niedziela, 23 kwietnia 2017

Od Shadow cd. Petera

Między ścieżkami na cmentarzu kluczyła dziewczynka. Miała może dziesięć lat.
   Zapłakani przyjaciele rodziny już dawno odeszli w swoje strony, a ona nadal kręciła się przy grobie osób, które się nią opiekowały.
Reil i Manon Mayer. Ona, zmarła na raka, on— samobójca. Oboje leżący w piachu. I ich adoptowana córka, która teraz z białymi kwiatami, stojąca między kamiennym nagrobkami, przed kilkoma dniami tuliła martwe ciało ojca. Nie uroniła od tego czasu nawet jednej łzy.
   Nie wierzyła, że ją opuścili na zawsze, choć dobrze znała znaczenie słowa śmierć. Miała przecież z nią do czynienia od samego początku. Najpierw bracia, teraz rodzice. Ona sama tańczy z Wieczną Ciemnością.
ー Melody?
Jasnowłosa zerknęła na wysoką, szczupłą kobietę o czekoladowych włosach z lukrecjowymi pasemkami, której kobaltowe oczy  dokładnie skanowały  dziecko. Gdyby nie jej chłodne spojrzenie, można uznać było ją za piękność.
ー  Tak, Fi? ー odparła pytaniem na pytanie, posługując się zdrobnieniem imienia. 
 ー  Wiem, że teraz jest ci ciężko, jednak muszę ci to powiedzieć. Twoja matka miała długi, a ja jestem w ciężkiej sytuacji. Nie mogę odpuścić tych kilkunastu złotych. 
ー   Mogę je spłacić! Mam w skarbonce kilkanaście monet i banknotów! ー  powiedziała.
Fiye uśmiechnęła się delikatnie.
ー   Obawiam się, że to ci nie starczy...
ー   To zarobię! Znajdę pracę!
Kobieta przygarnęła dziewczynkę w objęcia. Gdyby ktoś je obserwował, dostrzegłby chytry uśmieszek, który zakwitł na twarzy starszej z nich.



< Peter? C: >

piątek, 14 kwietnia 2017

Od Vane

- Chcecie coś ze sklepu? - skierowałam pytanie w stronę przyjaciela i chłopaka będącego na górze.
- Nie! - odkrzyknął Kiba z góry.
- Nie wiem - szop wzruszył ramionami, siedząc na podłodze.
Zaciekawiona spojrzałam w jego stronę. Wstałam i stanęłam tuż obok.
- Co to? - zapytałam, wskazując ręką na złom.
- Zostaw. To bomba - powiedział, dalej bawiąc się kawałkami metalu.
- Bomba? I tak tu sobie leży? - zdziwiona, na chwilę osłupiałam.
- Chciałem schować - mruknął, przysuwając do siebie plastikowy pojemnik.
- To coś da? - prychnęłam.
- A to? - zapytał, biorąc do rąk niewielkie pudełeczko owinięte kolorowym papierem.
Dostrzegając, iż jest to prezent od matki, którym były klucze do tego domu, nogą odsunęłam od niego pudełko.
- Zostaw! - krzyknęłam.
- No, ale...
- Zamknij się! - odebrałam mu przedmiot i odłożyłam go na wysoką szafkę.
Przez chwilę, wpatrywałam się w prezent. Wciąż, dokładnie miałam zapisany obraz jej śmierci... Zmarła gdy miałam dziewięć lat. Po tym wszystkim wychowywał mnie ojciec.
- A to co? - spojrzałam na kolejne elementy jego pracy.
- Przyda się w razie kłopotów, albo wysadzania księżyców - uśmiechnął się, najwyraźniej zadowolony z siebie.
Przewróciłam oczami i wróciłam na kanapę, obok listy zakupów.
- Nie ma mowy - zaprzeczyłam jednoznacznie.
- Ponuraczka... - mruknął.
- Może sprostuję, nie chcę, żeby mój dom poszedł z dymem! - dodałam, biorąc długopis.
Na kartce zapisane były najważniejsze produkty. Mleko, kawa, herbata, owoce i warzywa. Jednak wciąż myślałam nad planem zakupów. Iść jak kulturalny człowiek, czy zaatakować supermarket i wykraść produkty.
- Zadzwonię po dostawcę. Nie mam dzisiaj ochoty na zakupy - szepnęłam, pod nosem.
Wybrałam numer telefonu do jednej z linii, która dostarczała jedzenie prosto do domu. Wymieniłam wszystkie produkty, po czym podałam adres.
- Za pół godziny przyjedzie dostawca - oznajmiłam. - Jesteś głodny?
- Vane, nie jestem małym dzieckiem. Potrafię sam zrobić sobie jedzenie! - podniósł się z ziemi.
- Przy tym puszczając z dymem kuchnie? - prychnęłam.
- Nie jestem aż taki zły - skrzyżował ręce, uśmiechając się pod nosem.
Słysząc odgłos dzwonka do drzwi, lekko zdziwiona spojrzałam w stronę okna.
- Tak szybko? - mruknęłam pod nosem, zbliżając się do wejścia.
"I co Vane, trzeba było zamontować to oczko w drzwiach" - zganiłam samą siebie, otwierając zamek. Lekko uchyliłam drzwi i spojrzałam na... Resney?
- O hej - uśmiechnęłam się delikatnie, szerzej otwierając drzwi. - Co Cię sprowadza?
<Resney?>

