wtorek, 8 sierpnia 2017

Od Gilbera CD Vane

- Ja? A cóż ja bym mógł robić? - Uśmiechnąłem się pod nosem i wyciągnąłem z kieszeni telefon. - W sumie to nieważne... Patrz co mam.
Dziewczyna uniosła brew, patrząc na mnie uważnie.
- Poznaj moją nową żonę. - Rzekłem z dumą i pomachałem jej przed nosem, nowym sprzętem.
- Gratulacje! Szybko się pozbierałeś po utracie tamtej! - Poklepała mnie nagle po plecach, a ja zaskoczony tym gestem, upuściłem telefon na ziemię.
- Hę...? - Wydusiłem tylko z siebie, patrząc na moje kochanie leżące na ziemi.
Vane podniosła moją własność, która miała cały popękany ekran.
- Ups... - Dziewczyna uśmiechnęła się i podała mi tego złoma, w którego wpatrywałem się oniemiały.
Czułem jak coś zaczyna się we mnie gotować. Spróbowałem włączyć urządzenie, jednak bez skutku...
- JEBANY ZŁOM! - Warknąłem i cisnąłem z całej siły komórką w ziemię, a do tego po chwili zacząłem ją deptać, mrucząc coś przy tym pod nosem. - Dziadostwo... Jebana... Jeb się...
Po kilku minutach zaprzestałem tortur, na moim byłym telefonie, który już nawet telefonu nie przypominał....
- Muszę zrobić kolejny pogrzeb... - Mruknąłem i ignorując rozbawioną dziewczynę, zakopałem piachem rozwalone urządzenie, po czym wyjąłem jednego peta i wsadziłem go w ziemię, coś na wzór krzyża. - Przez te kilka dni, zdążyłem pokochać cię całym sercem... - Wziąłem głęboki wdech. - Smaż się w piekle...
- Skończyłeś? - Vane parsknęła śmiechem, a ja spojrzałem na nią urażony.
- Ja tu próbuję zachować powagę... - Skrzywiłem się delikatnie i wsadziłem dłonie do kieszeni. - Coś myślę, że muszę kupić kolejną żonę i do tego kilka kochanek...
- Tak, tak... - Towarzyszka poklepała mnie po ramieniu, a ja westchnąłem cicho.
- Hmm... Będę się już zbierał... - Oznajmiłem i spojrzałem jej w oczy. - Może odprowadzić cię do domu?
- Nie dzięki... - Odparła z uśmiechem, robiąc krok do tyłu. - Chciałabym się jeszcze trochę przejść.
Kąciki moich ust automatycznie się uniosły.
- Jasne... Tylko uważaj na siebie.... - Poczochrałem ją po głowie i po chwili odszedłem, zostawiając ją samą w świetle lampy.

