest Corrinne?! - podniosłem ton, wyraźnie przerażony.
- Nie mam pojęcia o co paniczowi chodzi... - powiedział, przekrzywiając delikatnie głowę w bok. - Czy może chodzi paniczowi o Lily?
- TAK, LILY! Skąd o niej wiesz?! Gdzie ona jest?! - wydarłem się, chwytając go za element płaszcza na nadgarstku. - Tutaj?! Bezpieczna?! Nic jej nie jest, tak?! - jego gałki oczne nieco się zmniejszyły. Oniemiał.
- Nikt paniczowi nie powiedział...? Zostaliście oficjalnie rozdzieleni, a panicz nosi od dzisiaj nazwisko McQueen.
Czuję jak umieram od środka słysząc te słowa...
Rozdzieleni
Przez moje codzienne narzekanie, musiała wyjść
Przeprszam
Tak bardzo cię potrzebuję, tak samo jak ty mnie
Zniszczyłem wszystko
Chcę cię mieć przy sobie, obiecałem wierność, obiecałem, ze cię obronię
Lecz nasze drogi się rozchodzą
Moja najdroższa.
Przepraszam
<Corr?>

Flurry cd Kevin

*Lenia mam, ok?*
Słyszałam głosy dochodzące z salonu. Nie mogłam ich zrozumieć, bo były przyciszone i stłumione przez drzwi. Xerxes zakazał nam tam dziś wchodzić. Bo miał gości. I było to podobno coś ważnego.
Dlatego właśnie znudzone siedziałyśmy pod ścianą i rysowałyśmy.
   Moja część kartki była kolorowa, pełna tęczy, ciastek i jednorożców, ale część Corrinne... ukazywała tylko niebezpiecznie realnie wyglądający język ognia.
Lily nagle zerwała się.
- Gdzie idziesz? - zapytałam, przykładając neonoworóżową kredkę do papieru.
- Po bluzę. Zostawiłam ją tam, a chciałabym iść na dwór. - wzruszyła ramionami.
- Ale przecież Xerxes zabronił nam tam wchodzić. - zaczęłam, ale już chwytała za klamkę.
Westchnęłam i znów nabazgrałam jakieś coś.
Krzyk i ciche słowa Oreo. Potem chwycenie mnie za dłoń w biegu i zaciągnięcie do naszego pokoiku.
Spojrzałam na dziewczynę pytająco. Jej oczy były rozszerzone, cała dygotała, podpierając drzwi.
- Ścigający... On jest... Morderca... - szeptała do siebie. - Wiedziałam, wiedziałam, wiedziałam... Flurry, uciekamy.
- Ale... - zaczęłam cicho. - On nie wie... Że my...
Zmroziła mnie spojrzeniem.
- Ale prędzej czy później się dowie. Może już teraz wie. Oni. Nas. Zabiją. - wycedziła przez zaciśnięte zęby, mrużąc powieki, jakby próbowała się odciąć od świata. - Zabiją ciebie, na co nie mogę pozwolić.
 Podeszła do mnie i kucnęła, by być na równym poziomie.
Brała głębokie wdechy, jakby szykowała się, by coś powiedzieć. Nagle jednak drzwi otworzyły się z hukiem.
Xerxes był coraz bliżej, szedł spokojnym krokiem, choć wiedziałam, że jest wkurzony. Za dużo z nim przebywałam, za bardzo się przywiązałam do niego, by nie wiedzieć.
Corr jakby go nie widziała, do momentu, aż znalazł się niecały metr. Wtedy obróciła się, gwałtownie prostując i ciskając w niego kulę jasnofioletowego ognia.