niedziela, 9 kwietnia 2017

sobota, 8 kwietnia 2017

OD Resney CD Hige

Szybko wybiegłam z mieszkania, biorąc odpowiednie rzeczy.
- Resney, czekaj! - zatrzymał mnie - o kogo ci chodzi?
- O pewnego kretyna - powiedziałam krótko i oschle. Założyłam czapkę, poprawiając soczewkę, zmieniającą kolor.Rzuciłam mu przebranie, a ten szybko założył co trzeba. Poszliśmy po zaułkach, rozglądając się. Lekko opuściłam głowę...
Mogłam coś  zrobić... mogłam. Mogłam jakoś zareagować, a siedziałam z założonymi rękami jak tchórz... 
- Wciąż się obwiniasz - spojrzał na mnie kątem oka. Nie patrzyłam na niego. Nie miałam odwagi... Włączyłam telefon, zaczynając coś robić na telefonie. Hige pociągnął mnie do jakiegoś zaułka i odłożył mój telefon do kieszeni.
- Nic nie mogłaś zrobić - powiedział twardym głosem. Spojrzałam na niego. Lekko odwróciłam wzrok - nie chodzi tylko o tą sytuację, prawda?
- Nie - odpowiedziałam prawie od razu. Lekko go odepchnęłam od siebie - Nie chce o tym rozmawiać. Nie w tej sytuacji. Nie teraz - skrzyżowałam ręce.
- Owszem. Teraz - powiedział groźnym tonem. Fuknęłam.
- To ja wydaję rozkazy, nie ty - przybrałam oschłego głosu. Ten wziął głęboki wdech. Wyszłam jako pierwsza z kąta, idąc przed siebie. Wyjęłam telefon, zaczynając pisać do Vane.

Vane
Nie mam pojęcia co się u ciebie dzieję, ale teraz nie możemy się spotkać.
Mam ciężkie dni... w szczególności teraz. Jak będziesz mieć czas, odpisz. Lub nie...
Jak coś nie jestem sama.