~~*~~

Następnego dnia udałem się na miasto, w celu uzyskania jakiegoś zlecenia, w końcu pieniądze na drzewach nie rosną... Muszę mieć za co kupić nową żonę...
Standardowo wszedłem do dobrze mi znanego baru i zająłem miejsce w samym kącie, obserwując znajdujących się w pomieszczeniu ludzi. Nagle podszedł do mnie kelner i uśmiechnął się tajemniczo. Po chwili podał mi kartę dań i ulotnił się. Otworzyłem niewielki katalog i od razu w oczy rzuciła mi się mała karteczka. Oczywiste było, że to moje zlecenie. Przeczytałem treść i zgarnąłem sprawnie papier do kieszeni i spokojnie wyszedłem z budynku. Moim celem był jakiś szefunio, który przewodzi grupą wyłapującą odmieńców... W sumie to dobrze, że takiego gościa muszę sprzątnąć.
Po chwili skręciłem w uliczkę i zamyślony w kogoś wszedłem. Zdezorientowany spojrzałem na dobrze zbudowanego bandziora, bo jak tu inaczej go nazwać? Wyglądał jak typowy gangster.
- Na co się gapisz? Może jakieś "przepraszam"? - Warknął zdenerwowany facet, a ja skanowałem wzrokiem jego twarz.
- O głupoto... Bądź pozdrowiona... - Mruknąłem pod nosem i spróbowałem wyminąć typa, ale ten gwałtownie przygwoździł mnie do ściany.
- Słucham? - Spojrzał mi w oczy, od razu zauważyłem tą żądzę krwi...
- Człowieku... Gdyby cię pies zobaczył, to by o własną budę się zabił... - Westchnąłem znudzony. - Możesz się odsunąć? Śmierdzisz... Wiesz co to prysznic? Albo woda?
Odepchnąłem go od siebie i ignorując jego warknięcia skierowane pod moim adresem, ruszyłem dalej uliczką. Poczułem gwałtowne szarpnięcie i automatycznie odwróciłem się i kopnąłem faceta w brzuch, na co ten upadł na kolana, kwicząc jak mała świnka... Heh...
- Jeszcze raz dotkniesz mojego płaszcza, a będziesz żarł piasek dupą... - Kopnąłem go jeszcze w żebra i poszedłem dalej.
Nagle zobaczyłem przed sobą zbłąkanego kociaka. Nie! To diabeł wcielony!
- Pomocy... - Wyszeptałem, zaczynając drżeć na całym ciele, a kot wydobył siebie coś na wzór pisku, a ja aż krzyknąłem przestraszony.

< Vane? :3 >

sobota, 5 sierpnia 2017

Od Shawna CD Corrinne

Kątem oka spojrzałem na siostrę, która wciąż kurczowo trzymała się mojego rękawa. Jakby za nic w świecie nie chciała mnie w tym momencie pościć...
- Hej... Jak się nazywacie? - brunetka przykucnęła przy nas.
Miała na sobie dosyć skąpe ubrania... Było jej widać cały dekolt.
- Jesteście tacy słodcy!!! - pisnęła jak dziecko, widocznie podekscytowana.
- Ja jestem Shawn, a to jest moja siostra Corrinne - powiedziałem, spoglądając kątem oka na siostrę. Trząsła się z zimna... Tak jak wtedy nad fontanną.
- Ouhh!!! Jak bardzo miło mi was poznać! - pisnęła, a jej dekold aż podskoczył.
Na co ja się patrzę...
- Ustawcie się za innymi dziećmi - wskazała na kilkanaście ludzi naszego pokroju.
Cholera... Byli praktycznie sami chłopcy. Tylko jedna dziewczyna, na dodatek młodsza... Miała chyba 3 lata.
- Jak tam? - zacząłem, gdy ruszyliśmy za grupą - tak jak się spodziewałem - w stronę schronu.
- Źle... Chcę do mamy... - wyszeptała, wciąż nawet nie mając zamiaru oderwać się ode mnie.
- Cześć, jestem Bob (Homunculubulubulus) - odezwał się chłopak, który szedł przed nami.
Przeskanowałem go wzrokiem... Nie byłem pewien, czy Corrinne będzie bezpieczna w jego towarzystwie. Zmrużyłem oczy, patrząc, jak wlepia swój wzrok w siostrę. Ściągnąłem z siebie marynarkę i bez namysłu zarzuciłem nią na odkryte ramiona Oreo.
- Jestem Shawn - warknąłem.
"Och... Chyba ktoś dołączył do kolekcji głów na ścianie... Wszyscy, którzy gapili się na Corrinne... Wspaniale..."
<Corrinne? 50 twarzy Nutelli xD>