< Kevin? c: >

Corrinne cd Shawn

- Mówiłem, że tak będzie! - mówił poddenerwowanym tonem Shawn, powtarzając swój klasyczny już tekst. Słyszę to c o d z i e n n i e od paru m i e s i ę c y.
- Słyszałam to już... - zawiesiłam się na chwilę- jakieś dwieście razy. I doskonale wiesz, że nie mieliśmy wyboru. - mój głos był chłodny i spokojny. Zdecydowanie zbyt spokojny. Tak odmienny od jego.
- Co nie zmienia faktu, że...
Machnęłam na niego ręką, odwracając się na pięcie  i otwierając z rozmachem drzwi. Pokazałam mu ukradkiem b a r d z o przyjazny, środkowy palec i wyszłam z pokoju. Pobiegłam korytarzem, niemal wyważyłam drzwi wejściowe i ruszyłam ulicami.
   W pewnej chwili przemieniłam się w biegu w zwierzęcą formę. Wiedziałam gdzie podążam, wiedziałam, jak się tam kierować, ale nie wiedziałam, jak to daleko. Ale dam radę. Muszę tam wrócić jak najpóźniej. N i e n a w i d z ę g o! Uskoczyłam zębom jakiegoś psa. D l a c z e g o musimy być rodzeństwem?
     I w końcu mogłam rozpoznać znane domy... I dotarłam do tego w gruzach. Dosłownie wszystko było zmienione w popiół... Oprócz... Drzewa. Tego samego, które zasadziliśmy, kiedy jeszcze byłam na wózku. Nie spadł z niego nawet jeden liść.
Uśmiechnęłam się smutno, chowając się za resztkami wysokiej ściany. Zaczęłam się wspinać, by ukryć się w jego zielonej koronie.
***
Cicho uchyliłam drzwi. Nic. Pustka. Nikogo nie ma w pokoju.
Pewniejszym krokiem weszłam, rzucając przemoczoną bluzę na łóżko. Nachyliłam się nad j e g o łóżkiem, gdzie zazwyczaj trzymał swoje "zabawki", ale...
Moja dłoń zastygła w miejscu. Nie było ich...
Nie ma ani rzeczy, ani Shawna...
Coś mnie ominęło?


< Shawn? >

Od Rick'a CD Alessia

Kładę się obok, kątem oka patrząc na dziewczynę. Szczerze mówiąc niemal podziwiam zachwyt z jakim wpatruje się w niebo. Odwracam wzrok, sam zerkając w tamtą stronę. Niebo jak niebo. Trochę różowe. Trochę brzydsze od gwiazd. Nic, czym mógłbym zachwycać się godzinami. Właściwie większość kobiet, z którymi miałem kontakt podobnie odbierała te wszystkie widoki. Znaczy się. Wszystkie potrafiły się w nich zatracać, zachwycać się nimi i cicho wzdychać, zauroczone pięknem otaczającego je świata.
Nie jestem pewien jak to działa, ale u siebie nigdy nie wykryłem jakiegokolwiek większego zainteresowania ładnymi widokami. Może ostatecznie jest to umiejętność dedykowana tylko kobietom? W końcu mówi się, że są wrażliwsze i bardziej otwarte na otaczający je świat, niż mężczyźni.