Wysłałam wiadomość, ponownie patrząc przed siebie. Wtedy go zobaczyłam. Szybko schowałam się z Hige.
- To ON - spojrzałam na blondasa najwyraźniej z zadowoloną miną. Gdy przechodził obok nas, Hige zasłonił mu usta i pociągnął do opustoszałej ulicy.
- Czy wam od... Oh. To Ty - mruknął niechętnie.
- Ty. COŚ ty jej zrobił? - warknęłam. Ten się zaśmiał.
- To i tamto...
- Tak szczerze, mam to w dupie - przygniotłam go do ściany - a teraz zrobisz to, o co cię ładnie poproszę, albo inaczej porozmawiamy, Josh.
- Mianowicie? - uniósł brew.
- Pójdziesz do Tsume i ją NA KOLANACH będziesz błagał o wybaczenie i powrót do klanu.
- A jeśli się nie zgodzi?
- To Cię zabije.
- A jak tego nie zrobię?
- To ja Cię zabiję - mój głos zrobił się mroczny. Byłam wściekła, a on miał coś do załatwienia. Ten wywrócił oczami.
- Najwyraźniej coś się stało, że mnie o to "prosisz" - spojrzał na Hige - to twój chłopak?
- Nie! - krzyknęliśmy równocześnie. Ten się zaśmiał szyderczo.
- Dobra. Pójdę do niej. I tak nie mam nic innego do stracenia.
- Ostrzegam Cię. Jak nie dotrzymasz umowy to cię znajdę I ZABIJE - podkreśliłam ostatnie słowo i go puściłam. Odszedł, jak gdyby nigdy nic.
- Wow... nie wiedziałem, że tak potrafisz.
- Mało o mnie wiesz... - spojrzałam na niego - a w sprawie tego, co chciałeś wiedzieć... Prze ze mnie mój brat zniknął. Bo nic nie zrobiłam. Bo stałam jak kołek i zamiast go powstrzymać, stałam... - zamknęłam oczy.

- Seven, zostań tu... Obiecaj mi, że nie pójdziesz mnie szukać. 
- One...
- OBIECAJ MI TO.
- ... One...
- Oddaje ci dowodzenie. 
...
 

- ONE!!! NIE! Ku*wa czemu stałam?! Czemu nic nie zrobiłam?! ONE!!

Odwróciłam się od Hige, a gdy na niego spojrzałam, uśmiechnęłam się z łzami.
- Nic mi nie będzie - po moich oczach spływały łzy, lecz miałam uśmiech na twarzy i wystawiony język.




Hige? ;33 Teraz taka sneaky peaky zmyłka, czy jest smutna czy nie xD

Od Laury

Na cholerę mi to wszystko... Na cholerę mi to całe pieprzone życie... Jedyną przyjemnością jaka może mnie spotkać, to zamordowanie kogoś... Czy ja kiedykolwiek znajdę jakąś bratnią duszę, ba, rodzinę? To, że jestem najprawdopodobniej jedyną przedstawicielką mutantów, nie zmienia faktu, że są podobne osoby jak ja. Osoby, które są zbuntowane przeciwko temu całemu społeczeństwu. Osoby, które otrzymały dar od Boga i potrafią zamieniać się w zwierzęta oraz posiadają magiczne moce. Należę do nich. Odkryłam ten talent zaledwie kilka tygodni temu. Dowiedziałam się również, że istnieją cztery klany. Traveling Star, Desert Eagles, Guardians of the Galaxy oraz Sprint of the Shining Stars. Do tego drugiego postanowiłam dołączyć, ponieważ wyrażał on podobnie upodobanie do ludzi co ja. Zabójstwo ich było mile widziane, co mi się bardzo podobało...