Od Petera CD Shadow

Wyjrzałem za wejście... Wszystko wydawało się być na swój sposób stabilne. Tornado zniknęło, a na niebie znów pojawiło się słońce.
- Chodźmy... - szepnąłem, spoglądając na dwójkę.
- Tato, a co z mamą?! - pisnęła Corrinne, przytulając się do ramienia brata.
Ponownie przeniosłem wzrok na przestrzeń królestwa...
~Shadow, odezwij się... ~ wyszeptałem, starając się nawiązać z nią jakikolwiek kontakt.
Odpowiedziała mi głucha cisza. Przekląłem pod nosem, chwytając się za głowę.
- Chodźcie... Muszę wam załatwić jakieś schronienie...
- Tato! Ja chcę do mamy! - krzyknęła niebieskowłosa, w oczach mając widoczne łzy.
Westchnąłem cicho, wypowiadając kilka kolejnych przekleństw pod nosem. Spojrzałem to na dzieci, to na ruiny królestwa.
- Corrinne... - przykucnąłem przy niej. - Tata odnajdzie mamę... Musisz schować się ze swoim bratem w jakimś bezpiecznym miejscu - otarłem jej łzy dłonią. Spojrzałem na syna, który kurczowo trzymał dłoń swojej siostry. - Chodźmy.
Wyszliśmy na zewnątrz. Wszędzie, dosłownie wszędzie leżały ruiny różnych budowli, a pod nimi... Martwe ciała już byłych mieszkańców tego miejsca. Nie chciałem, żeby Shawn i Corrinne musieli patrzeć na takie rzeczy... No cóż - i tak zapewne mają już dostatecznie zrytą psychikę...
Po kilkunastominutowej wędrówce dotarliśmy w miejsce, gdzie zebrali się wszyscy żywi. Co chwila rozglądałem się w poszukiwaniu charakterystycznych skrzydeł... Próby kontaktu również szły na marne.
- Przybędzie kolejne...? - wśród praktycznie każdej grupki osób, było zadawane tylko to pytanie.
- Cholera jasna... - warknąłem pod nosem, zatrzymując się w miejscu.
- Czy mogę w czymś pomóc? - jak z nikąd usłyszałem obok siebie kobiecy głos.
Spojrzałem na dziewczynę, która miała za sobą grupkę dzieci. Zapewne zapytała się o mój stan, dostrzegając wyraźne załamanie po mojej postawie ciała.
- Zajmuje się pani dziećmi? - zapytałem jak znikąd, śledząc wzrokiem każdego kilkuletniego człowieka.
- Zgadza się - przytaknęła głową. - Głównie są to dzieci osierocone przez ten wypadek...
- Błagam! Czy dałaby pani radę zająć się jeszcze nimi? Muszę szukać żony, jak zarazem ich matki...
-B-Bardzo mi przykro, ale jeżeli nie ma jej tutaj...
- Proszę? - zrobiłem maślane oczka, takie jak przed Shadow gdy proszę ją o "pewną rzecz".
- Dobrze, ale...
- To ja będę spadać. Naprawdę, w tym przypadku... Czas to pieniądz - zniżyłem się do poziomu młodej dwójki. - Dbajcie o siebie... - szepnąłem, po czym rozpłynąłem się w powietrzu.
***
- Shadow!!! - wydarłem się, przechodząc przez kłęby dymu, które utworzył wzbierający się wiatr.
Jeżeli zapowiadało się na kolejne tornado, mam przejebane...
- SHADOW!!! - krzyknąłem jeszcze głośniej.
Latarnia morska... Ona... Stała w gruzach?! Ja pierdole... Z miejsca ruszyłem w stronę jej ruin. Miałem bardzo złe przeczucia...
<Shadow?>