Nie czuję się poszkodowany. Gdyby miały interesować mnie chmurki, kropelki rosy, czy pajęczyny w trawie, to prawdopodobnie byłby ze mnie dość kiepski zwiadowca. W końcu w tym "zawodzie" raczej nie ma miejsca na kilkugodzinną medytację nad białymi płatkami stokrotek, czy innych łodyg.
Moje rozważania przerywa głos dziewczyny.
-Wiesz, że jesteś pierwszą osobą, którą tu poznałam?
Milczę przez chwilę, zastanawiając się co właściwie odpowiedzieć.
- Tu... W sensie... Tu? - poklepuję trawę, na której leżymy, a kącik moich ust unosi się do góry.
Nie jestem pewien, czy Al zrozumiała niezbyt śmieszny żart w mojej odpowiedzi, ponieważ odpowiada mi cisza.
I chyba brzmi w niej wyrzut.
Podnoszę się do pozycji siedzącej, wydając przy głośne westchnienie.
-Tak naprawdę ja też nie miałem okazji poznać nikogo z "klanu" - ostatnie słowo wypowiadam z mieszanką sztucznego szacunku i sarkazmu. Może to dlatego, że nie należę do niego od dawna, ale jakoś wciąż nie czuję się się jakąkolwiek większą "częścią" tego stowarzyszenia. Robię swoje i... Właściwie na tym się kończy moja niezwykle interesująca rola... Nadal nie do końca odkryłem co z tego mam, poza dość fałszywym poczuciem bezpieczeństwa. Bo przecież... Jeśli przyjdzie ktoś, komu bardzo zależy na rozpierdoleniu nas... To nas rozpierdoli. A od jakiegoś czasu odnoszę wrażenie,że komuś zależy na tym coraz bardziej. Kto wie, jak długo "klany" będą jeszcze miały dość członków, żeby istnieć. - Powinni popracować nad integracją. - uśmiecham się, nie do końca wyobrażając sobie jak taka "integracja" miałaby wyglądać. Zerkam w stronę teraz już pomarańczowego nieba. - Można powiedzieć, że spędziliśmy razem noc. - Odwracam się w stronę dziewczyny z szerokim uśmiechem na twarzy.
-Właściwie dlaczego postanowiłaś urządzić sobie piknik w środku nocy, w towarzystwie tej krwiożerczej rośliny? - wskazuję głową na lekko podeschnięty kwiatek, leżący kilka metrów dalej.
Nie czekając na odpowiedź, wstaję z ziemi, wyciągając rękę, żeby pomóc dziewczynie wstać... O ile podniesie się z pozycji leżącej. Nie czuję, że zmarnowałem tę noc, ale jestem osobą, zdecydowanie lubiącą spać. Z żalem dostrzegam więc w zaróżowionym niebie, odpływającą szansę na spędzenie kilku godzin łóżku. Zerkam z rozczarowaniem na "krajobraz, którym zachwycają się kobiety". Żegnaj o błogi śnie.
<Alessia?>