***

Namiary na bazę tego klanu otrzymałam od anonimowego źródła. Postanowiłam sama przyjść i zgłosić swe zainteresowanie dołączeniem. Miałam jedynie nadzieję, że nie wyśmieją mnie ze względu na wiek...
- Czy tutaj znajduje się... Klan Desert Eagles? - oderwałam wzrok od kartki na której miałam zapisaną nazwę klanu.
- Czego chce tutaj dziecko? - zapytał, kurczowo trzymając broń przy piersi.
- Chce dołączyć do klanu - mruknęłam, rejestrując każde jego słowo w pamięci.
- Gdzie masz rodziców? Opiekunów, czy coś w tym stylu? - uchylił przede mną metalowe drzwi.
- Nie interesuj się - warknęłam, wchodząc do środka.
Poprawiłam ramiączko plecaka, który zawisał na mych plecach. Dostrzegając drzwi z napisem "Nimitsuu" od razu przyszło mi na myśl, iż w środku znajduje się głowa klanu. Zapukałam delikatnie dłonią, a już po chwili usłyszałam słowo "Proszę!". Uchyliłam drzwi i weszłam do środka.
- Dzień dobry - przywitałam się na samym wstępie.
- Em... Witam? - rudowłosa kobieta wychyliła się zza biurka. - To jest żart na Prima Aprilis, czy jak? - uniosła jedną z brwi, poprawiając swą czapeczkę
- Nie. Przybyłam tutaj aby dołączyć do klanu - zatrzymałam się kilka centymetrów od jej biurka.
Spojrzałam na nią całkowicie poważnie. Przechyliła głowę w stronę segregatora, a następnie wyjęła z niego formularz.
- Imię? - zapytała, chwytając długopis.
- Laura Kinney.
- Wiek?
- Dziewięć lat - odpowiedziałam.
- Zdolności ukośnik magiczne moce - wychyliła się znad kartki.
- A po co?
- Gdybym chciała Cię wysłać na wojnę lub gdzieś indziej, muszę wiedzieć kogo wypuszczam - uśmiechnęła się.
Kobieta oparła się o fotel, zapewne czekając na zaprezentowanie swych umiejętności. Odsunęłam się kilka kroków do tyłu i przeszłam do rzeczy.
- Może na sam początek... Postrzel mnie - zaproponowałam, sięgając wzrokiem w stronę pistoletu, który spoczywał u jej boku.
- Jesteś tego pewna? - zapytała, widocznie zaintrygowana dalszym rozwojem wydarzeń.
- Tak - powiedziałam jednoznacznie.
Jednym zwinnym ruchem wyciągnęła broń z sakiewki i posłała pocisk w moją stronę. Nawet nie drgnęłam, podczas gdy metalowa kulka dostawała się do wnętrza mojego ciała.
- Interesujące - przytaknęła głową. - Pokaż coś jeszcze.
W kilka sekund udało mi się przejąć kontrolę nad pociskiem. Po chwili wylądował on z powrotem na mojej dłoni. Uśmiechnęłam się triumfalnie.
- Dalej - przytaknęła głową, zapisując coś na kartce.
Wyciągnęłam przed siebie ręce, tym samym wysuwając cztery ostrza. Po dwa na każdej z rąk. Zaprezentowałam swą "broń" kilkoma ruchami w powietrzu.
- Zaczyna mi się to podobać - uśmiechnęła się. - Dawaj dalej.
W jednym momencie kartka podtrzymywana przez nią zaczęła wirować w powietrzu. Uśmiech wciąż nie schodził mi z twarzy, gdy kartka pojawiła się w mojej dłoni. Po chwili z powrotem odłożyłam ją na biurko.
- Hyhmm... Dalej..
- Potrafię Ci powiedzieć ze szczegółami co dzieje się za oknem - powiedziałam zgodnie z prawdą.
Kobieta podeszła do wcześniej wspomnianego miejsca i delikatnie uchyliła szybę.
- No dajesz - wyjrzała za okno.
Przymknęłam delikatnie oczy, skupiona na każdym z czynników, które dochodziły do mojej głowy. Wszystkie rozmowy, po chwili docierały do mojej głowy... Tak samo jak ruchy..
- Kobieta w zielonej kurtce, rozmawia z mężczyzną. Ma on ubrany czarny kapelusz. Rozmawiają o samochodzie lamborghini... Co chwilę siebie przekrzykują - otworzyłam ponownie oczy i skierowałam spojrzenie na kobietę.
- Biorę Cię - uśmiechnęła się pod nosem, zapisując kolejne odpowiedzi na pytania, które mi zadawała.
***Pół godziny później***
Wyszłam z biura z nadzwyczaj zadowoloną miną. Uchyliłam metalowe drzwi, za którymi ponownie ujrzałam tego samego mężczyznę.
- Dostałaś się? - zapytał, a ja niewinnie przytaknęłam głową.
- Tak jakoś wyszło - wzruszyłam ramionami.
Udałam się szybkim krokiem do pobliskiego sklepu. Jak zwykle naszła mnie ochota na coś do picia... Weszłam do środka jakby nigdy nic. Na szczęście, w środku nie było zbyt wiele ludzi. Tylko jakiś ktoś i kasjer. Podeszłam do lodówki z zimnymi napojami i wyciągnęłam ze środka gazowaną wodę pomarańczową. Otworzyłam ją na miejscu, po czym udałam się po kubełek chipsów. Z całym zestawem podeszłam do wyjścia.
- Ej, czekaj. Za to trzeba zapłacić - w jednym momencie pojawił się przede mną mężczyzna ubrany w strój roboczy.
Starałam się go wyminąć, lecz gdy kolejna próba poszła na marne, mężczyzna odebrał mi oba przedmioty.
- Dzwonię na policję.
W jednym momencie pojawiły się przy mnie ostrza. Kilkoma zwinnymi ruchami powaliłam mężczyznę na ziemię i skierowałam oba pazury prosto w jego stronę. Niespodziewanie poczułam jak ktoś przytrzymuje moją rękę. Zwróciłam w tamtą stronę głowę. To ten ktoś zza półek...
- Wychodzimy - oznajmiła zamaskowana osoba, ciągnąc mnie za sobą w stronę wyjścia.
Poddałam się i ruszyłam za tym kimś na zewnątrz. 
- Czy ty nie wiesz, że takim jak my nie wolno zabijać w miejscach publicznych? Chcesz, żeby złapała nas policja? 
Wzruszyłam tylko ramionami. 
<Ktoś? cx>