piątek, 4 sierpnia 2017

Od Corrinne cd Shawn

Kiwnęłam głową. Shawn złapał moją dłoń.
***
Siedzieliśmy całą rodziną na wybetonowanym brzegu rzeki.
– Chcecie lody? – zapytał ni stąd ni zowąd tata.
Kiwnęłam głową.
– Chodź, Shawn, pomożesz mi.
Odprowadziłam im wzrokiem.
Nagle ponad wodę coś się uniosło. Ignorowałam to, bo myślałam, że to fala. Mój wzork nie był jeszcze tak dobry jak wcześniej. Dopiero gdy mama gwałtownie złapała mnie za rękę... Przyjrzałam się temu. Wielkie tornado... Z którego wylatywały kamienie. Zerwał się okropny wiatr. Jak w czasie burzy.
– Mamo! – pisnęłam.
Skały białe jak wapń przedziały niebo. Jeden z takich wylądował obok nas. Inne właśnie przebijały mur. Wszędzie biegali ludzio-koty. Niektórzy z nich leżeli martwi, przygnieceni przez kamienie.
– Mamo... Gdzie oni są? – szepnęłam.
– Nie wiem, słonko... – odpowiedziała, biegnąc ze mną w ramionach. – Na pewno nic im nie jest.
– Boję się...
Rzuciła się w zaułek między budynkiem.
– Połóż się i okryj skrzydłami. Dobrze?
Kiwnęłam głową.
– A ty?
– Wrócę. Spokojnie.
Wzniosła się błyskawicznie w powietrze i znikła we mgle.
Trzęsłam się.
– Corrinne?!
– Tato! – podniosłam się bez zawachania i wpadłam mu w ramiona.
– Gdzie mama?
– Poleciała gdzieś. Mówiła, że mam tu zaczekać.
Nagle wiatr ustał. Ludzie z uszami zaczęli niepewnie wychodzić z kryjówek. My także to zrobiliśmy.
Złapałam Shawna za rękę i wychyliłam się zza muru.
To było  dziwne...  Szybko to coś się zaczęło i szybko skończyło...

< Shawn? Inspirowane "Burzowe tornado" xD > 

Od Shawna CD Corrinne

- Daj mi rękę - powiedział ojciec, wyciągając w moją stronę dłoń.
Lekko się zawahałem, lecz ostatecznie wyciągnąłem w jego kierunku kończynę. Owinął nas jakiś dziwny, srebrny wiatr... Wszystko zniknęło, a my staliśmy po środku nicości. Wpatrywałem się prosto przed siebie, czekając na jakąkolwiek zmianę widoku. Stało się to, a przede mną pojawił się ogromny zamek. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom... PRZENIEŚLIŚMY SIĘ DO ŚREDNIOWIECZA?!
- Co to za miejsce? - zapytałem, puszczając dłoń ojca.
- Tutaj twoi rodzice się ostatecznie spiknęli - wyszczerzył się głupawo, ruszając prosto w stronę wejścia do budowli.
Nie odezwałem się słowem. Po prostu ruszyłem za ojcem.
***
Drzwi otwarły nam jakieś dwie obce kobiety. Uśmiechały się serdecznie w moją oraz mojego ojca stronę. Nie odwzajemniłem gestu - nie znałem ich. Poprowadziły nas one przez korytarze tego jakże ogromnego zamku. Na serio... Wszystko wyglądało, jakby na serio zostało zbudowane w średniowieczu. Shawn - za dużo gier...
Dotarliśmy w końcu do miejsca, gdzie... Stały dwie, najpiękniejsze kobiety na ziemi. Zgadza się - moja matka, wraz z Corrinne. Zarówno mi, jak i ojcu szczęka opadła, gdy zauważyliśmy skrzydła, które wyrastały prosto z ich pleców. 
- O mój... - wymruczał pod nosem ojciec, mając wzrok wlepiony w mamę. 
Przypatrywałem się Corrinne. Gdy tylko zauważyła mój wzrok na sobie, na jej twarzy pojawił się charakterystyczny rumieniec... Wygląda tak słodko, gdy to robi... 
- Chodźcie się przebrać - mama uśmiechnęła się w moją stronę, podchodząc bliżej. 
Chwyciła mnie za rękę i pociągnęła za sobą w stronę - jak mogłem się spodziewać - garderoby. Bez jakiejkolwiek mojej ingerencji wciśnięto mnie w czarny garnitur, założono muszkę i ubrano buty. Wyglądałem jak mały bogacz... Jeszcze tylko okularów brakowało...
- Jak słodko wyglądasz! - stwierdziła mama, mając na swojej twarzy szeroki uśmiech.
- D-Dziękuję? - wydusiłem, poprawiając jedną ze sznurówek swojego buta. 
- Chodźmy na salę! Twoja siostra i tata już czekają.