czwartek, 28 września 2017

Od Kevina CD Flurry

Zmrużyłem oczy, wpatrując się w niebieskowłosą, z której twarzy nie schodził chytry uśmieszek. Kątem oka dostrzegłem nawet nie powstrzymującą swoich chichotów Flurry...
- Wy małe... - mruknąłem, czując przepływający przeze mnie chłód. Tsa, w końcu jestem mokry... Strzepałem ze swej czupryny nadmiar wody, po czym ponownie przeniknąłem obie dziewczyny wzrokiem. - Nie dość, że darmozjady, to jeszcze podczas tak wspaniałego snu będą mnie budzić... - westchnąłem, uśmiechając się szeroko.
- Sam z siebie zmuszasz nas do jedzenia tych wszystkich ciast! - fuknęła Flurry, wystawiając język w moją stronę.
Spojrzałem na nią, jakby urażony. Mina mi delikatnie zrzedła.
- Wiecie... - wzruszyłem ramionami, już z powrotem unosząc kąciki ust do góry. - Jeżeli nie chcecie... Spokojnie, z chęcią zjem wszystko za was! Tylko później nie marudzić, że jesteście głodne, czy coś... - dodałem i zacząłem odpinać guziki, swojej przemoczonej koszuli.
Nadawała się jedynie do... Huh, sam nie wiem czego. Pomijając, że mam kilka podobnych w szafie. Ona była wyjątkowa... Tak miło się w niej spało...
- Nie wiem co z tym zrobicie, lecz chcę ją widzieć następnego dnia, idealnie poskładaną w swojej szafie - zaśmiałem się pod nosem, rzucając mokrym przedmiotem o podłogę.
- Chyba śnisz! - odezwała się pani "młodzieńczy bunt", robiąc bardzo pewny krok do przodu. Skrzyżowała ręce, nadal mając pokaźnego banana na twarzy.
- W przyszłym roku, won do szkoły! - wskazałem na drzwi, patrząc na obie spode łba. - Nie mam zamiaru utrzymywać tutaj analfabetów! - dokończyłem, odwracając się na pięcie.
- Łżesz! - jak zwykle, wyraźnie drwiący głos jednej z dziewczyn zmusił mnie do zatrzymania się na moment w miejscu. Delikatnie odwróciłem głowę w ich stronę, szeroko się uśmiechając.
- A chcesz się przekonać...? - wyszeptałem, mierząc ją z wyraźnym błyskiem w oku.
***
Wpatrywałem się uważnie w dwie, niskie postacie, które pod moim bacznym spojrzeniem przebierały zawartość któregoś z kolei stoiska z zabawkami. Opierałem się o słup, zepsutej lampy, żeby nie zwrócić na siebie zbytniej uwagi. Wolałem siedzieć cicho... Z resztą, co mogliby pomyśleć sobie ludzie o jakimś facecie, który szwenda się z dwoma małymi dziewczynkami? Pedofil.
- W każdej chwili może je ktoś porwać - wtrąciła Emily, która jak zwykle spoczywała na mym ramieniu. Spojrzałem na nią kątem oka, uśmiechając się delikatnie.
- Oj, nie dadzą rady - dodałem i zaprzeczyłem jednoznacznie głową. 
Zawsze wiem co robię. Mam już na tą dwójkę plany... W zasadzie, zarys ich historii szykowałem w głowie od dobrego miesiąca. Chyba wykorzystywanie ludzi, w tym dzieci za bardzo weszło mi w krew... 
- Oho, chyba już się zaczyna... - prychnąłem, dostrzegając zakapturzoną postać, która wpatrywała się w dziewczynki.
Jego wzrok pełen żądzy... Żądzy czegoś lub kogoś, kogo mógłby zaciągnąć do tego ciemnego zaułka za rogiem. Ugh.. Nienawidzę takich gości. Zamiast nacieszyć się jakimiś pasztetami, które z chcęcią dałyby im dupy, wolą niszczyć życie beztroskim małolatom...
- Może nie podejdzie bliżej - wypaliłem, nie odrywając wzroku od całego towarzystwa.
- Głupek! - potrząsnęła delikatnie swoją małą główką, śmiejąc się przy tym.
Rozpoczął konwersację i pierwsze próby kontaktu cielesnego. Na szczęście porę pojawiłem się obok...
- Wybrałyście już sobie coś? - skierowałem pytanie, jakby nigdy nic.
Nie minęła sekunda, a moje funkcjonujące oko zmierzyło mężczyznę morderczym wzrokiem. Gdybym był tym, kim kiedyś... Już by nie żył.
- Uch, to chyba jedna z karykatur ludzkich... Nowa atrakcja w tym parku rozrywki! - wyszczerzyłem się. Chyba miał świadomość, że właśnie przed momentem przeskanowałem go na wylot wzrokiem. Odsunął się kilka kroków wstecz, po czym umknął wraz z tłumem.
- Głupek! Głupek! - krzyknęła za nim moja towarzyszka.
- Spokojnie Emily... - pogładziłem delikatnie jej brązowawą czuprynkę. - Zaraz zacznie się koncert - zwróciłem się w stronę Lily i Flurry. - Trzymajcie się blisko mnie, nie mam zamiaru po tej całej imprezie szukać was przez kilka godzin...
<Flurry?>