Od Vane CD Kiba

Powtarzaj sobie, że go nie kochasz... A zginiesz! - ponownie odezwał się głos w mojej głowie. Mimo wszystko, nie potrafiłam się powstrzymać. Każde jego muśniecie swymi ustami, zmuszało mnie do kontynuowania tej chwili...
Aż do akcji nie wszedł Rocket, który otworzył drzwi od zewnątrz. Wyraźnie wkurzony, jaki i zdziwiony wpatrywał się w nas ze skrzyżowanymi łapkami.
- Co tu się k*rwa dzieje? - zapytał widocznie zainteresowany swoim znaleziskiem.
Teraz, widocznie skupił się na postaci Kiby. Jakby chciał wzrokiem wydusić z niego wszystko.
- Uhhh... Ja to wyjaśnię? - wtrąciłam lekko się czerwieniąc.
- Słucham - uniósł wyżej brwi.
- Więc... Jak dobrze wiesz, wylałam na Kibę wiadro wody, po czym schowałam się w szafie. Gdy się ona otworzyła, ja przestraszona skuliłam się głębiej, a Kiba wszedł do środka... I wtedy drzwiczki się zatrzasnęły, a my utknęliśmy w środku. Ach... Dziękuję Ci Rocky, że nas uratowałeś - uśmiechnęłam się, kończąc najprawdziwszą opowieść mojego życia.
Szturchnęłam Kibę w bok. Spojrzałam na niego kątem oka, przekazując wzrokową wiadomość.
- No właśnie! Gdyby nie ty, musielibyśmy gnić w tej szafie na wieki! Dziękujemy - wydukał,
- Ta wersja historii nie za bardzo wydaje się wiarygodna - mruknął pod nosem. - No, ale dobra... Skoro macie zamiar "zatrzaskiwać" się w szafie, to nie zamierzam wam w tym przeszkadzać - na jego pyszczek wpłynął złośliwy uśmieszek.
- Musimy wymienić tą szafę. Jest ona do dupy - oznajmiałam kiwając potwierdzająco głową.
Wygramoliłam się ze środka, tym samym pozostawiając Kibę w środku. Zbliżyłam się do kominka, który nie wiem dlaczego właśnie w tej chwili wpadł mi w oko. Powoli zbliżyłam się do zdjęć umieszczonych na kamiennej półeczce. Jedno z nich, przedstawiało moją całą rodzinę. Ja, moja matka i ojciec oraz Peter. Ten ostatni zaginął zaraz po śmierci matki, z tego co udało mi się ustalić... Następna ramka przedstawiała Peter'a ze mną w ramionach. Uśmiechnęłam się na sam widok tej słodkiej scenki.
- Co to? - w jednym momencie obok mnie pojawił się Kiba.
Delikatnie objął mnie w tali. Wzdrygnęłam się, czując jego dłoń na swym ciele.
- Kiba, chcesz zostać zamordowanym przez Rocket'a - zaśmiałam się, przecierając zakurzone szkiełko dłonią.
- Nie zabije mnie. Mamy sztamę - triumfalnie się uśmiechnął.
- Jeżeli powiem mu co naprawdę wydarzyło się w szafie  ( Tak w Szafirze z VoM. Pozdro dla kumatych. ) to nie będzie się dłużej zastanawiał nad tym co robi - powiedziałam, wciąż wpatrzona w fotografię.
- Wiesz... Możemy ominąć tą niepotrzebną akcję - przytaknął sam sobie głową. - Więc... Kto to?
- Taki jeden idiota, który w rzeczywistości jest moim bratem. Uciekł z domu - westchnęłam, odkładając fotografię na półkę.
Wydostałam się z objęć chłopaka, a następnie szybko udałam się na górę. Nie zdążyłam dokładnie zapoznać się z planem domu, chociaż siedziałam w nim bitą godzinę.
O dziwo, udało mi się znaleźć jeszcze jedną sypialnię. Z tego co mogłam wywnioskować, był to pokój dzieci. Wszędzie porozwalane zabawki i inne przedmioty. "Wciąż nie wiem gdzie jestem, a wydaje mi się, że kiedyś już tu byłam..." - przemknęło mi przez myśl.
- Rocky!!! Mam dla Ciebie pokój!!! - wrzasnęłam, wychylając się zza drzwi.
Po kilku sekundach szop pojawił się przy mnie. Wszedł do środka i rozejrzał się trochę. Kątem oka dostrzegłam jak Kiba dochodzi do nas.
- Czy ty sugerujesz, że jestem dzieckiem? - uniósł brwi, patrząc na mój uśmiech.
- Nie, nie, nie! No coś ty! - zaprzeczyłam jednoznacznie. - Te stare zabawki mogą Ci się do czegoś przydać  - wyszczerzyłam się. - Tylko bomby, które wysadzą połowę miasta... Schowaj gdzieś głębiej.
Szop najwyraźniej zrozumiał o co mi chodzi, gdyż odwzajemnił gest. Zabrał się za przeglądanie całego pokoju, podczas gdy ja odwróciłam się w stronę Kiby.
- Lodówka jest pusta... Poza tym przydałby się kupić nową szafę. Jedziesz ze mną na zakupy?
<Kiba? cx >