Rzeczywiście tak było. Corrinne stała wraz z tatą przy bufecie. Siostra trzymała w rękach soczek jabłkowy, natomiast ojciec zajadał ciasto. 
- Zaczekacie kilka minut? Tatuś z mamusią idą na balkon - schylił się do naszego poziomu wysoki mężczyzna. 
Niepewnie przytaknęliśmy głowami. Rodzice szybko zniknęli za drzwiami balkonowymi... Spojrzałem na siostrę. Najchętniej wpatrywałbym się w jej oczy godzinami...
- Co tam? - zapytała pierwsza, odkładając pusty kartonik na stolik.
- Zatańczymy? - uśmiechnąłem się delikatnie.
<Corrinne?> C:

Od Shadow cd Peter

Pokazałam mu język.
– Może... Ale i tak jesteś dla mnie za stary. – zaśmiałam się. Parę z moich piór oderwało się. Peter złapał jedno i zmarszczył brwi.
– To pozostałości spalonych po tym wybuchu?
Kiwnęłam głową.
– Cóż... W nie których miejscach został mi sam szkielet. Ale prawie tego nie czuję, widzieć też nie widać.
Odwróciłam się  i zaczęłam iść w stronę wyjścia.
– Wiesz, że cię kocham?
– Wiem. Zawsze to wiedziałem.
Zatrzymałam się przy szybie.
– Patrz, jak słodko tańczą... – szepnęłam wesoło.
– Taa... Byle nie wynikło z tego nic innego niż miłość rodzeństwa.
Spojrzałam na niego pytająco.
– Kaziroctwo. – powiedział tylko.
Kiwnęłam głową.
***
  Musiałam ją zostawić. Miałam wyrzuty sumienia, ale wierzyłam, że Peter usłyszy moje myśli. Musiałam sprawdzić co to takiego i skąd się bierze.
Już wcześniej widziałam nerwowo uciekając ptaki.
Wylądowałam w ciągu paru sekund na latarni.
Wpadłam do niej.
– Water, Angel jesteście tu?! – wrzasnęłam.
Odpowiedziała mi Angel, która zleciała jako kot ze szczytu. Stanęła tuż przede mną.
– Co tu się odjebało?! – wrzasnęłam, próbując przekrzyczeć wybuchające skały. 
– Nie mamy pojęcia! To coś wyskakuje piąty raz w tym roku! Za każdym razem jest silniejsze! Za chwilę powinno zniknąć!
To było jak wojna.