wtorek, 26 września 2017

Od Alessi CD Rick'a

Co on robi? Czemu wyciąga dłoń w moją stronę? Atak? A może chce mnie porwać?  Popatrzyłam na niego niepewnie, chowając chwilowo dłoń za siebie.
-Z jakiego jesteś klanu? -zapytałam podejrzliwie.
Mój ogon lekko drżał. Nie pasowała mi ta sytuacja. Skąd on niby się tu wziął? Jest późno i w sumie o tej porze rzadko kto wychodzi na spacerki.
-Spirit of Shining Star. -powiedział mężczyzna.
Z uśmiechem zeskoczyłam z kamienia i podałam mu dłoń, która też przy okazji była lekko zakrwawiona.
-Mam nadzieję, że mnie nie oszukałeś. Też jestem z tego klanu. Miło mi ciebie poznać. Jestem Alessia. -powiedziałam i spojrzałam na dłoń. -Cóż, uścisnęłabym ci rękę, ale jak widzisz jest w... Opłakanym stanie.
Facet delikatnie się uśmiechnął i zaczął oglądać moją dłoń.
-Mi również miło Alessio. Jestem Rick. -powiedział.
Potem przewróciłam lekko oczami.
-Spokojnie, to tylko głupie skaleczenia. -powiedziałam i usiadłam na ziemi na kolanach.
Delikatnie przyłożyłam zdrową dłoń do tej zakrwawionej i zamknęłam oczy. Między szparami, które powstały w zagięciach dłoni, zaczęło wydobywać się zielonkawe światło. Po chwili ono zgasło, a moja ręka była jak nowa. Klasnęłam dwa razy.
-Tadam. -powiedziałam, robiąc z dłoni literkę "v".
-Magia uzdrawiania? Jesteś medykiem? -zapytał mnie, siadając obok.
Pokręciłam przecząco głową.
-Nauczyłam się tego na zapas. Nie wiadomo, kiedy mi się to przyda. Ze stanowiska jestem opiekunką, a czasami też nauczycielem. -odpowiedziałam.
-Ah, rozumiem. Ja jestem zwiadowcą.-dodał.
Uśmiechnęłam się lekko i spojrzałam na niebo. Naciągnęłam mocniej na głowę kaptur, aby nie było widać moich uszu. Ogona za nic już nie schowam.
-Jesteś? Chodzi mi... O rasę. -zapytał.
-Najzwyklejszy biały kot. A ty?
-Lew amerykański.-odpowiedział.
Na tym skupiała się nasza rozmowa. Kim jesteśmy, co lubimy robić i tym podobne głupotki. Potem padłam jak kłoda na ziemię i patrzyłam w lekko rozjaśniające się nocne niebo. Cóż... Ta piękna pora przemijała i zbliżał się małymi kroczkami poranek. Z tego co wiem mam jeszcze kilka dni wolnego. Nie muszę się przejmować pracą, choć chętnie sprawdziłabym co u dzieciaków. Spojrzałam na Rick'a i lekko się uśmiehnęłam.
-Wiesz, że jesteś pierwszą osobą jaką tu poznałam? -zawiadomiłam go.
Wiem, jestem głupia. Od razu tak dokładnie zaznajamiam się z osobą, którą spotkałam kilka godzin temu. No ale... Przegadaliśmy te kilka godzin i mamy chyba kilka wspólnych nam tematów, poza tym... Rasy nasze są z tej samej rodziny, czyli kotowatych i nie wiem czemu, ale odczuwam z tego powodu ulgę. Lekko się uśmiechnęłam i spojrzałam na niebo, które zaczęło się zaróżowiać, a gwiazdy już dawno zniknęły... Szkoda, a było tak pięknie...
Jutro, znaczy dzisiaj będę musiała ponownie nawiedzić to miejsce, aby kolejną noc spędzić pod gwiazdami i zachwcać się tym pięknym widokiem.
<Rick? ^^>

Od Flurry cd Kevin

* tepu tepu *
   – Wstawaj! – wrzasnęłam do ucha Xerxesowi.
Rzucił we mnie poduszką, którą natychmiast złapałam, gdy pojawiła się tylko w zasięgu moich dłoni.
– Jak zwykle nieudany rzut. – przekrzywiłam głowę.
    W rogu łóżka stanęła Lily. Pokazała mi, bym była cicho. Kiwnęłam głową. Uśmiechnęła się chytrze.
– No wstawaj! Mieliśmy iść na karuzelę! – pisnęłam.
– Za wcześnie... – mruknął.
– Już czwarta trzydzieści! Za dwadzieścia siódma mieliśmy tam być! Potem będą kolejki, a chcę jeszcze autograf od tego piosenkarza co ma tam być!
– Spokojnie, zdążymy...
W tym momencie wylało się na niego wiadro wody z lodem.
Zanim jego mózg przetrawił, co się właśnie stało, Corrinne uciekała, ciągnąc mnie za rękę. Śmiała się. Śmiała się na cały głos.
Jej stan się poprawiał. Od miesiąca się uśmiechała.
– Zabiję! – rozległ się jeszcze wark z pokoju.
Z w i e r z ę c y wark.
Zamknęłyśmy się w pokoju, podpierając drzwi i wciąż dusząc się ze śmiechu.
Klamka poruszyła się gwałtownie, na co odskoczyłyśmy od drzwi.
Przedmiot został wyrwany, a w jego miejscu stał nasz wkurzony  opiekun.
– Która to taka zabawna?
– Ano ja. – wyszczerzyła się niebieskowłosa, chamsko podnosząc głowę do góry.
Zachichotałam.

< Kevin? Nie bij :c >

Mia Land of Grafic