Od Hige CD. Resney

~*~ Magicznie przenosimy się do czasów kiedy już trwa wojna ~*~

    Przyglądałem się Resney siedzącej na kanapie. Skrzywiłem się na ten widok. Jeszcze przedwczoraj była taka pełna życia i energii. A teraz? Siedzi jakby przybita życiem i wszystkim wokół. Podszedłem i usiadłem obok niej.
- Trzymasz się jakoś? - chciałem jakoś zacząć rozmowę. Dziewczyna wzruszyła ramionami.
- Jakoś.
Przytuliła poduszkę podkulając nogi. Westchnąłem.
- Przecież to nie twoja wina, że Tsume wypowiedziała wojnę.
- Ale byłam tam, mogłam coś zrobić! - rzuciła poduszkę na bok i schowała twarz w dłoniach.
- Niektórych ludzi nie da się zrozumieć ani zmienić, Resney. Mają swoje poglądy i tak kurczowo się ich trzymają, że mają za wroga każdego kto nie poprze ich strony.
- Ale Nimitsuu taka nie jest... Kiedyś taka nie była. Coś się z nią stało.
- Huh... Może coś straciła? Wiesz jak jest z ludźmi, którzy nagle coś tracą. Czasami odchodzą wtedy od zmysłów.
Pokręciła głową.
- Nie wydaje mi się. Jej jedyna rodzina to Kiba a on mieszka z Vane.
- Może masz rację. A przyjaciele? Może ktoś umarł?
Ponownie dziewczyna pokręciła głową. Objąłem ją ręką i pogładziłem po ramieniu. Za bardzo się obwinia o rzeczy, na które nie ma wpływu. Nagle wzdrygnęła się.
- Wiesz co... Chyba jednak był ktoś taki!
Uniosłem brew patrząc na nią pytająco.
- No nie gap się tak i chodź! Trzeba poszukać tego kretyna.
Wstała i zaczęła biegać po całym domu ubierając się do wyjścia. Westchnąłem.
Nigdy nie zrozumiem kobiet.

<Resney? Chodziło o Josha jakby co xD>
Mia Land of Grafic