< Peter? >

Od Petera CD Shadow

Nie wiem ile czasu poświęciłem na wspominanie starych czasów wraz z dawnym przyjacielem. W każdym razie, moja żona zdążyła odejść od stołu, zapewne idąc sprawdzić co z dziećmi. Jej brak przedłużał się, mijały kolejne kwadranse, a po niej ani śladu. Zacząłem się niepokoić...
- Chodźmy sprawdzić co z dziećmi... - stwierdziłem, nie czekając na reakcję że strony mężczyzny.
Po prostu wstałem i odszedłem w stronę wyjścia, mając zupełnie w dupie, czy zapłaciłem, czy nie. Na placu mogłem dostrzec tylko dwóch sześcioletnich chłopców, którzy... Stali przed sobą cali zdyszani. Zamarłem, dostrzegając nieco podarte ubrania syna. Ruszyłem z miejsca w stronę dzieci.
- Co tu się stało?! - krzyknąłem, mierząc wzrokiem obu nieletnich.
- Ten... Idiota... - wydyszał Shawn.
- Ejejej, mam powiedzieć mamie jak się wyrażasz? - wlepiłem spojrzenie w syna, który wciąż miał na sobie zarazem poważny, jak i zdenerwowany wyraz twarzy. - Gdzie jest twoja siostra i mama? - zapytałem.
- TEN SKOŃCZONY GŁUPEK OBLAŁ JĄ WODĄ, PRZEZ CO... - wydarł się niebieskowłosy, widocznie zabijając stojącego naprzeciw wzrokiem. - Uciekła...?!
- No nie... - warknąłem, wyczuwając charakterystyczne fale.
Shadow przeniosła się do tamtego zamku... Cholera! Wypowiedziałem kilka przekleństw w nieznanym dla dzieci języku. CHOCIAŻ... To nie była taka zła informacja. Przynajmniej wiem, że są bezpieczne.
- Chodźmy stąd - zadecydowałem.
Syn tylko wymruczał coś w stronę Beniamina, po czym ruszył w ślad za mną. Gdy tylko lekko ochłonął, zacząłem:
- Idziesz na tył się przebrać. Ubrania masz w siatce na dole - powiedziałem, zasiadając za kierownicą. - Podaj mi to małe pudełeczko, które jest tuż obok - chłopak bez słów wykonał dwa polecenia.
Założyłem na swoje ucho dosyć skomplikowane urządzenie. Odpaliłem samochód. Prosto w stronę dosyć charakterystycznego dla mnie domu...
***
Zapukałem kilka razy w drzwi. Na wejściu przywitała mnie siostra w swoim jakże skąpym komplecie.
- Za bardzo będziesz zwracać na siebie uwagę facetów. Ubierz coś normalnego - powiedziałem na przywitanie, uśmiechając się pod nosem. 
- Czego chcesz? Jestem zajęta - warknęła pod nosem.
Nie wyglądała najlepiej. Chyba powinienem podpytać Rocketa co się z nią działo w ostatnim czasie.
- Po co ci tyle bransoletek... - zmrużyłem oczy, dając znak synowi, żeby wszedł do środka.
- C*uj cię to interesuje - mruknęła, chowając ręce za sobą. - Po co przeszedłeś? 
Tak. Znowu zaczynam grzebać ludziom w umysłach. Jej w tej chwili był nad zwyczaj słaby... Jakby pozbawiony życia.
- Co się stało? - zapytałem cicho, kątem oka spoglądając na syna, który wspinał się po schodach.
- Łuhu... - zrobiła piruet, przy tym odsuwając się kilka metrów ode mnie. - A to się stało! - podniosła z półki jedną z broni i wycelowała nią we mnie. Udawała że strzela.
- Nie rozumiem... 
- To pora się obudzić - westchnęła odkładając przedmiot. - Vane się tnie! O nieee!? Ciekaweeee dlaczego?! - wyszczerzyła się niczym Joker.
- Że co?! - krzyknąłem, teleportując się prosto za nią. 
Tak. Nie kłamała. Jej nadgarstki jak i część bransoletek, były od środka brudne od krwi. Wróciłem na miejsce i spojrzałem na nią pytającym wzorkiem.
- Co się...
- Poof! - krzyknęła, a zaraz później znikła mi z oczu.
Ja pierdole... Żyję w świecie wariatów... Chuj wie. Mogła być teraz na drugim końcu miasta, znając ją. Będę musiał później do niej napisać... Ewentualnie zajebać tej je całego "chłopaka".
- Zabijanie ludzi!? - usłyszałem z góry krzyk szopa. - Oczywiście, że się na to piszę! - dotarł kolejny uradowany głos.
Przeniosłem się na górę, gdzie Shawn ze skrzyżowanymi rękami przyglądał się zwierzakowi.
- A znacie resztę ich rodziny? Chętnie nimi również się zajmę... - wyszczerzył się jak głupi.
- Pakuj się do samochodu z jakąś atomówką, czy coś. Jedziemy po statek - mruknąłem, patrząc ze znużeniem na niego.
- Woops... Chyba czeka mnie rozmowa z twoim ojcem - zaśmiał się kpiąco. - Nie wiedziałem, że moim ojcem jest ktoś tak idiotyczny jak on! - przeszedł do parkowania plecaka. - Kiedy zaprosisz mnie na obiadek? - zwijał się ze śmiechu.
- Zamknij się już... Poza tym... Chyba nie chciałbyś próbować mojego rosołu - skrzywiłem się.
***
- Oszukiwaliście mnie! - wydarł się na cały głos szop, widocznie wkurwiony krzyżując ręce za sterami swoich działek. 
- Zniszczysz dom tej dwójki. Tyle ci nie wystarczy? - westchąłem, wywracając oczami. 
- Nie! 
- To masz kurwa problem... - mruknąłem. 
- Nie przeklinaj przy dziecku! Dajesz bardzo zły przykład! - zaśmiał się zwierzak. - A ja się dziwiłem, że nie potrafiłeś dbać o rybki w akwarium... 
- Zamknij się, bo ogolę cię na łyso! - warknąłem. - Shawn, idź przynieś mi... - starałem się wymyśleć cokolwiek, aby tylko pozbyć się syna z kokpitu. Musiałem poważnie porozmawiać z Rocketem. - Taśmę klejąca do wydepilowania Rocketowi brwi! - wyszczerzyłem się, zatrzymując statek w miejscu, na przeciw domu Tonego.
Chłopak bez słowa ruszył w stronę schodów. Zniknął w ułamku minuty. 
- Więc... O co tatuś chce mnie wypytać? O oceny w szkole? - mruknął pod nosem szop.
- Co się dzieje z młodą? - zapytałem prosto z mostu.
Szopa jakby zamurowało. Wiedziałem! Ma coś do ukrycia... Oparłem się o fotel, przewracając się w jego kierunku.
- A co ma być? - prychnął, szybko poprawiając swój wyraz twarzy. - Mizia się z tym swoim Kubą tak głośno, że się spać nie da! Szukacie może niańki do dzieci? Bo w tamtym domu już nie wytrzymam! - jak zwykle starał się wyjść żartami z widocznie niezręcznej sytuacji. 
- Mówię poważnie - skrzyżowałem ręce.
- Ty serio nic nie wiesz... - zaśmiał się ciszej, mrużąc oczy. - Kilka tygodni temu straciła dziecko - zamarłem słysząc te słowa.
- Że jak?! - przy próbie podniesienia się, tylko uderzyłem nogą o jeden z panelów.
- Jedzie teraz na psychodropach - westchął, odwracając się w moją stronę. - Odbyła się ostra walka - założył łapy za głowę. - Dziecko nie przeżyło postrzału. W rzeczywistości obroniło Vane przed pewną śmiercią.
Nie odezwałem się ani słowem. Chyba po prostu nie potrafiłem... Wziąłem kilka wdechów, po czym z powrotem odwróciłem się w stronę głównej szyby...
- Dlaczego zawsze dowiaduję się o wszystkim ostatni... - westchąłem, ustawiając laser namierzający na dom Beniamina i Tonego.
- Taki los Star-Tatusia - prychnął, wciskając czerwony guzik. Dwie, pokaźne rakiety wbiły się w dach budynku. Stanął w płomieniach w przeciągu kilkunastu sekund.
- Za Shadow i Corrinne... - wyszeptałem pod nosem.
***
Staliśmy sami z Shadow na balkonie. Ona ubrana w piękną suknię, ja, odziany w czarny garnitur. Wpatrywaliśmy się w księżyc, który ościecał całą krainę swoim odbitym światłem. Dzieci zostały na sali... Mieliśmy chwilę tylko dla siebie. Spojrzałem na zegarek... Tak. Dokładnie północ.
- Dzisiaj, dokładnie dzisiaj się poznaliśmy - spojrzałem na dziewczynę, która dotychczas opierała się o moje ramię.
- Pomyśleć, że kiedyś bardziej cię nienawidziłam... - uśmiechnęła się złośliwie w moją stronę.
- A ja tobie tak ładnie opatrunki zmieniałem! - zrobiłem "obrażoną" minę.
- Byłeś pedofilem - stwierdziła, gdy w końcu staliśmy prosto naprzeciw siebi. Dzieliło nas kilka centymetrów.
- Nie gadaj, że ci się nie podobałem - uśmiechnąłem się głupio, jeszcze bardziej przybliżając swoją twarz do niej.
<Shadow? Lenny, lenny na balkonie? C:>
Mia Land of Grafic